Podróż do Bolonii 14. – 19. 09. 2023


Zaledwie kilkudniowa, najlepsza dla mnie, bo mam problem z pakowaniem. Na kilka dni wrzucam co bądź, w naprawdę ostatniej chwili. Nie umiem planować długoterminowo.

Nerwy są zawsze. Kompletnie bez sensu. Psują atmosferę, niczego nie przyspieszają. Zawsze jest widmo spóźnienia się na samolot. Dziś byliśmy blisko. Nastolatka wpada w łazience w czarną dziurę, w której załamuje się czasoprzestrzeń i najwyraźniej nie dociera tam też głos komunikujący konieczność wyjścia, nie dociera coraz bardziej nerwowa krzątanina na zewnątrz. 10 minut może człowieka w pośpiechu naprawdę wystrzelić w kosmos. I 10 minut, gdy wszystko robisz na ostatnią chwilę, naprawdę ma znaczenie. Na obwodnicy korek, dosłownie na dwa auta przed zjazdem na lotnisko. 20 metrów dalej bylibyśmy w mega dupie!

Nie jesteśmy. Ze wszystkim zdążamy. Walizka nieoczekiwanie ma 3 kg zapasu, a już trwały analizy, które (oczywiście moje w pierwszej kolejności!) rzeczy przepakować.

T. ma zawsze rzeczy najważniejsze i najpotrzebniejsze w najoptymalniejszej ilości. Czuć ironię?

No to tyle mojego, że poironizuję na piśmie. Poza tym chodzę jak w zegarku. Mam oczywiście swój mentalny kokon i mój zegarek tyka ciut wolniej, ale jestem na czas i trochę z boku roztaczam nad wszystkimi parasol ochronny. Żeby ich własne emocje ich nie pożarły. W tym celu muszę być ciut nieobecna, centymetr nad ziemią. W kontakcie, ale w dystansie.

Tymczasem włączam tryb quasi wakacyjny.

Jedziemy w roli kibicek dla naszego Iron Man’a. Też jesteśmy trochę iron. Inaczej nie dałoby się tego unieść.

Ze sportowcem powinien żyć tylko sportowiec. Albo marzyciel z umiejętnością delikatnego unoszenia się nad ziemią.

No, ale nie można się spóźnić na samolot!

Wszyscy to raczej rozumieją. Może poza osobnikami nastoletnimi.

Wrzaski i miotanie się nie robi na nich wrażenia. Na koniec i tak mają rację. Przecież się nie spóźniliśmy!

Dziś wykorzystałam już limit stresu w podróży na lotnisko. W samolocie jestem nadzwyczajnie, jak na mnie, spokojna.

Siedzimy rozstrzeleni po całej jego przestrzeni.

Krótki lot przed nami. Ledwo zdążę wysączyć fusiastą lavazzę, raz skorzystać z toalety. Zanotować coś. Chwilę poczytać. Pomyśleć – jak mi dobrze! – lecę do słońca, nad morze. W życiodajną przestrzeń. Moje dziecko zajmuje się sobą. Nie wrzeszczy (szczęśliwie to obok, krótko!), że mu spadła kredka pod siedzenie, że chceeee więcej żelków, nie cierpi z powodu zatkanych uszu, jak ten maluch na przodzie samolotu, nie wspina się po fotelach, jak dwulatek (znów szczęśliwie dla mnie, w sąsiednim rzędzie) i nie bije mnie po twarzy… moje sobie spokojnie słucha muzyki i chyba drzemie. Zauważyłam też grupkę miłych dzieciaków w kolorowych sweterkach, z wyluzowanym mamami w japonkach, dzieci siedzące swobodnie, są cicho zajęte rysowaniem… przechodząc zerkam na kartkę, na której 6 letnia może dziewczynka pisze swoje imię i przydomek: „Wanda – SuperBohaterka”. Myślę, że to jest superfajne i idę się przytulić do T., który, też już spokojny, słucha muzyki.

Odpieram pokusę kupienia l’huile prodigieuse Nuxe’a za „ jedyne” 27 euro w „super ofercie”. Już muszę się skupić na rosnącym ciśnieniu w moich uszach.

Lądujemy.

Czeka nas jeszcze bieg do pociągu. Podmiejski jest mały, spóźnia się, z jeszcze większym opóźnieniem odjeżdża. Ledwo się wciskamy, bo młodzież blokuje wejście. Serio! Potem się drą. Przestrzeń świdrują drżące w każdym, wypowiadanym na pełny regulator słowie, samogłoski i donośne przedniozębowe „r”, wystrzelone jak rakieta, prosto w moje uszy. Wisimy pod sufitem niemal, wsparci na jednej nodze. W pewnym momencie myślę, że mi głowa eksploduje i pytam po polsku, pełnym, donośnym, ale spokojnym, głosem: „co by było, gdybyśmy się wszyscy tak głośno komunikowali?!” Moi patrzą na mnie osłupiali. W sekundę jest cicho. Za chwilę normalnie, znośnie. Dojeżdżamy do dworca centralnego w Bolonii.

Biegniemy na pociąg do Cervii. Spóźniamy się, odjeżdża, gdy wpadamy na peron.

T. się trochę dymi z nosa, mi nic. Mówię tylko: biegliśmy tak szybko, jak się dało. Siadamy. T. musi odreagować. Idzie zmienić bilety. Przychodzi ze śniadaniem.

Wrzucamy w siebie bardzo dużo pysznych kalorii. Atmosfera piknikowa. Następny pociąg za 40 minut.

Pociąg absolutnie luksusowy! Czysty, cichy i szybki. Mijamy winnice, rzędy drzew morelowych, pojedyncze domy o pięknych, wypłowiałych na słońcu, dachówkach z terakoty i zielonych, drewnianych okiennicach. Jedziemy w stronę morza.

cdn.

****************

Ja, oczywiście, prawie natychmiast biegnę na plażę.

Nie ma w tym tego momentu magicznego, którego doświadczam przy pierwszym spojrzeniu na Bałtyk, ale jest pięknie! Wyruszam na spacer, potem się wykąpię, bo wiem, że Adriatyk jest dość słony – ok. 38 g soli w litrze wody, podczas gdy Bałtyk ma jej zaledwie 7 g – będę musiała iść od razu pod prysznic, więc przyjemność kąpieli zostawiam na koniec. Stopami odczuwam wodę jak letnią zupę krabową. Jest naprawdę ciepła – ma grubo ponad 20 stopni, czego Bałtyk nie osiąga nawet w upalne lato. Brzeg usiany jest muszlami i krabowymi truchłami właśnie. Gdy wejść jednak w głąb, długo jeszcze płytkiego, morza pod stopami ma się miękki piasek, woda jest krystalicznie czysta.

Wybrzeże od strony lądu nie jest piękne. Niestety, bardzo zagarnięte przez człowieka i przekształcone w najgorszy możliwy sposób, w niekończący się rząd wysokich bloków hoteli. Niektóre straszą szkieletami niedokończonych fasad, inne liszajami opadającego tynku. Nie ma po tej stronie ani pięknej natury, ani zachwycającej architektury. Przedłużeniem hotelowych posesji jest plaża zasłana leżakami. Brzydota tego miejsca w sezonie, kiedy tłum turystów wylewa się z blokowiska i zalega na plaży musi być nie do zniesienia. Teraz, między blokami hula wiatr. Jest cicho, ciepło, nie upalnie. Wzrok naturalnie skupia się na lini brzegowej i na otwartym morzu dalej. My szczęśliwie mieszkamy na kempingu, w małym domku wśród wysokich drzew. Nie jest to najszykowniejsze lokum, ale sympatyczne. Jutro poznamy Cervię. Dużo sobie obiecuję po pierwszym spacerze szeroką, cienistą aleją szerokokoronnych sosen, którą szliśmy z dworca do autobusu, by dostać się 4 km za miasto.

*********************

Energia kosmosu

Ze słońca z wiatru z trzewi ziemi przenika mi do kości,

Skalę szczęścia wystrzela w kosmos, gdzie rozbryzguje się

na tysiąc spadających mi na głowę gwiazd.

Ciało

wycałowane przez słońce, wygłaskane przez morze,

wygładzone przez wiatr,

w jedwabie strojne

unosi się.

Nad muszli ostrą krawędzią tańczy.

Igra z grawitacją.

*********************

Trzeci dzień w całości poświęcamy startowi w triathlonie. Poprzedniego wieczora wszystko zostało spakowane, rower odwieziony do strefy zmian, gdzie Tomek na niego wsiądzie po pływaniu i zsiądzie po 180 km, ruszając na bieg.

Na kolację obowiązkowo makaron. Przy stole ostatnie rozmowy zawodników o samopoczuciu, postawionych celach – trochę dowcipnie, trochę z gulą w gardle. W mojej głowie niemniejsze rozterki – jak się zorganizować, ile czasu będę mieć, by złapać ich na startach kolejnych konkurencji. Wgrywam aplikację, na której jutro będę obserwować moich zawodników, która jednak będzie się zacinać i przyprawiać mnie o ponadprogramowe wyrzuty hormonów stresu, ale trochę też pomoże ustawić się we właściwym miejscu i czasie przebiegu – Tomka i znajomych.

Od 5.00 jesteśmy na nogach, musimy do 6.00 przejechać na miejsce startu, potem drogi będą zamknięte. Idziemy na plażę z zawodnikami, stajemy jak najbliżej barierek, by widzieć ich wbieg do wody.

Oczekując na wejście T. do morza, próbując nie przeoczyć go w tłumie, nagram i skasuję chyba z dziesięć grup, w których myślę, że już biegnie. Gdy zobaczę Tomka naprawdę, z przejęcia nie zauważę, że zamiast wideo włączyłam filmowe zdjęcie, w tej sytuacji całkowicie bezużyteczne. Jest mi przykro, bo byłam tak blisko, machaliśmy do siebie, a ja tego nie zarejestrowałam. No trudno, potem lepiej się skupię.

Chwila przed startem jest magiczna…tysiące ludzi ustawia się na brzegu, jeszcze trwa rozgrzewka, wchodzenie, wychodzenie, sprawdzanie ustawień w zegarkach, poprawianie pianek, czepków, nawoływania bliskich. Ale już coraz rzadsze. Nasi wtapiają się w tłum, widzimy tylko jednolitą ludzką masę, lekko falującą plamę czarno – czerwonych kształtów. Spiker w podniosłej atmosferze mówi o spełnianiu marzeń, o jedności i wspólnocie ludzi sportu, muzyka z „Gladiatora” wywołuje lekki ucisk w gardle. Zawodnicy mierzą się z poczuciem samotności, nikt nie przejmie ani ułamka ich trudu, każdy walczy z samym sobą; publiczność rozemocjonowana, przepełniona mieszanką lęku i ekscytacji, niepewna, jak pójdzie temu, za którego teraz wszyscy trzymają kciuki – dzieci za rodziców, żony, mężowie, partnerzy, przyjaciele! Tu na miejscu i gdzieś daleko w naszych domach. Wszystkim się życzy powodzenia, drży się o swoich.

Pływanie trwa ciut ponad godzinę. Widzę T. jak wybiega, zadowolony z wyniku, czuje się świetnie. Towarzyszę mu zza ogrodzenia przy wyjeździe. Przebiera się, w końcu siedzi na rowerze, wpina buty, odjeżdża. Nie będzie go prze prawie 6 godzin. My idziemy się na chwilę przespać, potem wykąpiemy się w morzu, przebiegniemy część trasy, by znaleźć optymalne miejsce do obserwacji biegu. Potem ustawimy się przy strefie, by widzieć jak wraca z roweru i dalej wybiega. Te 6 godzin to nie jest spokojny czas. Nic nie można zrobić. Na niczym się za bardzo skupić. Trochę oglądam miasteczko, zrobię kilka zdjęć dorodnych platanów, owocujących fikusów przy domach o pięknych, białych lub ceglanych ścianach i lekko spadzistych dachach, zachwycę się cyprysową aleją, urokiem ślepych uliczek. Jednak podświadomie jestem ciągle z T. na rowerze, odpędzam paranoiczne myśli, o możliwych wypadkach. I w spacerze i chwilach wyczekiwania, gdy patrzę na aplikację, analizuję zmieniające się tempo, w jakim T. pedałuje, jest niewyobrażalne napięcie. Nie umiem się oddzielić od T., chociaż to jego wyzwanie, jego siły i wiem, że jest przygotowany, wytrenowany, rozsądny, I tak się o niego martwię. Czy wytrzyma, czy dziś ma dobry dzień na przekraczanie swoich cielesnych i emocjonalnych granic.

Iron Man zaczyna się od żelaznej samodyscypliny. Żelazna jest siła woli, która prowadzi cię do wytyczonego celu. Triathlon na dystansie: 3,8 km pływania, 180 km na rowerze i maraton, czyli 42, 195 km biegu, utrzymuje ciało przez 12-13 godzin w ruchu. Niektórych dłużej, wyjątkowe jednostki ciut krócej, ale dla wszystkich jest to ruch wymagający nadludzkiego niemal wysiłku i ogromnej siły woli, właśnie. Siły, która napędza mięśnie i mózg, by nie odmówiły posłuszeństwa. Wystarczy jedna chwila nieuwagi, by nie ziściło się marzenie. Przekroczenie zamierzonego tempa, „zapalenie” mięśni na rowerze, które skutkuje ich „odłączeniem” podczas biegu. Kamień na drodze, pęknięta opona, zwichnięcie kostki. Drobiazg. Nieidealne rozłożenie sił i ich brak. Obserwowałam to u wielu. Tomka nogi skamieniały po rowerze. Potrzebował 10 minut, by wybiec na trasę maratonu. Przy 5. km w aplikacji pojawił się znak zapytania przy znaczku z jego imieniem. Przez kilkanaście minut nie przesunął się po linii dystansu. Zniknął. Jestem ze znajomymi na czacie, ktoś się zaczyna niepokoić, zastanawiamy się natychmiast, co się stało, ktoś mówi, może zgubił czip (to byłoby strasznie przykre, bo nie zarejestrowano by jego biegu, tak samo, jakby go nie ukończył); każą mi biec na ten 5. km, ja nawet nie wiem w którym to jest dokładnie kierunku; nerwy mi coraz bardziej puszczają, rozładowuje mi się telefon, czuję bezradność. Gdy inny kolega pisze (w swoim odczuciu dowcipnie), że może miał udar cieplny – wyłączam się z czatu. Nie bawią mnie głupie, grubiańskie żarty. Zatrzymuję się w kawiarni, ładuję telefon. Zamawiam kawę, Mili sok i croissanty. Próbuję opanować nerwy. Przecież i tak nic nie zrobię z rozładowanym telefonem. Muszę poczekać. Obok nas biegną kolejni zawodnicy, stoimy w okolicy 10. km. Mila patrzy na znów włączoną aplikację i rozpoznaje miejsce, w którym się znajdujemy. Mówi, że tata zaraz tu będzie. Też już bardzo potrzebuje go zobaczyć. Gdy telefon był wyłączony Tomek pobiegł dalej – dowiemy się zaraz, że to skurcz uda zatrzymał go na kilkanaście minut – teraz zbliża się już do nas. Teoretycznie, bo aplikacja nie jest bardzo precyzyjna. Kilkanaście minut czekamy, aplikacja wciąż pokazuje, że T. jest tuż za rogiem, a jego nie ma! To są minuty, w których człowiek ociera się o szaleństwo. Ręce drętwieją od trzymania telefonu w pogotowiu. Potem to się trochę uspokoi. Zawodnicy są coraz słabsi, wolniejsi, zyskujemy czas, by uchwycić ich na zdjęciach, zarejestrować na krótkich filmikach. Widać jak nadludzki jest ich wysiłek. Zawodnicy różnią się stylem biegu i kondycją, ale są wytrwali. Choćby najmniejszym krokiem, ledwie powłócząc nogami, zmagając się z bólem, z upałem, z niemożnością uzupełnienia energii, bo żaden już energetyczny napój czy żel, nie jest przyswajany przez organizm, konsekwentnie posuwają się naprzód.

