Kocham podróże autem. Auto w podróży daje mi to przyjemne uczucie bycia we własnej bezpiecznej przestrzeni, ten pożądany, a wygenerowany w dziecięcym umyśle efekt domu Reksia, najprzytulniejszego miejsca na ziemi, w którym niczym Reksio świerszcza w pudełku po zapałkach, po jednej stronie trzymasz mokre i suche chusteczki, kremy – do rąk i przeciwsłoneczne, błyszczyki do ust, wrzucasz tam beztrosko klucze i drobne na toaletę po drodze, z drugiej gumy do żucia, orzeszki, herbatniki, wodę, w razie gdyby człowiek stanął w katastrofie lądowej i nie mógł nigdzie wyjść i kupić czegoś do jedzenia i picia. Pod nogami torba z kanapkami i owocami, w podłokietniku okulary przeciwsłoneczne i do czytania, bo przecież zawsze można ich potrzebować, by na coś zerknąć w nawigacji, albo też do poczytania książki, którą też mam najczęściej pod ręką, w razie gdybym stanęła w korku, co akurat w tej podróży miało miejsce, więc lektura czytana fragmentami na głos zajęła nam głowy, odcięła od liczenia czasu zatrzymanego przez naprawdę – kilku – godzinny korek w środku niczego, na rozżarzonej do białości betonowej nawierzchni autostrady.
W tylnych drzwiach trzymam parasol. Tym razem zabieram też dwa koce i wielką chustę plażową, w bagażniku mam kalosze. Czuję się jak gospodarna pani domu, albo matka trzylatka w drodze na plac zabaw.
Czuję się bezpiecznie i dostatnio.
Auto daje mi też wolność zabrania wszystkiego, o czym nie mogę zdecydować, brać czy zostawić. Na podróż autem nie muszę przelewać szamponu do samolotowych buteleczek, ani przekładać kremu łyżeczką do mini pojemników, biorę wszystko, o czym w danej chwili myślę, że mi będzie potrzebne i to odrobinę koi moje nerwy w procesie pakowania.
Dzień wcześniej, chociaż planowałam tę podróż z wyprzedzeniem i wydawało mi się, że mam wszystko dopięte na ostatni guzik, ostatecznie pakowałam się po północy. Biegałam cały dzień między, jednym przed-, drugim popołudniowym zleceniem w pracy, odbierałam zamówione prezenty w Empiku i nieopatrznie zamówione dwa dni wcześniej książki w bibliotece. Odwiozłam dziecko do dentysty i na trening. Wieczorem zmęczona i lekko sfrustrowana, że „z niczym nie zdążam”, utknęłam na dobrą godzinę między białym T-shirtem w serek, a tym z dekoltem okrągłym, T-shirtem z rękawem, a topem, odkrywającym ramiona, biorąc w końcu, na cztery dni – dwa w podróży i dwa w Amsterdamie – sześć T-shirtów i topów we wszystkich dostępnych wariantach, kojąc się myślą, że zdecyduję na miejscu.
Byłam z siebie bardziej niż zadowolona, że ubranie do teatru wybrałam dwa dni wcześniej. Po ledwie półgodzinnych może przebierankach, z siedmiu czy ośmiu możliwych wariantów ubioru, wzięłam trzy i to tylko dlatego, że moja siostra, z którą się w tej kwestii skonsultowałam, nie wskazała na mój wybór numer jeden. Wzięłam go zatem i dla zadośćuczynienia potrzebie rozkminiania do ostatniej minuty, oraz niemożliwości wyparcia niepokoju i zaufania tylko sobie, jeszcze te dwa inne stroje, które jej się wydały najlepsze. Do wyboru na miejscu.
Wiele słów już temu poświęciłam, jak bardzo lubię być w podróży i jak bardzo ogarnia mnie przedpodróżne szaleństwo utkane z wszystkich niepewności, lęków, wątpliwości, które mnie konstytuują, jak słodycz miód, jak gorycz cykorię, jak słoność sos sojowy i soczystość czereśnie. Ja jestem z emocji i nerwów. Z drżenia i niepewności. Podobno jestem wspaniałą organizatorką i mam świetne pomysły, jestem odważna i kreatywna, ale tak bardzo się przejmuję, że tym wszystkim nie jestem dość mocno i wyraźnie, że popadam w rodzaj szaleństwa, oczekując podskórnie jakiejś katastrofy, która, jak dotąd nigdy się nie wydarzyła. A wszystkie drobne i duże wpadki i potknięcia podróżne udawało się zażegnać w normalnym trybie rozwiązywania problemów nagłych i nieprzewidywalnych.
Spokój, jaki potem odczuwam bezbrzeżnie mnie zdumiewa.
