Kiedy nie piszę, wychodzę z wprawy, trudno mi zebrać myśli. Mam tak czasem, kilka dni lub nawet tygodni, kiedy nie znajduję czasu na pisanie. Mam wtedy wrażenie, że moje myśli wyparowują, właściwie mam uczucie niemyślenia, takiego zastygania w nic-niemyśleniu. Wtedy boje się, że już nigdy mój umysł nie sformułuje myśli na tyle swobodnej, na tyle znaczącej, by ją zapisać. Ta wizja jest przerażająca. Jakby mnie ktoś jednym słowem, opinią, decyzją odciął od marzeń. Bo przecież jest moim wielkim marzeniem i planem pisać. Planem realizowanym z bezbrzeżnym mozołem, odsuwanym w czasie, jak coś wstrętnego lub coś napawającego strachem (przychodzi mi na myśl szeroki ugór, płaskie światło, paplanina bez znaczenia, wielka pochłaniająca mnie nicość. Nieestetyczna i nudna), a przecież pisanie to coś tak potrzebnego, oczyszczającego, nadającego sens – wszystkiemu, czego doświadczam. Więc mam do siebie wielki żal o to nierealizowane marzenie. Że tak mnie przerasta czasami, że ani myśli nie zbiorę, ani słowa nie wyduszę, gniewa mnie i zdumiewa.
Bo pragnę by było ze mną na co dzień. By było moja pracą, codzienną, regularną, nawet żmudną, a jednak niosącą mnie na mych własnych skrzydłach, ciut ciut nad ziemią, daleko od pomidorowej, odkurzania podłóg, diety, dentysty, szkoły dziecka, linienia psa na podłogę w salonie, prania, które ciągle się zbiera, zakupów, zerkania do fejsbuka…Potrzebuję codziennie siąść przy biurku i pomyśleć.
Tymczasem mam wakacje.
Zdałam egzamin przewodnicki w Muzeum Krakowa. Zarobiłam na czerwcowy ZUS. Rozdysponowałam zwierzęta i kwiaty. Zamknęłam dom na klucz.
Wzięłam lekturę, która przeniesie mnie w świat babci Luci, na wołyńskie równiny, których nie mogę znać nawet z jej opowieści, a potrzebuję zrozumieć, skąd pochodzi, skąd trochę ja jestem.
Chwilowo codziennie będę miała najpiękniejszy morski horyzont, gdziekolwiek nie spojrzę.
Nasycę się tym i wrócę, do domu, do mojego marzenia.
Lądujemy.
Witaj Majorko!, 23. czerwca 2022, o godzinie 21.33.
Mam szczęście do pięknych wakacji, więc powinnam się tylko cieszyć i zrelaksować. Chwilowo nie jest mi jednak łatwo przestawić się na tryb relaksu i tkwię w niepokoju. Ledwo wyczuwalnym, bezpodstawnym, ale uwewnętrznionym i obecnym.
27. czerwca
Drugiego dnia na morzu solidnie wieje. Płynęliśmy z godzinę, zachodnią stroną wyspy, na północ między zatoką o nieznanej mi nazwie, a portem Soller. Wytrzęsło nas, oj, naprawdę! Przy wietrze 7 stopni w skali Beauforta, rzucało nami, ludźmi miasta, najpierw po siatce na dziobie, potem po śliskim pokładzie. Początkowo było zabawnie, potem jednak zrobiło się ciut groźnie, więc większość załogi przycupnęła w kokpicie, niektórzy legli w kajutach, mój mąż walczył dzielnie z jajecznicą, chodź ogólnie trudno było o pion i spokój żołądka.
Przypłynęliśmy do spokojniejszej przystani i tak stanęliśmy na pół dnia w zatoce Soller (zapamiętuję nazwę miejsca, które mnie zachwyciło i do którego planuję wrócić).
Popadliśmy w prawdziwie wakacyjny letarg, leżąc na pokładzie w plamach słońca, smagani północnym wiatrem, blade ciała różowiejące, piekące, mimo olejków, kremów, balsamów, wcieranych co chwilę; ciała nieprzywykłe do tej ilości światła i tej temperatury, rozpłaszczone leniwie w różnych częściach pokładu katamaranu.
Po jakimś czasie część z nas zapragnęła zmiany i mimo niespokojnej fali, popłynęła pontonem do miasteczka… dobrze nam robią wino, lody i krótki spacer z zawrotami głowy – odpryskami kołysania statku, uwięzłymi w pamięci komórek ciała. Zakupiliśmy wino, owoce i chleb, czyli produkty pierwszej potrzeby oraz mniej potrzebne, a piękne, wobec nadmiaru asortymentu do wyboru, nie jeden, a dwa – słomkowe kapelusze. Takie, o jakich zawsze myślałam, że są super, ale mi nie pasują. Zrobię kilkadziesiąt zdjęć, by się w tym utwierdzić lub temu zaprzeczyć. Zdjęcia oczywiście niczego nie rozstrzygną.
Wracamy do swego stanu letargu, już nie tak intensywnego, wszak zelżał upał. Siedzimy, leżymy, pijemy wino, nic się nie dzieje. Pozorny spokój tej chwili, przeraża po czasie.
Wytrąceni nagle z wakacyjnej konwencji dolce far niente, stajemy się świadkami dramatu…Dziewczyna, okaże się później 16 letnia, wskoczywszy ze skały do morza, nie umie się z niego wydostać. W jednej chwili obserwowaliśmy jej próby, nie wiedząc dokładnie co się dzieje, wymienialiśmy absurdalne uwagi o pomocy natychmiastowej, konieczności popłynięcia pontonem, który w tych okolicznościach niechybnie roztrzaskałby się o skały, by zaraz stwierdzić uspokajająco, że są inni na skale, którzy zadzwoniliby po pomoc, gdyby widzieli, że jest potrzebna! Skąd pewność, jeśli nie wiemy nawet dokładnie, co widzą oni, a co my? Nie da się ocenić z tej odległości. Nadto, jaka może być pewność, wobec wiedzy o ludzkiej obojętności lub niefrasobliwości, czasem przecież zwyczajnej głupocie! Nagle kogoś otrzeźwia, gwiżdże, wołamy, machamy już w histerii niemal – niech płynie do nas, od skał, my natychmiast w jej kierunku, pontonem, zaopatrzonym w kapoki. Akcja udaje się w minutę chyba…w tej samej chwili zdecydowaliśmy się też zadzwonić po pomoc, która i tak nie nadchodzi. Życie ratują emocje i skuteczne działanie, które wynika z pierwszej myśli o potrzebie pomocy. Chaos zastępuje wola i racjonalność. Ze łzami ulgi zlewają się lęki o nasze nastolatki. Myśli, raz ledwie się skrzące w podświadomości, raz obezwładniające swą siłą; integralne, jak sądzę i doświadczam od lat, z losem kobiety – matki. Niepozwalające usnąć za mocno, odetchnąć za głęboko, nie bać się, bez namacalnego powodu, że zło się wydarza codziennie, przypadkiem nie nam.
Nadchodzi względnie spokojna noc. O płynięciu nie ma mowy. Dowiaduję się o istnieniu zjawiska martwej fali. Rano doświadczę go fizycznie. W moim odczuciu będzie to koszmar, który następnego dnia opisując z dystansem, nawet dowcipnie, oswoję, pamiętając na zawsze o zabezpieczeniu błędnika skuteczną, nieromantyczną chemią.
(UWAGA! Nie czytać przy obiedzie!!! „Latające skórki pomidorów i strzępki oliwek”)
Z perspektywy delikatnego kołysania na łagodnej fali, szerokiego błękitnego horyzontu przed sobą i wiatru jednostajnie, lekko dmuchającego w żagle choroba morska, bodaj czwartego dnia rejsu po, bardziej niż malowniczych, Balearach, wydaje się odległym koszmarem, czymś nierzeczywistym, aberracją wakacyjnej kondycji; ale doświadczyłam jej fizycznie i zmięła mnie psychicznie, wstrząsnęła moim ciałem szeregiem histerycznych konwulsji, przeżuła i wypluła jak starą, pustą i sflaczałą skórzaną sakwę na wodę. Obróciła mnie w nicość, wrzuciła w otchłań bólu i skrajnego bezwładu. Zatem powiedzieć, że to coś okropnego, bolesnego i upokarzającego, to nic nie powiedzieć!