Podziwiam to.

Sama sport traktuję instrumentalnie. Oczywiście sport na poziomie rekreacyjnym. Dostarcza mi jakiejś dozy przyjemności. Podobno z powodu endorfin, które wyzwala wysiłek fizyczny. Jestem tu dość sceptyczna. Wysiłek raczej mnie strasznie denerwuje i jeszcze bardziej załamuje. Nigdy nie lubiłam się męczyć. Pamiętam, jak w podstawówce, naprowadzona sprytnie przez rodzicielkę, „wybrałam” piłkę ręczną przed harcerstwem, a potem tak nie cierpiałam tej gry i przede wszystkim treningów, z biegami kondycyjnymi na czele, że potrafiłam pić szampon w celach zaszkodzenia żołądkowi, lub jeść surowe ziemniaki, by wywołać gorączkę, aby tylko móc nie iść choć na jeden katorżniczy bieg. Ból fizyczny związany z aktywnością ruchową powoduje, że często tę aktywność porzucam, a niesprawność, jaka powstaje w formie zakwasów, spięcia mięśni, sztywności stawów i ścięgien prowadzi mnie do zaniechania ruchu, prowadzącego z kolei do dalszych i jeszcze silniejszych zastojów, spadku kondycji i zwiększenia spięć i ponownych zakwasów po kolejnej porcji ruchu. Moje ciało jest niesprawne, boli i przeszkadza. I ciągle domaga się , by je uszczęśliwiać…przez ruch! Dlatego ciągle wracam, wiecznie zaczynam od początku: biegać (głównie kółka wokół Plant, bo lubię „widzieć” metę) czy ćwiczyć jogę, lub raczej kilka pozycji…no głównie to powitania słońca, bo ciągle mam nadzieję, że osiągnę taką sprawność by nie do -ustawiać stóp po przejściu z psa z głową do góry do psa z głową w dół – niedościgły ideał, grożący w moim wypadku połamaniem palców. Albo że zejdę płynnie z deski do kija bez uczucia, że odpadną mi ramiona. Wiem, że by to osiągnąć, trzeba ćwiczyć- przepraszam! – praktykować naprawdę regularnie, by sobie tę pożądaną sprawność wypracować! Ale nie mam do tego charakteru. Ćwiczę, cokolwiek ćwiczę, serią zrywów. Od lat, od zawsze, obiecuję sobie wytrwać. Sama siebie wabię wizją wspaniałych efektów cielesnych i duchowych – sprężystością i – jakżeby inaczej! smukłością sylwetki, oraz tym nieocenionym poczuciem sprawczości, dumą i podziwem dla siły własnego charakteru, jakie będę mogła wreszcie poczuć. Piękne to wizje, lecz od lat dowodzę sobie niezbicie, że są to jedynie mrzonki. I od lat na nowo rozbudzam w sobie nadzieję.

Rzeczywiście charakter mam w tym obszarze szczególnie paskudny. Noszę w sobie zazdrość i niezgodę oraz  – niestety – straszne łakomstwo. Zazdroszczę sportowcom i instruktorom fitnessu wszelkiego talentu i siły woli, ale też, a może przede wszystkim pięknego ciała. Martwię się coraz bardziej utratą sprawności i urody własnego – którego, choć nigdy przecież nie ceniłam, teraz, nagle strasznie mi żal! Żal patrzeć jak więdnie, mięknie, pęcznieje, traci ramy. To naprawdę kuriozalne. Ten żal spóźniony. I ta niewypracowana, a tak pożądana kondycja.

Mam też jednak, ze względu na niezrównoważony stan ducha, oprócz głównie dręczącego mnie zwątpienia, nader częste wybuchy nadziei i miłości własnej.

I wtedy zamazuje mi się obraz własnych możliwości i odzywa pragnienie bycia silną i sprawną, za czym ruszam…a to do biegu, ni z tego ni z owego, po wielu miesiącach przestoju, pięcio-, a następnie zaraz siedmiokilometrowego; a to planuję codzienne pływanie (moje ukochane!), przysiady (słyszałam, że działają cuda) i powitania słońca (dla równowagi duchowej); a to zapragnę wycieczki rowerowej czy spływu kajakowego.

Zawsze byłam w gorącej wodzie kąpana, niecierpliwa co do efektów i popędliwa w łapaniu wyzwań. A do sportu trzeba mieć charakter powściągliwy, głowę chłodną, ducha rywalizacji i odwagę wobec porażki, by wstać i się nie załamać, dalej ćwiczyć.

Ja tego raczej nie potrafię. Na pewno nie na dłuższą metę. Dla mnie ci zawodnicy, których dziś obserwuję, mój własny mąż wstający na co dzień o świcie na bieganie czy na basen, po wielu godzinach pracy wsiadający na rower by zrobić czterogodzinny trening, są naprawdę z żelaza.

*********************

Następnego dnia się wysypiamy. Jak psy po wielogodzinnej zabawie, padamy bez sił i wstajemy po dziesiątej. Budzimy się jak nowo narodzeni. To znaczy, ja najbardziej. Mój Iron – Man – Mąż raczej obolały. Moją energię napędzają wspaniałe plany na ten dzień. Jadę do Rawenny! W przypływie impulsu oglądam mapkę regionu z najważniejszymi miastami – Rawenną, Ferrarą, Parmą, Faenzą, Bolonią – tam będziemy ostatniego dnia. Kusi mnie Faenza – którą kojarzę z ważnym europejskim ośrodkiem ceramiki. Wybieram Rawennę z jej absolutnie wyjątkowymi dziełami sztuki wczesnochrześcijańskiej – Bazyliką San Vitale i Mauzoleum Galii Placydii – słynących z najpiękniejszych na świecie mozaik. Mam je przed oczami – orszak cesarzowej Teodory i drugi – Cesarza Justyniana, pamiętam Chrystusa w rozgwieżdżonym, szafirowym sklepieniu… będę je kontemplować ponad godzinę. Takie rzeczy bardzo mnie wzruszają. Każdy detal jest niezwykle piękny, oglądam ściany i sklepienia, kawałek po kawałku, czytam ich opis, niektóre uwagi przypominają mi się z czasów nauki do egzaminów na historię sztuki. Uczyłam się tego kilkakrotnie. Znów mi trochę żal, że nie udało mi się, te wiele już lat temu, dostać się na historię sztuki, na Uniwersytet Jagielloński. Do dziś odczuwam to jako bolesną porażkę. Choć zdałam te egzaminy, nawet dwa razy. Za każdym razem z odrobinę za małą liczbą punktów. Nie dostawałam się o włos. A że nie umiałam o to miejsce bardziej zawalczyć, siedzi mi do dziś zadrą w sercu. Smutne słowo „zadra”… Magdalena Abakanowicz zatytułowała tak jedną ze swoich rzeźb. Zobaczyliśmy ją z 20 lat temu w prywatnej kolekcji jednej z kalifornijskich winnic, w czasie podróży po Zachodnim Wybrzeżu. Pamiętam nas młodych…tłumaczyliśmy znaczenie tego słowa pracownikowi galerii. Abstrakcyjne słowo. Konkretne uczucie. Zadra Abakanowicz miała gigantyczne rozmiary. Adekwatne do mojego uczucia teraz i od zawsze względem tamtego rozczarowania, tamtej porażki.

