
Ta podróż jest skazana na wiele wykrzykników. Przewiduję wszelkie „achy” i „ochy” w nieprzyzwoitej ilości.
Taki przedświąteczny odlot w fizycznym i metafizycznym tego słowa znaczeniu. Ja i T., który uległ moim – trwającym tydzień! – usilnym i namolnym prośbom i perswazjom, i zgodził się na wypad w czasie niedomkniętych setek spraw końca roku. Wypad zaledwie dwudniowy, między piątkowym Christmas Party, a poniedziałkowym zebraniem budżetowym. Wypad po oddech i haust piękna na dwóch wspaniałych wystawach – spektakularnej i lirycznej – w najpiękniejszym entourage `u z Paryżem w roli drugoplanowej, zawsze przecież spektakularnej. Taki jest nasz cel. Trochę rozszerzony później o tradycyjne biegi uliczne od Montmartre `u (miejsca naszej jednej z pierwszych randek przed laty!, gdzie T. kupił mi pierwszy pierścionek z poskręcanego przez ulicznego sprzedawcę drucika) po Ogrody Tuileries. Ale – jak na nas – z umiarem. Z czasem na kawę i bagietkę przy marmurowym stoliku. Z chwilą zapatrzenia w przestrzeń wokół nas.
W samolocie znowu mam miejsce koło okna, więc tradycyjnie na początek spinam się, że zaraz moje dramaty urologiczne odbiorą mi całą radość bycia w podróży, ale o dziwo jest nieźle. Nie całkiem dobrze, ale znośnie. Bo chociaż nie chce mi się siku, to fizjologia i tak mnie dopada, oblewając mnie falami gorąca. Ale fale przemijają i, jednak, nie powodują wytrzeszczu oczu i nie wywołują niebieskawego odcienia twarzy, stężałej od wysiłku zaciskania pęcherza. Opisałam ten koszmar, towarzyszący mi często w podróży, w „Szkicu z podróży do Barcelony”, więc niektórzy z Was znają tę moją słabość. Co do gorących prądów toczących moje ciało, już je kiedyś miałam, potem zniknęły, teraz znów od tygodnia nagła fala ciepłego powietrza, niezależnie od obiektywnie panującej temperatury i poziomu mojego odziania, przepływa mi przez ciało i odkłada się mgiełką nieestetycznej wilgoci na twarzy. Jest to oczywiście związane z tym strasznym stanem na „M”, którego jeszcze nie mam dosłownie, ale pchany przez przedrostek pre- stan „M” migocze, bynajmniej nie wdzięcznie, na horyzoncie, podryguje jak panna młoda przed pierwszym tańcem, po czym porywa mnie w kilkusekundowy wirująco – pulsujący stan otumanienia. Ratuję się – rozebrawszy do podkoszulka- sączeniem wody i lekturą.
Czytam „Powrót z bambuko” Nosowskiej i jest to chyba najśmieszniejsza rzecz, jaką w życiu czytałam. Co chwile śmieję się do łez i posmarkania!
Wybór lektury na tę krótką podróż jest efektem zachwytu ostatnim koncertem Nosowskiej w Krakowie.
Myślę – jakie to dziwne, że znam Kasię Nosowską pół życia, a nie wymieniłabym jej (do teraz!) wśród moich ulubionych czy też najczęściej słuchanych osób. Znam ją z wielu, choć nie wszystkich, tych najwcześniejszych utworów, obecnych w moim życiu, ale nie słuchanych świadomie, bo w latach 90. wczuwałam się raczej w teksty Renaty Przemyk, Cata Stevensa i Perfektu oraz – w wielkich emocjach – Freddiego Merkurego, lub pląsałam przy Vaya con Dios, w chwilach radosnych. Później, co prawda uwielbiłam i słuchałam maniakalnie, w aucie i w domu płyty Nosowska/Osiecka, ale jakoś nie poczułam dodatkowo potrzeby powrotu do repertuaru zespołu Hey – tak mam , że nie jestem metodyczna i dociekliwa. Daję się ponosić przypadkom i emocjonalnym zrywom. Z ostatniej płyty kojarzę i bardzo lubię trzy utwory: magiczną i proroczą Degrengoladę (wspaniały, obłędnie pomarańczowy teledysk poznałam dopiero po koncercie); i śmieszną i smutną Ledwie wczoraj; pobudzającą i wyrywającą ze starych butów Przytomną…
Ale, do ostatniego czwartku nie wiedziałam, że przyjdzie mi się zakochać w całej artystycznej i ludzkiej emanacji tej kobiety.
Wsłuchałam się w teksty i oszalałam – ile tam jest treści, jakby wprost dla mnie! Pomyślałam, że w takim razie jej książki muszą być fantastyczne i właśnie połykam pierwszą, zanim dolecę z Krakowa do Paryża. (Notabene, słyszałam ostatnio, że wznowiono pociągi na trasie Berlin-Paryż i postanawiam wybrać się w taką podróż, bo kocham obydwa miasta, obydwa kojarzą mi się z młodością, moją osobistą, za którą tęsknię, rzewnie i trochę smutno, bo sądzę, że jej należycie nie wykorzystałam. Ciągle myślę, że coś z tamtego czasu mogę ocalić, więc natychmiast wpisuję tę podróż na listę wymarzonych rzeczy do zrobienia.)
Oprócz tego cholernego pulsującego ciepła, często dopada mnie ból głowy – jakby nagle cała znalazła się w uścisku metalowej obręczy, dokręcanej śrubami, przez psychopatycznego oprawcę, raz bardziej z góry, jakby mi rosły rogi, raz jakby mi się obcy jakiś chciał przez środek czoła przebić przez kości i rozepchać „lwią zmarszczkę”, raz od szyi, powodując zawroty. Dzisiaj też trochę szumi mi w uszach i uciska skronie. To jest podobno w znacznym stopniu nadwrażliwość emocjonalna i nerwica lękowa, której się nabawiłam przy okazji tężyczki, ale teraz już nie wiem, czy to jest ból z jakiegoś napięcia, z którego sobie często nawet nie zdaję sprawy, choć dziś wiadomo – w samolocie luzu nie mam – czy też sprawa czysto hormonalna, czyli wynik ogólnego rozpierdolu organizmu, zmierzającego po równi pochyłej – jednak mam dziwną masochistyczną nadzieję – do długiej starości.
Czytam zatem Nosowską, która z menopauzy nie robi żadnego tabu, pisze o niej i mówi na koncertach, nie wiem, czy na wszystkich i zawsze, ale w czwartek powiedziała i niby się śmiałam, a potem zaraz dodałam sobie w głowie, że ja TEGO j e s z c z e nie mam. Bo trzymam się tego prefiksu jakbym się miała od samego przyznania przed sobą na głos, że jestem w tym czasie, rozsypać.
Nosowska ma to za sobą. W każdym razie, ma dystans i luz godny pozazdroszczenia. Z lektury jej książki wynika, że ma dużo więcej niż dystans i luz.
Ja w kwestii menopauzy czy szeroko rozumianego procesu starzenia się nie mam ani luzu ani dystansu. Za pół roku kończę 50 lat, ale nadal twierdzę, że mam jeszcze ciągle 40 plus, co brzmi wystarczająco strasznie, chociaż jeszcze nie jak wstydliwa choroba, którą jawi mi się ta, w gruncie rzeczy tak umowna, kwestia bycia kobietą w stanie przejścia z pre- do meno-. No tak mam. Jeszcze się miotam, co widzę, że jest głupie, ale nie umiem tego przezwyciężyć.
Podróż do Paryża to trochę zawsze podróż do przeszłości. Nie umiem oddzielić teraźniejszości od wspomnień. Zawsze trochę porównuję siebie z przed lat z dzisiejszą mną.
Przypominam sobie te zdarte stopy. Zdarte nie od zwykłych spacerów nad Sekwaną, lecz dlatego, że przeszłam Paryż wzdłuż i wszerz, na własnych nogach, bo zwyczajnie szkoda mi było pieniędzy na metro. A bywało, że ich po prostu wcale nie miałam.
Zatem Paryż kojarzy mi się z młodością. Ale właśnie – paradoksalnie – wcale nie taką znowu pod każdym względem radosną i beztroską. Chodziłam sobie, co prawda, wyprężona jak struna, z tą jędrną skórą na twarzy, opalonej pod hiszpańskim słońcem, w ramach corocznego dwumiesięcznego plażowania pod Barceloną z „moją francuską rodziną”, jako dziewczę opiekuńcze trzech najpiękniejszych chłopców, jakich ziemia nosiła (do czasu mojego siostrzeńca Juliana, oczywiście!), ale też zmagałam się z demonami.
