„Własny pokój”


Dociera do mnie od niedawna, jak wielkie miał dla mnie znaczenie. Mój „własny pokój”, który oddałam córce w czasie pandemii. Głupia konieczność, bo nie można było do jej pokoju przenieść komputera. Może zresztą wtedy nikt o tym nawet nie pomyślał, bo wszystko działo się tak szybko, a pokój, osobny, z komputerem był po prostu potrzebny. Mój był, w oczywisty dla wszystkich sposób, gotowy do zajęcia. Pamiętam te niekończące się dyskusje o zasobach i możliwościach. O tym jak najefektywniej zorganizować się wokół potrzeb dzieci, którym zamknięto szkoły. Rozważaliśmy, co czują ci, którzy muszą pracować w nowej jakościowo, zdalnej formie, nie mogąc wyjść, jak dotychczas. Tych, których praca, z definicji niemożliwa wirtualnie, na dłuższy czas stała się zbędna, przestano chyba w ogóle dostrzegać. Dotknęło mnie to bardzo. Ta zbędność i moja, uświadomiona wtedy, nieprzystawalność. W czym odrobinę, jak czuję, pozostałam jeszcze, choć się twierdzi, że wszystko wróciło do normy. Może dla mnie ten proces właściwie zaczął się wcześniej. Trudno mi to rozstrzygnąć. Jednak wtedy wyraźnie i jednoznacznie, cały świat, ze swoimi zasobami i możliwościami, przesyłanymi nieustannie przez internet, wszedł mi z butami do głowy. Całkowicie mnie zagłuszył i ogłuszył, przytłoczył nadmiarem i wewnętrznie zablokował. Poczułam, że ja sama nie mam już nic do zaoferowania. Przestałam chyba nawet o sobie myśleć, jak o osobie produktywnej i potencjalnie kreatywnej. Wobec domowników nie utrzymywałam granic, nie czułam i nie rozumiałam, że mogę i muszę jakoś o nie i o siebie w nich zawalczyć. Jakieś ich resztki i namiastki rozpływały się w nicości, tak, jak z dnia na dzień rozpłynęła się moja praca i niepisane prawo do „własnego pokoju”. Straciłam ulice, parki, muzea, w domu moje okno i biurko.

Chociaż miałam wielki stół w pokoju, wokół którego krążyło wszystko. Wszystko, co wspólne. Tylko dla mnie niczego tam nie było. Sama mogłam, co najwyżej posiedzieć w wannie, bo za dnia sypialnię zaanektował mąż, zdalnie pracujący. Ja, zredukowana do roli maszyny gotująco – piorącej, podająco – przynoszącej, ogarniającej cały ten okołoszkolny rozgardiasz, domowy miszmasz, bałagan pączkujący w każdym kącie, za który czułam się współodpowiedzialna. Tak było, tak się przyjęło, tak się utrwaliło. Moje życie, zupełnie nie o mnie. Nie użalam się, ale się dziwię, nie ujmuję sobie, ale też nie czuję satysfakcji – życie niewątpliwie potrzebne, ale bardzo nietypowo, na wskroś, absurdalnie praktyczne.

W „moim pokoju” kartki i kredki niezliczone plastyczne projekty. Stosy książek, zeszytów, których już nikt nie wynosił po skończonych lekcjach. Ścinki, okruchy, zużyte kubki, spleśniałe kakao i ogryzki jabłek rozpełzły się niczym gangrena i liszaj na powierzchni skóry, infekując domową tkankę. Wdarło się to, wżyło w tę, kiedyś moją, choć nie do końca jeszcze oswojoną przestrzeń.

Z czasem przestałam nad tym, co się działo, panować.

Mały pokój z widokiem na kwitnącą wiśnię – niestety bezpowrotnie straconą – bo ją ścięto zeszłej jesieni. Pokój z dużym oknem zwany nieco na wyrost gabinetem i biblioteką. Moje miejsce do patrzenia na księżyc. Pokój, który przecież sobie wywalczyłam, przede wszystkim we własnej świadomości, odrzucając stwierdzenia znajomych, że nie, nie Tomka biuro, lecz moje. Mój azyl do pisania i czytania, moja „świątynia dumania”. Bardzo dziwnie to odbierano. Choć może bym tego nie dostrzegła, gdybym sama bardziej sobie uwierzyła i zaufała; nie traciła tak szybko w sobie samej oparcia.

Potem się to zaczęło. Znikanie i zaniedbywanie. Stopniowe usuwanie z pamięci i świadomości mojego „kawałka podłogi”. Nie dziwi mnie, że pasjami lubię wykrzykiwać ten refren!

Mój protest song. Przeciw samej sobie.

Przeciw bagatelizowaniu faktu, jak bardzo jest on ważny. „Własny pokój” – fizyczne miejsce, reperujące psychikę, podbudowujące morale.

Był tam, zaledwie za ścianą, a strasznie odległy. „Własny pokój” bez człowieka, który go doceni. Coraz bardziej bez treści i znaczenia.

Do dziś zawalony pudłami, których „kiedyś” trzeba się pozbyć, zastawiony rowerami, na których zimą nie można jeździć. Miejsce zimowania żółwi, zalatujące posikaną trawą. Przestrzeń bez sensu, z zablokowanym dostępem do biblioteki i wiecznie czymś obłożonym biurkiem. Z kanapą, na której nie można się położyć, bo jest składem pościeli, nieschowanej do szafy, do której nie można się dostać przez zalegający sprzęt narciarski, aktualnie w użyciu.

Przykre i zawstydzające fragmenty codzienności, upchane między kanapą i szafą.

Coraz bardziej karykatura pokoju. Mój przytłaczający koszmar.

Od niedawna jednak wracam. Odrzucam niechęć, odrzucam niepewność. Sprawdzam, czego się lękam. Powoli i ostrożnie, wyczuwam między nami relację i głaszczę to uczucie jak zranione zwierzę. Nie chcę niczego przegapić, nie chcę niczego zapeszyć, ani niczego spłoszyć. Dlatego nie robię gwałtownych rewolucji, niczego nie stawiam na głowie, nie wyrzucam hurtem, analizuję.

Widzę, że mój, nie – mój jeszcze, wytęskniony „własny pokój” czeka. I jest to pokrzepiające uczucie, bo wiem, że kiedy w nim znowu zamieszkam, kiedy oddam mu duszę, mój „ własny pokój” mnie wesprze i wzmocni.

Skoro odważyłam się być Anją Andą, początkującą pisarką, jest mi potrzebny jak nigdy przedtem. I obojętnie jak długi będzie mój debiut, jestem w tym stanie szczęśliwsza niż kiedykolwiek.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *