Podróż do Albanii 19. – 22. 10. 2023


Jadę do kraju, o którym prawie nic nie wiem. Nie przygotowuję się.

Jadę z pięknymi wizjami, zapożyczonymi z kobiecych wyjazdów, organizowanych przez moją przyjaciółkę, w których nie uczestniczyłam, ale z jej relacji i zdjęć odczytuję istną magię energii i przestrzeni. Jadę – wyjątkowo – w sporej grupie – z przyjaciółkami, koleżankami, moimi ulubionymi kobietami. Cieszę się bardzo na to towarzystwo. Wierzę od jakiegoś czasu w niesamowicie pozytywne działanie kobiecej energii. Te są szczególne. Bliskie, jednocześnie nieznane mi w sytuacji podróży- od rana do wieczora – pod jednym dachem, w jednym aucie. Pozytywne wibracje krążą nad nami od początku. Towarzyszy nam autentyczna radość, że tak nam się udało zgrać, w 10 osób, 10 matek, 10 żon, w środku roku szkolnego na początku sezonu grypowego. Fundujemy sobie relaks od rodziny, od obowiązków zawodowych, w kraju określanym jako niezwykle przyjazny i gościnny. Mam problem z „przesadną” gościnnością – sytuacjami, w których nie możesz czegoś odmówić, by nie urazić obdarowującego. Nie wiem też, czy będzie tak fantastycznie, jak przy okazji wspólnych imprez – urodzin, sylwestrów, wesel. Nie ma powodu się martwić, a jednak zastanawiam się, czy wytrwamy te kilka dni bez pretensji, bez forsowania swojego, bez narzucania czegokolwiek. Czy zachowam wolność w grupie indywidualnych silnych, sprawczych, niezależnych kobiet? Czy będę i ja dla nich dobrym, wspierającym towarzystwem, wartościowym elementem tej kobiecej mozaiki?

Oprócz dziecięcej wręcz radości z podróży, także te niepokoje wypełniają mi serce i umysł.

Nie interesują mnie płytkie relacje, szukam głębi, wiec mam też skłonność do szukania dziury w całym; potrzebuję intensywności, ale też spokoju, akceptacji, uznania – otrzymam wszystko! Lubię gdy „coś się dzieje”, ale mam przyzwolenie na „nic nierobienie”. Nie mam za to tolerancji dla nudy, czyli płaskich rozmów, płytkich relacji, bezsensownego tracenia czasu. To mnie emocjonalnie i fizycznie uwiera. Cenię umiejętność dopasowania się bez rezygnacji z siebie. Odnajduję w tym szczęście, gdy mogę być sobą w grupie.

W tej sprawie – okaże się – czeka mnie czysta, idealna wręcz harmonia. Ostateczne rozwianie niepewności – zapragnę więcej i częściej, poczuję spełnione nadzieje. Wdzięczność.

Spokój przed wyjazdem jest podszyty lękiem czy też raczej niedowierzaniem, że wszystko jest na czas, że wszystko spakowane. W drodze na dworzec staję – jak to zwykle ja – dwa razy, zaglądam do plecaka, raz za kosmetyczką, bo pamietam ją jak leży na krześle, a „nie widzę” momentu wkładania do plecaka, za chwilę zastanawiam się, gdzie paszport – analizuję, co mi jest potrzebne i dziwi mnie, że naprawdę wszystko mam.

Nie pomyślę tylko o gumowych butach na kamieniste morskie wybrzeże, więc doświadczę intensywnego – na granicy bolesnego – masażu stóp. W powrotnej drodze zgubię okulary do czytania. Pierwsza myśl – dramat! Z dwóch powodów – strasznie nie lubię bezsensownych wydatków i w podróży „muszę” czytać i notować. Okaże się, że podróż bez możliwości czytania da się wypełnić sycącą duszę rozmową i kojącą zmysły drzemką. Zero niedosytu. Wydatek – cóż – nie z tych największych. W przyszłości będę uważniejsza.

Lądujemy w Tiranie. Lotnisko ma wymiary i wygląd dużego dworca autobusowego. Sprawnie wynajmujemy auta przy drugim stoisku, przy którym podają nam cenę o połowę mniejszą niż przy pierwszym – wystarczająco korzystną, by nie tracić czasu na dalsze poszukiwania.

Ruszamy na południe do Sarandë. Albania nie wita nas obłędnie błękitnym niebem, ale ciepłym powietrzem, palmami, drzewami pomarańczowymi i granatowymi, jeszcze pełnymi owoców. W powietrzu czuć klimat wakacji i przygody. Przy drodze, którą jedziemy mnóstwo straganów z owocami i warzywami. Stragany prowizorycznie sklecone z blachy i desek, z baldachimami szmat, chroniących przed słońcem. Za to feeria barw i zapach owoców przyprawia o zawrót głowy.

Droga ciągnie się wzdłuż wzgórz, oddzielonych od niej kamiennymi murkami, nad którymi rozciągają się gaje oliwne, plantacje winogron, gdzieniegdzie niezbyt imponujące domostwa i całe połacie górskich szczytów – łagodnych choć masywnych pagórów żółtawego piaskowca i wapieni, upstrzonych zielenią niskich, zielonych krzewów. Krajobraz jest kamienno zielony, nieco przykurzony, chociaż miejscami zieleń jest jeszcze soczysta. W miastach kamienne mury zdobią krwistoczerwone i soczyście fuksjowe bugenwille. Biel i błękit jest kolorem wybrzeża.

Gdzieniegdzie na całym widocznym obszarze pasące się owce, kozy i … indyki! Te – bliżej drogi. Widzimy pasterzy, trzymających w grupach swoje stada i pojedyncze osoby przeprawiając się przez drogę z krowami. Nie jest to dla nas codzienny widok. Raczej egzotyczny. Chociaż owiec się spodziewałyśmy, słysząc o serach – sztandarowym produkcie albańskiej kuchni.