Tym razem zdumiała mnie moja własna walizka i panujący w niej porządek. Jako, że pierwsza myśli jaka mi się nasunęła, gdy zobaczyłam idealnie równo poukładane ubrania w walizce mojej przyjaciółki, to że podziwiam jej spokój i równowagę, dla mnie nieosiągalne. Tak o sobie myślę! Tak głęboko zakodowane mam poczucie chaosu, które wbrew wyobrażeniom własnym i cudzym nie jest już dawno tym, co mnie definiuje, że nie dostrzegam własnej sprawczości i nie doceniam zrównoważenia, spokoju i ładu, jaki wokół siebie wytwarzam. Myślami tkwię w bardzo starych schematach. W działaniu wyprzedzam siebie o lata świetlne.
Szczęśliwie są wokół mnie ludzie, którzy to dostrzegają, a gdy potrzeba, przypominają mi o tym i koją moje nerwy.
Kwestią numer jeden tego wyjazdu jest to, że nie jadę sama. Wprowadza mi to w procesy myślowe temat odpowiedzialności wobec towarzyszy podróży, każe mi projektować ich oczekiwania, zastanawiać się nad ich potrzebami. Planuję, analizuję w trójnasób. Chcę przecież, żeby wszyscy byli szczęśliwi i czuję, że to w jakimś stopniu zależy ode mnie.
To błędne założenie, ale nie umiem go porzucić. Ciągle jeszcze momentami mało sobie ufam. Chociaż przeszłam Camino del Norte, odbyłam kilka mini i maksi podróży, sama lub z córką, różnymi środkami transportu; dotarłam nad Morze Północne i nad Bałtyk, na podlaskie pustkowia i do kilku metropolii; nigdzie nie zbłądziłam, nikt nie ucierpiał, niczego nie zawaliłam, zrealizowałam plany i marzenia.
Marne doświadczenie wobec każdej nowej podróży!
Wobec zakorzenionych schematów.
Wymyśliłam tę podróż jako prezent urodzinowy dla przyjaciela. Impuls przyszedł od przyjaciółki, która znalazła bilety do teatru. Decyzję podjęliśmy w locie, przez telefon, bez zbędnych analiz ewentualnych zobowiązań w tym terminie, zanim zdążyliśmy poddać w wątpliwość naszą biegłość w angielskim, który był głównym językiem spektaklu, zanim ktokolwiek policzył koszty noclegów, kilometry do pokonania i wreszcie przemyślał fakt, że jeszcze nigdy przecież nie podróżowaliśmy w swoim towarzystwie w tej konkretnej konfiguracji.
Zaspojleruję. Wszystko udało się nad wyraz wspaniale.
Dla mnie w tym miejscu zaczyna się opowieść o tym, że czasem w życiu dzieje się magia. Tak zupełnie bez wysiłku. Niektóre rzeczy okazują się piękniejsze od ich wyobrażeń, niektóre momenty tak sycące duchowo, fizycznie, emocjonalnie, że wyciskają z człowieka łzy wzruszenia i niedowierzania, jak pięknie może się układać życie, o którym myślisz, że jest zwyczajne i na co dzień pełne niedoskonałości, a niedawno było nawet serią katastrof i wydawało się nie do uratowania.
Przeżyliśmy wszystko. Ponad tysiąckilometrową podroż, która nikogo nie zmęczyła, bo prowadziliśmy na zmianę, robiliśmy super przerwy mocy, na hektolitry kawy i cholernie dużo ciastek, czekolady i śledzi w pszennych bułkach, które, o dziwo, nikomu nie skleiły żołądka. Przegadaliśmy te kilometry, prześpiewaliśmy, prześmialiśmy, że aż zapomniałam się popłakać ze wzruszenia, jak mi dobrze, jak mi pięknie, jak mi bezpiecznie.
Późnym wieczorem dotarliśmy do Amsterdamu.
Cóż to jest za wspaniałe miasto z mrowiskiem ludzi, szachownicami wąskich uliczek, lśniącymi wodami kanałów, witrynami sklepów i warsztatów prowadzonych z czułością od pokoleń, z wąskimi fasadami domów, malowanych na niebiesko, fioletowo, żółto, zielono, o oknach do trotuaru,odsłaniających wysmakowane mieszczańskie wnętrza, wąskie wysokie ściany, zawieszone obrazami, regały pełne książek pod łagodnym światłem, stojących w rogu pokoju, lamp, kredensów, zastawionych kobaltowym fajansem z Delft. Magicznych, zachwycających! Z pewnością także wiele wnętrz zwyczajnych, urządzonych meblami z Ikei, zwykłymi sprzętami, bez książek i bez dywanów w stylu mid century modern. Ale to nie ma znaczenia dla naszych oczu zachłannych wyjątkowości, ciekawskich spojrzeń w poszukiwaniu inności.
