Bajania, ballady, z przeszłości dziady. Czyli dlaczego pomidorowa mnie wzrusza.


Od kilku dni wieje. Pamiętam, że zapowiadano silne wiatry, choć najczęściej nie zwracam uwagi na esemesowe alerty pogodowe. Gdy przychodzą odbieram je jak natrętne reklamy, nie myślę, by mnie szczególnie dotyczyły. Fizycznie nic mi nie robią przecież ani wiatry, ani ulewy, ani śnieżyce. Nie łamie mnie w kościach, nie rwie w stawach. Czuję jednak, że te silne powiewy poruszają we mnie jakieś nuty stare, właściwie echo dawnych rzewnych melodii, coś porusza kośćmi trupa w szafie i szarpie stare blizny. Serce to przyspiesza to staje nagle, ledwo, ale wyczuwalnie. Czuję to z dzisiejszym wiatrem. Jednocześnie grozę i błogość. Moją mieszankę wybuchową.

Wiatr przynosi z sobą potrzebę otulenia, zaszycia się w bezpiecznej przystani, poczucia stabilnego dachu nad głową. Domu, który jest bezpieczny i oczywisty. To wspomnienie, które przychodzi z wiatrem, każe nagle i wręcz histerycznie poddać się rytuałom ciepła i dostatku, które jednak nie są żadną magią, są wręcz i dosłownie dziecinnie proste. Wystarczą kąpiel, i łóżko, takie w poduchach, z kołdrą grubą i jeszcze dodatkowym kocem. Czyste, miękkie i kolorowe, tulące i kojące legowisko pod snopem światła lampki. Kubek kakao lub herbaty w ręce, w drugiej książka. Gdy silniej wieje piekę ciasto, by pachniało dostatkiem. Gotuję gęstą jarzynową, zupę z dzieciństwa, jedzoną najczęściej z plackiem ziemniaczanym, dzięki której podobno wyrosłyśmy zdrowe, bo była solidnym, jednym, z nie tak wielu dostępnych, źródeł witamin. Jak kwaśne wiśnie, rabarbar z cukrem i robaczywe jabłka. W rytuałach utulenia pomaga też szczególna jajecznica – z jaj rozbełtanych z chlebem, pokrojonym w kostkę, usmażonym  najpierw –  niezbyt estetyczna wizualnie, ale niebiańsko pyszna, przypominająca sąsiadkę znad przeciwka, pulchną kobietę, o szerokiej miękkiej piersi, zawsze w domu, domem zajętą. Lubiła pozaglądać w nasze garnki, przynosiła śledzie do obróbki, bo uwielbiała je jeść, lecz brzydziła się przyrządzać oraz robiła tę jajecznicę w niebieskim rondlu, nam i swoim dzieciom. Była bezproblemowa i serdeczna. Podobno mama uratował jej syna od śmierci, sinego  już od paskudnej kolki. Sąsiadka ratowała nas, choćby tylko świadomością, że jest za ścianą, gdy byłyśmy same. Potem wyjechała za granicę. Na zawsze. Jak wyjeżdżało wiele rodzin wokół nas. Ci, którzy zostali, nie byli tak przychylni i opiekuńczy, we mnie i tak na zawsze została potrzeba zażyłości z tymi, którzy mieszkają najbliżej. Mam ją do dziś. Może dlatego też nigdy nie chciałam domu, z wielką przestrzenią wokół. Mieszkanie jest dla mnie w sam raz. Wystarczająco osobne i bliskie. Mój azyl, z którego jednak czuję ludzi, widzę światła w ich oknach, zimą liczę choinki, siedząc na parapecie i mogę w samych skarpetkach pójść pożyczyć sól. To mi daje poczucie bezpieczeństwa.

Z deszczem jest inaczej. W deszczu mogę i lubię spacerować. Deszcz spływa raczej spokojem, nie uderza tak silnie w nutę „niedostatku”. Jednak serce przyspiesza mi na myśl, że za moment  – zmarznięta i przemoczona –  wejdę pod ciepły prysznic, że mokrego psa owinę w ręczniki i koce i będę go troskliwie tulić. I przyjdzie mi jeszcze na myśl – na pewno, bo przychodzi zawsze – że błąkał się brudny i niczyj w taki dzień, jak dziś, dzień paskudny jak mówią „że i psa by nie wygnał”. A jednak! „Co było, a nie jest (…)”. Jednak się pamięta. Lecz i psu i mnie dziś błogo. W bliskości i cieple, w strumieniu gorącej wody pod prysznicem, pod kocem i na kanapie. On ze mną, ja z nim. Deszcz może sobie kreślić swoje szlaki na szybach i groźnie bębnić w dach. I niech nawet jego strugi tworzą ścianę lodowatej wody, ona nie wnika we mnie, ani w moją przestrzeń. Jestem w niej zabezpieczona i bezpieczna.