Moja francuska rodzina miała nawet nazwisko piękne – Cohen – i składała się z owych ślicznych chłopców w granatowych spodenkach i białych koszulkach Lacoste, pięknej matki dwojga imion i super długiego nazwiska po ojcu, z pochodzenia Hiszpanie, dystyngowanym dyrygencie paryskiej Opery, oraz z ojca – najuprzejmiejszego, obłędnie przystojnego, emanującego luzem i spokojem mężczyzny spełnionego i ukontentowanego życiem. W Paryżu przebywałam u nich gościnnie tuż przed wyjazdem do Hiszpanii lub po naszym powrocie z dwumiesięcznych wakacji, podczas których, doglądając chłopców baraszkujących w piasku, smażyłyśmy się na plaży i czytałyśmy 12 numerów „Elle”, które Marie-Laure prenumerowała cały rok, ale czytała wszystkie na raz, po kolei dopiero na plaży w Sitges. Ja po niej. Z roku na rok płynniej i swobodniej. Powrót do Paryża był z jednej strony wspaniałym czasem beztroski i, zasadniczo, braku jakichkolwiek obowiązków (chłopcy mieli na miejscu codzienną opiekunkę, ja byłam tylko wakacyjną), z drugiej – pełen dyskomfortu. Cohenowie traktowali mnie jak córkę, zabierali na wakacje i gościli bezpłatnie w paryskim apartamencie w 8. dzielnicy, tak długo, jak chciałam i mogłam, ale też nie płacili za wakacyjną opiekę nad dziećmi więcej niż nieregularne drobne kieszonkowe, które wydawałam na bilety do muzeów, bagietki i jakiś pojedynczy ciuch w którejś z francuskich „sieciówek”. Zatem wiecznie czułam się biedna, choć uprzywilejowana, że tam jestem, że mówię po francusku, że oglądam to najpiękniejsze miasto nie tylko z turystycznej, bardziej z codziennej perspektywy.
Czułam dyskomfort pochodzenia, braku szczególnie utalentowanych i wykształconych członków rodziny, majętnych rodziców z własnym domem z ogrodem i tradycjami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie, z wielką biblioteką i pokaźnym zbiorem muzyki klasycznej. Z fortepianem, czy choćby pianinem. Moim jedynym zasobem i wielkim snobizmem była znajomość języków obcych, w formie, w której niesłyszalny niemal był obcy – powiedzmy sobie szczerze – polski (!) akcent, oraz moja niezła wiedza z zakresu historii sztuki, na której budowałam swoje wyczucie estetyki i mit człowieka kulturalnego, duchowego.
Duchowość zawsze była dla mnie wartością i to – muszę przyznać – jednak przekazano mi w domu. Mimo braku kulturalnego zaplecza, z wyczuciem i uznaniem dla wyższych, niematerialnych i niepraktycznych wartości. Ale byłam też pełna niedosytu, świadomości braków wszelkich – wynikających z niesatysfakcjonującego wykształcenia i miernego stanu posiadania. Moja francuska rodzina na nic się nie krygowała, wszystko u nich było swobodne i naturalne. Paryż z jego blichtrem i wielkomiejskim, burżuazyjnym klimatem był ich naturalnym stanem ducha. Nie do końca miałam intelektualne i mentalne kompetencje, by to ocenić, ale czułam, że to jest coś wrodzonego i nie do końca namacalnego i w jakiś niesprawiedliwy i bolesny sposób mi niedostępnego.
Marie Laure nie była snobką, ale myślę, że nie przyszło by jej na myśl użyć innych niż francuskie perfum. Dolce Vita Diora, stojące w jej łazience są dla mnie do dziś najbardziej kobiecym i eleganckim zapachem, chociaż ulubionym jest Black Cashmere Donny Karan. Kiedy kupowała bagietki i croissanty w Sitges czy Barcelonie zawsze w wspominała te paryskie („il n`y a q`un bon croissant parisien!” – oczywista oczywistość, chociaż dla mnie były tak samo pyszne).
Mam od niej torebkę vintage od Yves Saint Laurent. Jest moją – niepraktyczną i nie bardzo w moim stylu – jednak cenną perełką, symbolem francuskiego szyku.
Moją biedę materialną w Paryżu odczarowałam możliwie najbardziej materialnym symbolem dobrostanu, wiele lat po studiach, kiedy też i Cohenowie wyprowadzili się z Paryża, wybrawszy Barcelonę, jako lepszą i praktyczniejszą do życia. Podczas weekendowego wypadu z przyjaciółkami kupiłam sobie pierścionek w salonie Svarowski na Champs-Élysées. Leżał tam i – poczułam to – czekał na mnie. Moje „coup de coeur”. Mój powiew wielkiego świata, tylko dla mnie. Pierścionek – właściwie pierścień migoczący wielobarwnymi kryształkami, który często noszę, tak zwyczajnie na co dzień. Jego imponująca forma, sprawia, że pamiętam tamtą zakompleksioną dziewczynę, dla której szczytem luksusu była marynarka z Promode i nie wstydzę się jej. Ogarnia mnie czułość. Mój pierścionek jest dla mnie na pewno jakimś znakiem zmieniającego się czasu i innych możliwości. I to właśnie, że noszę go na co dzień, a nie od wielkiego dzwonu, sprawia, że codzienność też mi się jawi barwnie i estetycznie satysfakcjonująco. Należy do kategorii kojących rytuałów.

Dzisiejszy lot do Paryża to też coś takiego – trochę luksusowy prezent, trochę kojący rytuał.