Ale dziś oglądam cudowne mozaiki w Rawennie i czuję się jakbym wygrała los na loterii, czuję też wdzięczność do siebie, że umiem tak po prostu podjąć decyzję, nie ciągnąć męża i dziecka, nikogo nie uszczęśliwiać na siłę, bez wyrzutów i bez wątpliwości, zrobić to, co mi sprawi niewysłowioną przyjemność. Cieszę się też, że moi to rozumieją i akceptują bez zastrzeżeń, że czasem muszę pobyć sama, zrobić coś tylko dla siebie.

Zanim wyjadę na dworzec mam jeszcze czas na kąpiel w morzu. Obłędne uczucie! Dziś jest dużo małych meduz, które pływają między moimi palcami, kilka odkryję też zaplątanych w mój strój kąpielowy. Obok mnie pływają Włosi, para z dzieckiem; zapewniają, że meduzy są niegroźne, nieparzące. Ich słowa przyjmuję z wdzięcznością. Sama bym tam na pewno spanikowała. Woda jest ciepła i czysta, morze spokojne jak jezioro.

Gdy po południu dojeżdżam do Rawenny, obiecuję sobie nie spieszyć się, nie chcieć koniecznie zobaczyć wszystkiego, rozkoszować się chwilą i czuć wdzięczność za każdą. Dlatego nie pędzę wprost do San Vitale, najpierw wypijam espresso i zjadam ciastka z kremem pistacjowym – lokalnym rarytasem, który kojarzy mi się z pierwszym, krótkim pobytem w Bolonii, w czasie kilkudniowego wyjazdu z przyjaciółkami. Wtedy kupowałyśmy krem pistacjowy na bożonarodzeniowy targu. Teraz znajduję go w kilkunastu rodzajach ciastek i ciasteczek w witrynie cukierni. Siadam, oddycham, delektuję się ich smakiem i tym, że się nie spieszę. Mój mały luksus, niecodzienny stan.

Za mapą podążam najpierw do grobu Dantego. Uśmiecham się do swojej świeżej pisarskiej misji. Obiecuję sobie odświeżyć lekturę Boskiej Komedii. Rezygnuję z wizyty w muzeum, bo według miłego człowieka w kasie, czas, który mam, wystarczy mi na te najważniejsze obiekty. Potem dodam jednak jeszcze wizytę w warsztacie mozaiki oraz innym pięknym obiekcie z V. w. n. e. – Baptysterium Neoniano.

Poszperam na straganach wśród różnorodnych „bransoletek mocy”, jak nazywam te, które stale noszę – z bursztynu, pyłu wulkanicznego, amazonitu, lakierowanego drewna bananowca. Kupuję sobie – kolejną do kolekcji i Mili, jej pierwszą.

Wracam szczęśliwa, najszczęśliwsza na ziemi.

Jemy pizzę na kolację. Wyśmienitą.

 

*********************

Bolonia chyba już zawsze będzie mi się kojarzyć z początkiem i końcem. Nigdy jeszcze nie była celem mojej podróży. Zawsze poświęcam jej rzut oka, parę chwil spaceru. Nie inaczej jest tym razem, ale cel mamy konkretny – słynny, najstarszy w Europie, założony w 1088 roku, Uniwersytet Boloński. Docieramy do niego kilometrami arkadowych podcieni – pięknie wysklepionych, opatrzonych kolumnami; idziemy po różnorodnych posadzkach z marmuru, lastrico, i terakoty. To highlight i najcharakterystyczniejszy element architektury miasta.

Drugim jest wszechobecna ochra. Raz bardziej złocista, częściej czerwona. Dzielnica uniwersytecka tętni życiem studenckim. Spotykamy grupy i całe tłumy siedzące na bruku, w kawiarniach, na skwerach. Niektórzy w wieńcach z liści laurowych świętują obronę dyplomu.

Najstarszy dziedziniec – prawdopodobny prototyp najstarszego polskiego budynku uniwersyteckiego – Collegium Maius w Krakowie – tchnie spokojem zachodzącego słońca, oddechem mijającego, upalnego dnia.

Jest pięknie.

Jesteśmy razem.

Jemy lody.

Znowu pizzę.

W końcu jesteśmy we Włoszech, na krótkich wakacjach. Żegnamy lato.

****************************************************************************************