Kulinarnie będzie niebiańsko!

Wszystko zacznie się od wspaniałej domowej sałatki z pomidorów, cebuli, ogórka i oliwek. Najprostszej w świecie, ale tu wyjątkowo soczystej i świeżej. W wersji deluxe, serwowanej wieczorem, z solidnym kawałkiem fety, posypanej oregano. Oregano dodawane jest do wielu potraw. Spodziewałam się licznych plantacji tych ziół – lecz albo nie ma ich w tej części kraju, albo nie dość uważnie ich wypatrywałam.

Sery serwuje się na słono i na słodko – zapiekane w miodzie i sezamie, na ciepło i zimno, w formie do krojenia i jako pastę do smarowania. Zawsze wyśmienite.

Zachwycą mnie też ryby z grillowanymi warzywami – cukinią i bakłażanem, wspaniała zupa rybna z kurkumą i sardynki w lekkim occie.

Nieco absurdalna jest ilość chleba, serwowana do wszystkiego.

Wszystko podbija cudowny zwyczaj kończenia posiłku ciastem i owocami – zawsze poczęstunkiem od gospodarza!

Aromatyczna kawa i domowe białe wino o gorzkiej nucie wypełniają ciało błogim uczuciem sytości.

W jedzeniu najważniejsze jest biesiadowanie, dzielenie się, smakowanie. I toasty, które są kwintesencją radości i wspólnoty.

Ludzie są tu rozbrajająco szczerzy, skorzy do rozmów, pomocni, chociaż ich język jest dla nas bardzo trudny, niepodobny do żadnego mi znanego. Jesteśmy tam chyba dość lubiani, bo w wielu miejscach zwracają się do nas w kilku polskich słowach.

Są to oczywiście powierzchowne kontakty, nie ma między nami wielkiej komunikacji, ale jest serdeczność i dużo spontanicznego uśmiechu. W Gjirokastër – mieście srebrnych dachów – grają specjalnie dla nas lokalni muzycy; cała rodzina, na czele z wesołą Nënë (Matką) porywa nas do tańca w kręgu formowanym spontanicznie wprost na ulicy przed ich rodzinną restauracją. Uwodzi mnie dźwięk klarnetu, rozgwieżdżone niebo nad Gjirokastër, smak wina i słodkiego syropu podanego przed jedzeniem.

Żegnamy się jak dobrzy znajomi.

Odchodzimy przy dźwiękach muzyki, by jeszcze w pięknie położonym ponad dachami miasteczka, hotelu wykąpać się w lodowatej wodzie basenu pod gwiazdami. Cieszę się z tego, bo rano odjeżdżamy w strugach deszczu, więc kąpiel w basenie nie będzie już możliwa.

Gjirokastër to kamienna perełka wśród surowych gór. Zwiedzamy je z lokalnym przewodnikiem, świetnym gawędziarzem. Prowadzi nas stromymi uliczkami z wybrukowanym białą kostką wzorze o dźwięcznej nazwie „szezaj” i zaraża miłością do tej ziemi. Każdy gwarny kąt „miasta z kamienia” kryje jakieś piękne wnętrze, dekorowane drewnianymi stropami z rozetami, wypełnione lokalnym rękodziełem. Wszędzie leżą i wiszą obłędnie kolorowe dywany, nad wszystkim czuwa Nazar – niebieskie oko proroka.

Największym skarbem Albani jest morze. Kto mnie zna wie, że kąpiel w morzu jest dla mnie wszystkim!

Lazur krystalicznie czystego Morza Jońskiego nie mógł mną nie zawładnąć! Morze o tej porze jest jeszcze ciepłe, szczególnie w wietrzny poranek drugiego dnia wydało mi się kojącą tonią, z której nie chciało się wychodzić. Leżałam długie minuty na lekko falującej tafli z morzem szumiący mi w uszach, świadoma jego granatowej głębi, cudownie nierealnej przestrzeni. Uwielbiam zamknąć w takich chwilach oczy i wtopić się w bezmiar wody. Traktuję to jako oczyszczający rytuał, obmywający ciało z bólu i niedoskonałości. Ciało scalone z morzem traci ciężar, czuję je jako sprężystą, gładką formę w idealnej harmonii z moją duszą. Nie wiem dlaczego na lądzie dręczy mnie ból ciała i jego ułomność, dlaczego tak bardzo zajmuje mnie, doprowadza do rozpaczy jego niedoskonałość. Podziwiam moc morza, które zmywa z jego powierzchni i zaciera w moim umyśle wszystkie jego niepożądane atrybuty. W morzu nie mam wieku, ciężaru, bolesnych skurczy, napięć, brzydkiej formy. W morzu jestem bytem doskonałym w skrajnym błogostanie.

Wywożę niedosyt, choć mam wrażenie, że w te niecałe 4 dni przeżyłyśmy tydzień.

Podróż samolotem trwa tylko 2 godziny. Niezbyt długo, niezbyt daleko. Marzy mi się trekking w albańskich górach i śnię o kojącej morskiej kąpieli w blasku księżyca.

Wrócę po oliwki i wino. I by pogłaskać i dokarmić bezdomne psy.

Psi los bez własnego człowieka zostawia w moim sercu lekką zadrę. Widziałam, że ludzie je dokarmiają i nie krzywdzą tych ufnych i łagodnych, plątających się wszędzie stworzeń. Jednak pies potrzebuje swojego człowieka, domu i kanapy, więc o psach w Albanii myślę z żalem.

 

****************************************************************************************