Miasto pulsujące mieszanką energii metropolii i sąsiedzkich small talków, podczas wieczornego spaceru z psem, dźwięczące dzwonkami wszechobecnych rowerów, krzyczące klaksonami taksówek. Szybkie i powolne jednocześnie. Pachnące kwiatami, marihuaną i olejem smażonych frytek. Miasto pięknych ludzi! Etniczna mieszanka karnacji i strojów, z wyraźną przewagą swobodnego stylu lnianych, białych lub błękitnych koszul, eleganckich granatowych, lub dżinsowych szortów, stonowanych zamszowych mokasynów, lub kobiecych botków i kozaków, mimo letnich już upałów.
Patrzymy oczami przybysza zza kilku granic. Ale nie czujemy się tu odmieńcami, nie wyróżniamy się szczególnie w tym, równo chyba reprezentowanym, holendersko i angielskojęzycznym, tłumie, mimo to dostrzegamy różnice. Widzenie różnic sprawia, że mocniej bije serce podróżnika. Nawet jeśli kraj nie tak znów daleki i przecież, mimo wszystko, w jakimś ogólnym aspekcie, kulturowo bliski.
Mam swój osobisty, radosny element poczucia spójności i przynależności. Znajduję bowiem zeszłoroczną lodziarnię i restaurację, w której jadłyśmy z moją Milą makaron. Rozpoznaję skwer i kilka ulic, wielki plac z imponującym budynkiem Internationaal Theater Amsterdam, gdzie jutro zobaczymy spektakl petardę, ze światła, dźwięku, ważnych słów i mocnych pytań o sens sztuki, o naturę piękna; uśmiecham się do rozpoznanej, po zeszłorocznej wizycie, fasady Rijksmuseum, rozczulam się wobec pamięci chowanych w nim cudów, żydowskiej narzeczonej Rembrandta, mleczarki Vermeera, pięknych łabędzi, wzbijających się do lotu, nieznanego mi autora.
Śpimy w obłędnie kolorowych, krytych trawą i darnią, ekologicznych domkach nad kanałem. Śpimy do deszczowego poranka, który ani na chwilę nie psuje nam humorów, wywołuje tylko śmiech, że w całym, drobiazgowym procesie organizacji, nikt nie sprawdził prognozy pogodny i nie przewidział deszczu, który zresztą zaraz przestaje jednak padać.
Dzień ten, po długim leniwym śniadaniu, przeobrażamy w istny kalejdoskop ze światła i koloru. Czas między południem a północą staje się dla nas – bez najmniejszej przesady – źródłem estetycznych uniesień i intensywnych emocji.
Wdzięczność! Czuję taką wdzięczność za moich przyjaciół, za kompatybilność uczuć, za spójność widzenia świata, za swobodę w ciele, jakiej nie doświadczyłam bodaj nigdy jeszcze z taką świadomością bycia kompletną, w odpowiednim miejscu i czasie, w odpowiednim towarzystwie. W jakimś idealnym wariancie „życia wartego przeżywania” (Ach, jak za mną chodzi to stoickie zdanie Seneki, wyczytane w trakcie zeszłorocznej samotnej wędrówki! Skrada się za mną i szepcze mi wprost do serca, kiedy jest naprawdę dobrze, że tak, tak powinno się żyć i że już ty dobrze wiesz, jak to się robi! Niby wiem, ale przecież wciąż sobie nie dowierzam).
Wszystko jest zapewne kwestią perspektywy. Pamiętam jak kilka miesięcy temu widziałam, jako umiarkowana miłośniczka malarstwa van Gogha, w madryckim Museo National Thyssen – Bornemisza, pierwszy jego obraz, który mi się naprawdę podobał. I teraz, w tym monograficznym muzeum, gromadzącym największą kolekcję obrazów van Gogha na świecie, otoczona van Goghiem, otulona van Goghiem, wtopiona w van Gogha, patrzącego z każdej ściany, zza każdego rogu, od sufitu do podłóg, zewsząd – mimo to zupełnie nieprzytłaczająco, zachwycająco, wyważenie, w łagodnym jasnym świetle i, mimo tłumów, w jakiejś ciszy jednak, odkrywam, że jego sztuka naprawdę do mnie przemawia. Kilka razy naprawdę się zachwycam, przy autoportretach szczególnie, przy kilku martwych naturach, przy talerzu cytryn, które porównuję z tymi Zurbarána i Cézanne`a, przy znakomitych japonizujących rysunkach drzew, przy kwitnących drzewach brzoskwiniowych, szmaragdowych cyprysach i ciemnogranatowych, wymieszanych z atłasowym fioletem irysach, żeby całkowicie się „rozpaść” emocjonalnie przy kwitnącym biało – różowym drzewie migdałowym na błękitno seledynowym tle, namalowanym w trakcie rekonwalescencji w szpitalu psychiatrycznym, przez malarza, wychodzącego z samego dna rozpaczy na szczyty najwyższego szczęścia, niesionego miłością i radością na wieść o urodzinach bratanka. Ile w tym jest dobra i piękna z samego dna jego nękanej rozpaczą i frustracją duszy!