Po chwilach nieba, doświadczyłam zatem upadku w istną otchłań piekła. I niestety, nie są te słowa przesadzoną figurą retoryczną, lecz najczystszą prawdą moich odczuć, takich, jakimi się boleśnie i trwale wbiły w pamięć niczym wulgarny, nieudany tatuaż, szpecący ciało, naznaczając moje wspomnienia na zawsze przestrogą przed bagatelizowaniem pierwszych objawów, niesłuchaniem intuicji.
Miałam to wspomnienie ubrać w żartobliwą groteskę, jednak, przypomniawszy je sobie, jest mi niezmiernie trudno wyjść z konwencji dramatu.
Chociaż śmiechu było potem co niemiara, mimo współczucia i zrozumienia słabiej dotkniętych niemocą podobnego rodzaju.
Jak wspominałam zabił mnie efekt martwej fali, czyniąc bardziej martwą i bezwładną od niej samej. Moje położenie można sobie wyobrazić przywołując w pamięci gabaryty i zapach babcinej szafy, wypełnionej ubraniami z lat 50. – 80., pozbawionej powietrza, w której zamykało nas wredne rodzeństwo! Jako że, płynąc po wysokiej fali, należy zamknąć szczelnie okna, owa szafa lub inna dziupla – powiedzmy sobie szczerze – lekko zatęchła od zapachu materacy, często zalewanych słoną wodą morską i wielokrotnie niedosuszonych, śmierdzących praniem, zapomnianym na kilka dni w pralce – gdy zaczyna się trząść i trzeszczeć, staje się nieznośnym więzieniem, z którego niełatwo się wydostać w razie nagłej potrzeby. Aczkolwiek martwa fala była tu czynnikiem rozstrzygającym, w sąsiednich kajutach wszyscy przetrwali na leżąco we względnie normalnej kondycji; dopiero siedząc, lub wychodząc na pokład szarpnięci jedną słabą konwulsją, szybko ogarniali ciało i umysł i żyli, podczas gdy ja – najpierw wyrwana z materaca do przestrzeni kibelka, szerokiej na niecały metr i metr długiej – zawisłam na dobrą godzinę nad dziurką z wodą morską, pompując ją zawzięcie resztą sił, po kolejnych atakach skrętu wszystkich trzewi, z najgłębszego ich dna, tkwiłam bezradnie wsparta na kolanach i podwiniętych palcach stóp niczym powykręcana, rozkraczona Chimera z obrazów Malczewskiego, tu wbita w plastik podłogi, ścian i deski sedesowej!
Po ósmej czy dziesiątej takiej fali, postanowiłam resztkami sił dostać się na pokład, który, śliski od zalewającej go wody, stał się kolejną sceną mojego upodlenia, na który wczołgałam się, najpierw spektakularnie runąwszy w przejściu na podłogę, następnie – według relacji naszego kapitana, dzierżącego dzielnie i pewnie, bez cienia mdłości, ster katamarana – wysunęłam po podłodze rękę, czepiając się po omacku kolejnych uchwytów, przeczołgałam się na brzeg pokładu, wyrzucając pół ciała za burtę w wiadomym już celu. Ciało moje niczym wąż w konwulsjach nie wydalało już dawno niczego, paliło mnie od środka odorem siarki, jaki musiał czuć smok wawelski, trawiący trefną owcę. Wezwano do pomocy, czyli trzymania mych stóp na pokładzie, lekko zielonego mego męża, który zmusił mnie do położenia się na twardej plastikowej, czy też poliuretanowej ławeczce kokpitu, bym tam zapadła w letarg, przerwany halucynacyjnym snami. Na kolejne długie godziny pozostawszy w tej pozycji, chciałam sobie odgryźć drętwiejące członki i tyłek!
Równie nieoczekiwanie, wszystko nagle się skończyło, odżyło we mnie znów moje ciało normalne, kochające pływanie w morskich wodach, na powrót spokojnych, kojących, niosących ulgę.
Wszystko wróciło do normy.
Znów płyniemy, pływamy, jemy, płyniemy.
Sypiam chętnie pod gwiazdami, na siatce katamaranu. Po zejściu na ląd, głowa wiruje:)
Codziennie realizują się moje cudowne wakacje.