Niepokój przychodzi też z chaosu. Z natłoku myśli. Z pretensji. Z wiecznej awantury o porządek i bałagan. Ład i nieład. Wieczni wojownicy. Kradnący moje myśli i czas. Jeden złości, drugi cieszy. Dwie kategorie bytu z przeszłości. W przeszłości zakorzenione. Synonimy definicji szczęścia i udręki. Trochę nie do wiary, jak mnie to przerasta i przytłacza! Jest piętnem, jest skazą, jest zadrą! Przywołuje tamtą chaotyczną przestrzeń i, wyzwalaną przez otoczenie, absurdalnie silną potrzebę porządku, która mnie do dziś obezwładnia i nie pozwala się odprężyć, kiedy mam nieumyte okna, nieodkurzone podłogi, kamień na sanitariatach. Jest to coś narzuconego. Przez ciotki, sąsiadki, cudze matki. Przez moją zanegowane. Ciągle widzę to ich czyszczenie dziurek w kontaktach i wymianę firanek co sobotę, te wiecznie czyste szyby w oknach, jak powybijane. Za nimi pustka, o której nic wtedy nie wiem. Śmieszne rytuały trzepania dywanów i czyszczenia fug szczoteczką do zębów. U nas psia sierść na podłogach. Pamiętam ich prasownie majtek i ręczników –  naszą zdekompletowaną pościel. Cioci Wiesi kanapki pod kloszem i herbatę w dzbanku szklanym z czerwonym uchwytem, idealnym w jej plastikowo – czerwonej kuchni. Absurdalny, dla nas niedościgły wzorzec estetyczny! Wywołujący kompleksy. Śmieję się i mi przykro, gdy mówię, że podziwiam jej czystość, bo u nas jakby Pippi Langstrumf wiecznie piekła ciastka! Ciocia się śmieje, ale wiem, że by u nas oszalała. Mam 10 lat i wiem, że to nie jest ok.

Porządek jest więc demonem przeszłości. W porządku nie umiem sprostać własnym oczekiwaniom i nie potrafię się uwolnić od narzuconych wzorców, które to gloryfikuję, to wyśmiewam. Nie chcę się z nimi identyfikować, jednocześnie nie umiem ich odrzucić. U innych podziwiam „artystyczny nieład”, u siebie pomstuję na wieczny „pierdolnik”.

Wieczna konfrontacja między my i oni. Kpiący ton koleżanki, której prasowaniu ręczników się dziwię, szczery i podły śmiech. Już wiem, że wszyscy wiedzą, że u mnie jest inaczej. Wieczny zgrzyt z powodu tych woreczków po mleku, w których mam kanapki z jajecznicą. Czemu się tego czepiam! Dziś byłby to neutralny fakt lub nawet eko-szyk – nie mam tego luzu – wśród tych, zaopatrzonych w papier śniadaniowy, czuję straszny obciach.

Więc to jest coś z niedostatku, z inności, nieprzystawalności. Co każe mi – nastolatce – napisać:

„mam kubek

– taki słoneczny –

Poi mnie mlekiem dla błogości

Poi mnie wodą dla rześkości

 Poi mnie kawą dla trzeźwości

Jest mój. I to jest prawda. I to się liczy.”

Mimo naiwności te słowa mnie wzruszają i dziś. Znalazłam je niedawno w moim, przecież niemal dziecięcym, tomiku „poezji”. Czuję, jak wielka jest w nich tęsknota. Za normalnością, za spokojną przystanią domu, który zawsze po prostu jest tam, gdzie trzeba. Dlatego muszę umyć okna. Dlatego cieszę się, gdy paruje pomidorówka. Dlatego zawijam te kanapki w papier śniadaniowy, choć moja córka ich nie je. Dokładam jabłko. A nuż zgłodnieje.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *