Słyszę jego pazury na posadzce przedpokoju, jak biegnie do drzwi, jego nos węszący u progu, gdy przekręcam klucz w zamku…..słyszę życie! Wrócił! Został zwrócony! On się nie zgadza na zwrot „zwrócony”, przecież niczego mi nie zabrał!
Ledwo przymykam drzwi łokciem, stawiam torby na progu, kotłujemy się, bez dźwięku niemal, bez słów, na podłodze, psi łeb w moim brzuchu, pod pachami, psi język liże moją twarz, cicho popiskując. Bezgłośnie płaczę, wtulając głowę w jego kudłaty łeb w kościste obojczyki, trąc czołem o jego szorstką sierść.
Nie wiem, co myśli pies, gdy go nie ma, czy wie, że go nie opuściłam.
On mówi nie dramatyzuj, nic mu się nie dzieje. Według niego nikomu nic się nie dzieje. Wszyscy jesteśmy martwi, ale „nakurwiamy jebany zen”, jak ci, którzy mogą sobie na to pozwolić. Udajemy życie, ustanawiamy nową normalność. W nienormalnym świecie w niby normalność gramy, igramy z zasadami, przesuwamy je jak pionki po szachownicy, reagując w bieżącej chwili, bez planu, poruszamy się po omacku, nie wiedząc, dokąd nas to zaprowadzi. Improwizujemy cholernie nienormalne życie.
Gdy fragment dawnego wskakuje na chwilę na swoje miejsce, najpierw rozpierdala mi system nerwowy, nie panuję nad emocjami, nie rozumiem uczuć, nie ogarniam ciała.
Zwijam się w kłębek na psim posłaniu, on trochę zdziwiony, a trochę rozbawiony, mogę przysiąc, że się uśmiecha! Macha ogonem i wtula się w mój brzuch. Trwamy. Przez krótką chwilę napawamy się życiem. Tym, co z niego zostało. Teraz jest dobrze. Jest prawie normalnie. Nie boję się ani duchów, ani myszy, ani złodziei. Mój pies wszystkich odstraszy. Mogę spać spokojnie, chociaż nie mogę spać ze szczęścia.
Potem pies znowu idzie do drugiego domu. Nie mogę go zatrzymać. Pies też nie może wybrać, iść czy zostać. Należy do nas razem, lecz już osobno. Należy to tu, to tam, gdy razem się rozpadło. Jego i mój, nie nasz. Wczoraj poszedł nieszczęśliwy, jak skazaniec, ze zwieszonym łbem. Myśleliśmy, że może otruty, taki osowiały, zupełnie jak nie pies. Zawsze przecież taki wesoły. Wielki jak cielak, podskakuje na chudych nogach, wiruje kudłatym cielskiem wokół swej osi, gdy widzi szczygły za oknem, albo kota sąsiadów. Może się czegoś nażarł, mówi on, gdy wysyła mi zdjęcia, zwieszonego psiego łba, że chyba z nim coś nie tak. Widzę, że ugrzązł w niezrozumieniu. I on i pies. Psi umysł nie rozumie, czemu raz jestem ja, raz on.
Ludzki umysł też tego nie ogarnia.
Psa boli psia dusza.
Nie chcę o tym myśleć. Gdy mu to mówię, znów słyszę że no tak, może jest smutny, ale przecież nic mu się nie dzieje, dramatyzuję. Przez parę dni wiem, że muszę zapomnieć, bo niczego nie zmienię. Przestawiam się na tryb domu bez psa. Dwa razy sprawdzam, czy zamknęłam drzwi na klucz.
Czasem tylko bezwiednie nasłuchuję, czy nie chłepcze wody, której nigdy nie wylewam z jego miski.
Dopiero, gdy wróci, naleję świeżej.
Położymy się na podłodze. Oglądniemy Netflixa, poczytamy, ja i pies rozciągnięty między moimi nogami, z pyskiem na moim brzuchu, wpatrzony we mnie, wyczekujący każdego drgnienia mięśni, każdego ruchu, za którym podąży. Będziemy razem jeść i spać, i spacerować. Będę brać prysznic przy otwartych drzwiach i tak samo sikać, bo pies nie rozumie, gdzie znikam za zamkniętymi drzwiami i węszy w szparze pod nimi, czasem piszczy. Nie lubi spuszczać mnie z oczu.
Potem znów odejdzie, zostanie zabrany. Rozumiem, że tak musi być. Pies pomyśli, że wychodzi na spacer. Zarygluję drzwi i za chwilę wrócę, by sprawdzić, czy na pewno je zamknęłam.
Posiedzę chwilę na jego posłaniu. Potem odkurzę psią sierść z kanapy. Zaprowadzę bezpsie porządki.
Nic na zawsze. Wszystko na jakiś czas.

