Zapiski z Nepalu


Fragment 1.
Oglądam zrobione dziś zdjęcia i przychodzi mi na myśl, że najpierw widzisz tylko tę niewyobrażalną plątaninę kabli, morze motocykli, które suną na ciebie nieprzerwanie i ruiny, w których liczni Nepalczycy urządzają swoje sklepy, stragany, warsztaty albo też całe życie. A potem widzisz detale, coraz więcej piękna, mnóstwo kolorów i to, że wszyscy ci ludzie są spokojni, patrzą ci w oczy, gdy ty na nich patrzysz i uśmiechają się przyjaźnie.
Drugiego dnia uczę się magazynować emocje wobec biedy, hałasu, nieładu, nie dziwię się temu, nie krytykuję, nie pytam, jak to możliwe, czy, że o boże!, niemożliwe. Jest dla mnie oczywiste, że ludzie są różni i mają niezwykłe zdolności adaptacyjne. Przyglądam się temu z ciekawością i akceptacją.

Fragment 2.
Wszystko jest bardzo nowe i inne niż to, co znam, odczuwalna i widoczna jest symbioza elementów hinduistycznych i buddyjskich, zarówno w formie kultu jak i w architekturze. Podziwiam wszystko i zatapiam się w moich własnych mantrach, palę świece, poruszam młynkami, patrzę w oczy Buddzie i Sziwie i przede wszystkim we własne uczucia, których jest cała gama, zasadniczo jednak pozytywnych, akceptujących to, co jest, co się jawi i co się materializuje lub tli się w ciele umyśle lub duszy, ledwo wyczuwalne. Myślę dużo o miłości, szczęściu i wolności. O sprawach uniwersalnych. Myślę o tym czego mi brakuje, czego pragnę, w co wierzę, co odrzucam. Zachwycam się swoim nowo nabytym dystansem do wielu spraw, swoją coraz wyraźniejszą umiejętnością odpuszczania, swoim brakiem potrzeby mówienia, dowodzenia racji i – niezmiennie- ale jeszcze bardziej swoją umiejętnością cieszenia się wszystkim, brania garściami, wyciskania tego, czego doświadczam jak cytrynę, do ostatniej orzeźwiającej kropli, bycia jak radosne dziecko, ale chyba doroślejszą niż kiedykolwiek, odpowiedzialną, samodzielną. samowystarczalną…
Rano zostaję pobłogosławiona przez Kumari, ziemskie, czasowe wcielenie bogini Taledźu, w ciele ok. 8 letniej dziewczynki o nieobecnych oczach i twarzy niemal bez emocji. To kilkunastosekundowe spotkanie zabiera mi spokój. Wiedziałam kogo spotkam, czytałam o niej, czytałam, że nie powinno się oceniać tej tradycji z naszej perspektywy. Co innego czytać, co innego doświadczyć. Bardzo mnie to poruszyło.
Na moment wszystko wydało mi się bezgranicznie puste i powierzchowne. Te ich złota i czerwienie, te młynki, kadzidła, ten pozorny blichtr. Poczułam bezbrzeżny smutek, że w tym uczestniczę.


Fragment 3.

