Spotykam ją pierwszego dnia. Jest jak stara przyjaciółka, gdy poklepuje materac swojego łóżka, zachęcając mnie, bym usiadła koło niej i pokazuje mi działanie aplikacji, której używa w trasie. Ma za sobą pierwszy dzień wędrówki. Ja moją zaczynam jutro. Jestem jej wdzięczna jak szczenię zgarnięte z ulicy, gdy proponuje, byśmy wyruszyły następnego dnia razem.
Czuję, jakby mnie ocaliła przed wybuchem rozpaczy, która już od kilku godzin podchodzi mi do gardła okropnym lękiem i niepewnością i tym pytaniem pulsującym pod czaszką, jak serce wystraszonego zająca, co ja tu w ogóle robię! Marie patrzy mi w oczy i z rozbrajającym uśmiechem niby pyta, ale bardziej stwierdza, że jeśli chcę, możemy wyruszyć jutro razem. Wiem już, że bez niej bym się rozpadła.
Wcześniej rozmawiałam z kruchą Holenderką Karen, z radosną grupą Hiszpanów i żywiołową Amerykanką Maggie, która pokazała mi jak iść za muszlami. Te rozmowy, ci ludzie nie wnieśli jednak spokoju w moje rozdygotane ciało. Przeciwnie, sprawili, że poczułam się jeszcze bardziej samotna. Osobna. Nieprzynależna. Spojrzenie Marie tuli mnie jak matczyne łono. Wiem już, że zostanie ze mną na zawsze. Jeszcze nie wiem, czy jako przyjaciółka, czy tylko jako wspomnienie. Ale czuję jak mój oddech się uspokaja, gdy słyszę, jak przewraca się w łóżku koło mnie. Marie zapisuje się natychmiast na linii mojego życia.
Później zrozumiem czym jest jej fenomen, na czym polega jej czar. Marie jest czystą energią spełnionego człowieka. Ma w sobie ten spokój, za którym stoi czwórka starszego rodzeństwa, „von” przed nazwiskiem i kochający wspierający ojciec. Nie musi o nim mówić, to się słyszy w tonie jej głosu, kiedy do niego dzwoni.
Marie lubi tunele. W dzieciństwie gdy podróżowali całą rodziną papa mówił żeby wstrzymywać oddech. Sam udawał, że mdleje na końcu tunelu. Zawsze było z tym kupa śmiechu, mówi Marie, a ja czuję atmosferę tej chwili. Ma w sobie coś z mojego wspomnienia o oranżadzie w woreczku, którą tata kupił mi w tajemnicy przed mamą, w podróży do Krakowa.
Mojego taty już nie ma, a to wspomnienie wciąż sprawia, że czuję ciepło w sercu.
Marie nigdy nie dzwoni do mamy.
Obdzwania codziennie całą rodzinę, zdaje ogledną relację z trasy, zapewnia wszystkich, że ich kocha i zdaje się osadzać w tej emocji, zanim znów wróci do nas całą radosną sobą.
Nie pytam ją o mamę. Opowiadam o tym, że mój tata nie żyje, gdyby chciała mi opowiedzieć o matce, na pewno by to zrobiła. Z jakichś powodów nie chce. Na camino nie zadaje się ludziom zbyt wielu pytań. Raczej czeka się, aż zechcą ci o sobie opowiedzieć. Niektóre tematy zostawiamy tylko dla siebie.
Marie ma w sobie energię krzepkiej harcerki. Bolą ją stopy, idzie jednak zamaszyście, jakby wyrzucając lekko w górę całe nogi od bioder, przez kolana do stóp, strzepując z nich napięcie. Chwilę ze mną rozmawia, ale w końcu zawsze wkłada do uszu słuchawki i zanurza się w lekturze audiobooka.
Wystarcza mi, że idzie obok.
Wielką namiętnością Marie jest czysty, sprawiedliwy świat, proste zasady i odrobina przyjemności każdego dnia. Gdy uzna, że dzień był wymagający nie śpi w hostelu, lecz szuka małego hoteliku, lub idzie na sycącą kolację do restauracji. Zamartwianie się nie leży w jej naturze, tak samo jak przesadne oszczędzanie. Jeśli kupuje w supermarkecie produkty na kolację, kupuje rarytasy, jakieś lokalne specjały, mnóstwo owoców i czekoladę. Potem obdziela wszystkich tym, czego nie zdoła zjeść wieczorem. Nie nosi dodatkowego ciężaru na plecach, podczas gdy ja robię kanapki i pakuję owoce do plecaka, napełniam bidony wodą z kranu.
Marie zbiera na trasie śmieci. Porzucone puszki, worki po chipsach, plastikowe butelki. Czasem niesie je spory kawał do następnej osady, gdzie wyrzuca je do stojących tam koszy na śmieci. Mówi, że gdyby każdy zebrał taki odpad, świat byłby czystszy i piękniejszy, więc z czasem ja też zacznę je zbierać. Głupio mi przejść obok porzuconej butelki czy puszki po napoju energetycznym. Nie rozumiem ludzi, którzy je od tak na drodze po sobie zostawiają, ale też nie miałam wcześniej odruchu, by po kimś sprzątać. Marie nie narzuca mi tego obowiązku, ale jest w tym tak naturalna i pewna, że nie pozostaje mi nic innego, jak ją naśladować.
Będę to robić nawet w dni, w które nie wędrujemy razem.
Pewnego dnia Marie oznajmia, że przyjeżdża do niej narzeczony, by towarzyszyć jej przez kilka dni w wędrówce. Czuję delikatne ukłucie w sercu, jak wtedy, gdy dołącza do nas Coralie. Odtąd Marie nie jest już tylko moją towarzyszką podróży. Jej narzeczony zmienia jednak całkowicie układ między nami. Przez kolejne dni będzie jej całym światem. W te dni nie dzwoni do rodziny, nie śpi z nami w hostelach. Nawet idzie przez moment inną trasą.
Potem znów się spotykamy. Chłopak odjeżdża, a na jego miejsce przyleci najlepsza przyjaciółka Marie z czasów dzieciństwa.
Marie promienieje. Będąc wśród swoich jeszcze bardziej tryska energią królowej balu. Świat należy do niej.
To się czuje. Zmienia się sztafaż, ale ona pozostaje. Błyszczy i bryluje.
Pewnego dnia mnie opuści na zawsze.
W myślach przygotowuję się na ten moment.
W naszym rozstaniu jest entuzjazm i radość wspólnych doświadczeń, sycę się tym doznaniem. Zapewniamy się o wiecznej przyjaźni, ale nie jestem pewna, że będę jej potrzebna w normalnym świecie.
Tak jak tutaj, to ja potrzebowałam jej bardziej. Życie Marie jest kompletne beze mnie.
W moim już zawsze będzie obecna. Moja Marie, z Berlina. Dziewczyna, która uwierzyła we mnie i dodała odwagi, bym szła sama. Marie, która wierzyła, że w życiu masz tylko dwie drogi – łatwą i właściwą. I dodawała – właściwa jest drogą twojej duszy – idź nią, nie bój się. Znów się spotkamy.
Zanim odeszła na zawsze, wiele razy pozwoliła mi ogrzać się w swoim ogniu.


3 odpowiedzi do “Marie”
Dziękuję za ten portret. Niezwykła postać, ale też Wasze spotkanie potwierdza, że niezwykli ludzie przyciągają innych niezwykłych ludzi.
dziękuję za Twój komentarz…nie widziałam wcześniej, bo jestem ciągle w drodze.
Bardzo mi miło, że to przeczytałaś i jeszcze, że z przyjemnością, miód na moje młode pisarskie serce:)
Aniu, życie jest, jakie jest. Twoje jest ciekawe, nie pozbawione smutku ale i radości. To wszystko już było i nadal będzie się toczyło. Oby jak najwięcej w nim było radości i sukcesu. Życzę Ci tego z całego serca.