Nie lubię, gdy wieje smutkiem i śmierdzi konfliktem międzypokoleniowym. Nie chcę tego. Nie tłumaczę się jednak, że właściwie nie to mam na myśli, bo chyba trochę mam, skoro wezbrało we mnie, no, kurczę, falą emocji! Przeniosło mnie tam, gdzie nie chcę już być i zabolało. Taki wyrzut – rzyg niezadowolenia, rzucony mi w twarz z samego rana, wezbrał niczym rzeka niosąca nieczystości po tygodniach ulewy. Wlało się to we mnie, zabulgotało i wykipiało ledwo wyczuwalnym, ale jednak – wyrzutem sumienia i silnym ściskiem w żołądku, niczym po ciosie pięścią w splot słoneczny – trochę smrodem, trochę wkurwem, trochę żalem jednak. I nie chodzi o te porównania, że ja miałam te jedne rajstopki, prane co wieczór i noszone do zdarcia lub wyrośnięcia, nie chodzi o takie proste porównania między wtedy, a teraz, bo wiem, że to są nieprzystające światy. Choć ja żyję przecież w tamtym i tym jednocześnie. Z tamtego nie umiem wyjść na zawsze, otrząsnąć się i zapomnieć. Potrafię go ujarzmić i trzymać pod kontrolą… zawsze tylko do czasu, do pewnego stopnia, jednak.
Już dawno nie przerabiam starych T- shirtów na szmaty – choć czasem wykorzystuję ich miękką bawełnę do polerowania okien. Nie reperuję, a wyrzucam majtki, gdy się podprują, nie trzymam dziurawych skarpetek, ale stare ręczniki przeznaczam dla naszych zwierząt. Nie gromadzę, choć zbieram niektóre pudełka po bombonierkach na prace plastyczne córki czy własnoręcznie robiony blok czekoladowy, rozdawany znajomym. Nie cierpię zbieractwa, ale też nie pochwalam nadmiaru rzeczy. Pielęgnuję umiar, nie z biedy, a z wyobraźni, wrażliwości i niezgody na obciążenia, które zafundowaliśmy planecie. Genetycznie uszkodzona permanentnym niedoborem czasu dorastania w latach 80., organicznie nie cierpię szmat pod umywalką – swoje trzymam w szafce wyprane i poskładane, czyste i nowe, ale też nie jednorazowe. Irytuje mnie reperowanie płotków żyłką, wszelkie nieestetyczne Ersatze. Nie praktykuję suszenia prania w łazience, choć chętnie rezygnuję z elektrycznej suszarki, gdy pogoda pozwala suszyć je na balkonie (potem wdychać z niego wiatr i słońce!). Najbardziej, do obłędu i terroru domowników (!), zabraniam zbierania plastikowych opakowań i upychania po szafach, szafkach, wnękach, piwniczkach i strychach wszystkiego, „co się jeszcze może przydać”- co A. Stasiuk nazwał kiedyś, w dużo szerszym kontekście, „wschodnioeuropejskim pierdolnikiem”, i co przejęłam do mojego prywatnego słownika i szuflady zarówno tej mentalnej, jak i fizycznej, w której mam czasem pokusę coś przechować…Jednocześnie czuję się wolna od nadmiaru i przytłoczona nim z zewnątrz. Boli mnie prawie fizycznie sytuacja kupowania kremu do twarzy, gdy muszę wybrać z klasycznego dziś asortymentu przeciętnej drogerii. Czasem kupuję go w aptece. Trzymam się kilku dosłownie firm, które wybieram, ale i tak zawsze czuję udrękę wyboru z nadmiaru. Ubrań nie zmieniam sezonowo. Co mam porządne, noszę latami. Nie rozumiem potrzeby codziennych przebieranek, chociaż bardzo lubię i mam w co się ubrać na specjalne okazje. Mam swoje traumy i fetysze, także modowe, w czym ciągle macza palce dawne poczucie niższości i gra nuta upokorzenia wiecznym brakiem odpowiedniego i wystarczająco estetycznego obuwia. Jednak i te emocje nie każą mi dziś posiadać arsenału wszystkich form i kolorów.
I naprawdę myślałam, że mam to poukładane. I zdziwił mnie bardziej niż chlust śmierdzącej fali w twarz, jej bulgot w głowie, sercu i żołądku. Że dziecko moje normalnie i standardowo – na ile samo wyraża potrzebę posiadania czegoś nowego i niezależnie od obracania tego w wieczny kocioł brudnych szmat na środku podłogi – obkupione, oprane, zaopatrzone w dobra materialne przekraczające moje osobiste potrzeby z dziś i z wtedy, „nie ma co na siebie włożyć!!”, bo nie wyprałam jej czarnego dresu, a nie może włożyć czarnych spodni, bo ją koleżanki pytają czemu ciągle chodzi w tym samym, a bluza zielona – za nic w świecie już jej nie włoży!!! – ma obciachowy napis OHAIO…nie zapytałam o cztery inne i te pięć par spodni, rzuconych na krzesło…rzyg wylewa się żrącą falą, jak rzeka w czas powodzi, wielką, szumiącą falą rozlewa się po domu i zalewa umysł, i duszę zatruwa kwasem wyrzutów, które w jedno się zlewają z wyrzutami sumienia.



4 odpowiedzi do “Braki i nadmiary”
Świetnie napisane, prawdziwe i wspólne dla pokolenia dorastającego w czasach komuny.
Dziękuję! Bardzo mi miło! Będzie więcej w tym klimacie:). Nawet dosłownie- tylko nie mogę jeszcze opublikować, bo wysłałam esej ( o modzie i tożsamości) na konkurs literacki, pozdrawiam serdecznie
Aniu, a kiedy o koniach?
Na razie miało być o psach, ale impulsywnie zadziałała wczoraj, cios był nie do odparcia:)