W Paryżu wita mnie obłędne słońce! Nie dość, że mają Champs-Élysées – jeszcze au soleil! A u nas smog i syf klei się do butów. Mam wrażenie, że wiecznie – przynajmniej od października do marca – chodzę w brudnych butach i cała się czuję przez to brudna jakaś, niedomyta i nawet mi się nie chce dbać o ubranie, skoro i tak jego ważny element czyli buty, mam wiecznie czymś ufajdane. No bo faktycznie, jak lecę od rana, najpierw z psem po krzakach, potem do stajni, w międzyczasie zawsze gdzieś prędko, na skróty, przez kałuże, no nie wyglądam elegancko. Ostatnie roztopy w Krakowie ukazały brud nie do opisania, psie kupy i porzucone przez ludzi śmieci. W Paryżu dwa dni będę chodzić i buty będę mieć wciąż błyszczące, wypastowane.
Paryż to nie jest dla mnie zwykłe miasto. Nadaję mu znaczenie symbolu lub raczej mitu z kategorii młodzieńczych wyobrażeń. Jak rower z koszykiem, bagietki i herbaciane róże, które były moim studenckim wyobrażeniem życia z blichtrem i polotem. To jest może jednak rzecz na inną opowieść.
Wiem oczywiście, że i Paryż ma swoje różne twarze i nie każda jest piękna. Ale ja tę piękną właśnie wybieram i nią się sycę. Nie jestem ślepa i głucha, widzę biedę i nierówności społeczne, które są wszędzie, w Paryżu bardzo wyraźne i niektórych sama w jakimś stopniu przecież doświadczyłam, ale dziś, tu i teraz, potrzebuję naładować własne życiowe baterie i napawam się tą chwilą, która rozpieszcza moje zmysły. Paryż, do którego lecę na te parędziesiąt godzin wdzięczy się do mnie, bożonarodzeniowymi dekoracjami, luksusowymi domami mody, opakowanymi sznurem świateł, niczym prezent pod choinkę. Jednak nie robi to na mnie wielkiego wrażenia. Sklep Luis Vitton, do którego weszliśmy trochę eksperymentalnie, by udowodnić mi, że jest to miejsce jak każde inne, choć nie z mojej przestrzeni i czuję się w nim absurdalnie i sztucznie, nie dlatego, że mnie nie stać na oferowane tam produkty, ale dlatego, że w ogóle nie odczuwam takiej potrzeby. Ale mam prawo tam wejść. I nie muszę się nikomu tłumaczyć, po co wchodzę. I – dziwne! – nikogo to chyba aż tak bardzo nie obchodzi i nikt tego nie ocenia. Musiałam tam wejść, żeby to poczuć. Dotychczas przeświadczenie, że to nie dla mnie, bo mnie nie stać, a nie „nie dla mnie”, bo mnie to nie obchodzi – napawało mnie smutkiem. Czuję, że odczarowałam te bezsensowne emocje.
Za to w pięknym nowoczesnym budynku wystawowym fundacji Louis Vuitton, w którym spędzamy trzy godziny, oglądając cudowną wystawę dzieł niemal wszystkich Marka Rothko, czuję się jak ryba w wodzie i ptak w przestworzach jednocześnie. Czuję i chłonę bezmiar piękna, dosłownie zatapiam się w sztukę na wskroś wizualnie spektakularną, wybitną.
To, że mogę tu być, mnie wprost uskrzydla.
Jeszcze w fundacji jemy deser cytrynowo – pomarańczowy „Tribute to Rothko”, wychodzimy obładowani plakatami, pocztówkami, obfotografowawszy wszystkie niemal dzieła i przestrzeń wystawową i siebie w tej przestrzeni, i jesteśmy po prostu i po ludzku podniesieni na duchu! Jest to ten rodzaj chwili, dla której – bez żadnej przesady – warto żyć.
W Paryżu warto też zjeść zupę cebulową z grzankami serowymi, napić się wina, wspiąć się pod Bazylikę Sacre Coeur na Montmartrze, posiedzieć na zielonych krzesłach wokół fontanny w Ogrodach między Luwrem a placem Concorde, warto – zawsze! – spojrzeć na nenufary Moneta w Oranżerii… warto o wiele, wiele więcej…my zdążyliśmy tyle, bo powodem tej wizyty był akurat Mark Rothko i Amadeo Modigliani w Oranżerii właśnie, a także herbata u przyjaciół i pobycie razem, przez chwilę, poza codziennym rozgardiaszem.
Powrót do Paryża jest zatem konieczny i oczywisty. I – co ważniejsze – możliwy. Trudno mi sobie wyobrazić większy luksus w życiu, niż świadomość tej możliwości.
Z tej wysokości sfruwam bez frustracji do świątecznych porządków, lepienia uszek, zawijania gołąbków. Przy zakupach się już oczywiście lekko irytuję, ale zasadniczo mam energię, żeby z radością przyjąć święta.