Po tej wizycie czuję się trochę pijana szczęściem i cały świat mi się mieni kolorami o tym niesamowitym wprost nasyceniu, które tu, w tym mieście na wodzie i bagnach, jak wzrokiem sięgnąć, jawi się czymś żywym, namacalnym, wszechobecnym.
Spacerujemy jeszcze leniwie przez kilka godzin, by potem niemal w ostatnim momencie wpaść do Internationaal Theater Amsterdam rozżarzonego już kryształowym, migotliwym światłem żyrandoli, odbijającym się w lustrach całych w złocone ramy, wokół wijących się białych metalowych schodów, wpaść wprost w rozgadany, szeleszczący tym pięknym gardłowymi H i G, dla nas niemal nieartykułowalnym, tu wypowiadanym ze swobodą dźwięku naturalnego, wrodzonego, tłum, unoszący się w przestrzeni teatru w tym w radosnym oczekiwaniu, pulsujący napięciem, ciekawością tego, co ma nadejść.
Wiemy, że są tu i tacy, co już widzieli spektakl kilka razy, a nie mogąc sobie odmówić przyjemności ponownego zatopienia się w jego magnetycznym rytmie, są tu ponownie! My oczytani recenzji, z głowami wypełnionymi rekomendacjami i zachwytem znajomych, którzy już to przeżyli, uśmiechamy się do siebie i do tej chwili i znów czujemy, jak bardzo rozpieszcza nas życie, z którym bierzemy się w objęcia.
Siadamy. Gasną światła i dzieje się magia teatru: gra pozorów, uwodzicielski taniec prawdy z blagą, emocje to rozpędzają się w świetle stroboskopów, to znów zatrzymują w namyśle nad wiszącymi nad sceną pytaniami. Mnóstwem pytań o to, co jest prawdą, co fałszem; refleksją nad zachwytem i obrzydzeniem, miłością i nienawiścią, dobrem i złem, udręką tworzenia i prostotą codziennych czynności…
Antrakt. Znowu pulsujący tłum. Rozmowy. Zachwyty. Akt drugi – jeszcze lepszy! Koniec. Rozproszenie tłumu. Opadanie emocji. Rozmowy. Wymiana. Dzielenie się. Wszystko, co się tak naprawdę liczy.
Na koniec, błogość snu.
Rano wyjeżdżamy nad morze.
Plaże Zandvoort, nad Morzem Północnym, oddalonym od stolicy o zaledwie 30 km, są rozległe, jasnopiaszczyste, oddzielone od alejek spacerowych srebrzysto-zielonkawymi wydmami, podobne tym najpiękniejszym, nadbałtyckim. Moja syrenia natura ciągnie mnie w głąb wody. Spodziewam się jej chłodnej w czerwcowy początek lata, ale wietrzne powietrze wyrównuje temperaturę między wodą o lądem tak, że wchodzę w migoczące w słońcu, lekko spienione grzywy fal bez wahania, niemal od razu płynąc.
Pływanie w morzu to mój uszczęśliwiający rytuał numer jeden, gwarantujący absolutnie obezwładniający stan zespolenia ciała z wodą, którego potrzebuję, jak powietrza, z którego czerpię siły, kiedy tylko mogę. Nie przepuszczam żadnej okazji.
Popołudniowe korki na obwodnicy Amsterdamu nie są w żadnym razie, dla nikogo z nas, za wysoką ceną za to nadmorskie nasycenie zmysłów.
Wieczorem docieramy do mojej rodziny, już w Niemczech. I jest jakbym znów była dzieckiem w moim rodzinnym mieście. Brzmienie specyficznego języka, zapał dzielonych opowieści, tyle śmiechu, tyle niewymuszonej radości, zapach lawendy unoszący się nad ogrodem, dzikie wiśnie o niejadalnych owocach.
Szczęście.
Znów sen, bardziej niż błogi w pięknym domu mojej kuzynki, w środku lasu.
Żadnego nadmiaru, żadnego przesytu, ani niedosytu tym bardziej. Chyba tylko to ledwo wyczuwalne uczucie żalu, że przed nami ostatnia prosta.
Z kuzynem żegnamy się przed snem, bo w wolny od pracy dzień, nie wstanie z nami o świcie. Monie wstaje za to wcześniej, niż dzwonią nasze budziki. Tak ma od zawsze, celebruje poranki, parząc kawę, patrzy na ogród.
Zawiązuje różowe wstążki wokół papieru śniadaniowego, w który owija nam kanapki na podróż.
Podróż, o której marzę, by się nigdy nie kończyła.