Tego bałam się najbardziej w tej podróży. Że doświadczę schizofrenicznego uczucia między „wszystko mi się podoba” i „niczego nie potrzebuję”. Chciałabym coś kupić, co nie tylko będzie piękne, ale też wesprze lokalnych rzemieślników. Niestety jest też tak, że rzeczy najpiękniejsze nie są sprzedawane na ulicy przez tych najbardziej potrzebujących. Tych można wesprzeć z przyzwoitości, ale wtedy nie zawsze jestem w zgodzie z sobą, np. tą mną, która nie lubi gromadzić rzeczy, albo tą, która ma problematyczny stosunek do pieniędzy, nie lubi tandety, jednocześnie lęka się wydać za dużo. Trudne wybory są jednak po prostu życiem, więc coraz lepiej idzie mi z odpuszczaniem w tym obszarze i coraz spokojniej podejmuję decyzje, a raz podjętych nie analizuję już bez końca.
Ale fakt jest taki, że jest tu dużo za dużo rzeczy!
Pierdyliard ubrań, szali, chust, biżuterii prawdziwej i sztucznej, kadzideł, mydeł, świec, koralików, figurek, flag…a wszystko w wielu wersjach kolorystycznych, jakościowych, lokalnych i obcych, unikatowych i masowych. Totalny wszechogarniający nadmiar rzeczy materialnych, idealnie zbędnych i dziwnie pożądanych.
Trochę mnie ten nadmiar zachwyca, trochę przeraża. Staram się nie zwariować, objąć to wszystko umysłem i sercem, i jednak, czasem kulawo, ale jakoś sobie radzę.
Na przykład tak: po tym jak w końcu zrezygnowana, zakupiłam za 10 euro, u drepczącego mi przez 10 minut po piętach sprzedawcy, małą miseczkę zapewne masowej chińskiej produkcji, pomyślawszy, że od tego nie zbiednieję, człowieka na chwilę zadowolę, rzecz nie jest przecież najbrzydsza, a może się nawet przyda, poszłam do warsztatu mistrzowskiego na pokaz śpiewających mis tybetańskich, gdzie zachwycona, zrelaksowana, wykąpana w dźwiękach odpowiednich dla mojego znaku zodiaku, nie wydałam na to wartościowe rękodzieło kilkudziesięciu dolarów, bijąc się z wyrzutami sumienia, że człowiek ów nam tyle swojego czasu poświęcił i dał tyle dobrej energii, a ja się okazuję skąpiradłem:)!
Potem jednak, trafiwszy na coś po prostu bardziej mojego, w warsztacie Tanek tybetańskich, czyli obrazów malowanych z wielką precyzją na bawełnie, wydałam dwa razy tyle wcale, a wcale niedrżącą ręką…zadowolona!

Fragment 4.
Jedziemy piątą godzinę w pyle i delikatnej, rozświetlanej przez słońce mgle, zalegającej kotlinę, najpierw na wschód, potem na południe od Katmandu, 160 km od stolicy, budowaną od wielu lat autostradą, co roku spływającą wraz z monsunową wodą i pieczołowicie, kawałek po kawałku odbudowywaną, która wciąż jest tylko na niewielkim odcinku przejezdna na tyle, by rozwinąć na niej autobusem prędkość 60 km na godzinę. Większość trasy posuwamy się z prędkością 20-30 km wyboistym pasem drogi, niemal slalomem między dziurami i innymi, omijającymi je, pojazdami. Te 160 km będziemy jechać sześć i pół godziny, z dwoma krótkimi przerwami na pyszną kawę w przydrożnych barach i siku do całkiem przyzwoitych toalet w stylu azjatyckim, dla ludzi o zdrowych kolanach.
Na horyzoncie majaczą ośnieżone szczyty Himalajów.
Gdy wyjeżdżamy z Kotliny Katmandu, po naszej prawej stronie, kilkadziesiąt metrów poniżej drogi płynie, by połączyć się ze świętym Gangesem, meandrując pod skałą, wezbrana rzeka Trisuli. Zbocza powyżej drogi cudownie zielone, pocięte tarasowo pod uprawy ryżu, zboża i warzyw. Przy drodze wszystko w grubej warstwie pyłu z budowy i z wyschłego już błota, co zleciało z gór w czasie monsunu.
Ten kontrast między przestrzenią natury – idealną, majestatyczną, wieczną i tą ludzką – efemeryczną, fragmentaryczną, daleką od doskonałości, jest tu cały czas widoczny i namacalny.

Wszędzie, gdzie droga trochę się rozszerza, pojawiają się sklecone z czegokolwiek domy, szopy, garaże, dymiące garkuchnie i stragany, miejsca życia i drobnego handlu.
Całe mnóstwo konstrukcji z blachy falistej, ale też murowanych, najczęściej z dwóch -, najwyżej trzech ścian z szarych pustaków, gdzieniegdzie uzupełnionych cegłą, zamkniętych blachą lub, powiewającymi na wietrze, barwnymi szmatami; inne, w stylu naszych jednorodzinnych z lat 80., malowane pastelowo, z wystającymi z nich metalowymi prętami, obwieszone kablami, jak koralami, które nigdy się nie kończą, nie wiadomo skąd i dokąd biegną. Na dachach wielkie baniaki z wodą.
Pojawiają się sprzedawcy świeżych ryb z kija i pieczonych na ruszcie lub smażonych w wielkich misach wypełnionych wrzącym olejem; obok piekący kukurydzę, sprzedawcy pokrojonych w kawałki ogórków, ananasów i trzciny cukrowej, meandrujący między chwilowo unieruchomionymi pojazdami, oferując te orzeźwiające przekąski.
W innym miejscu całe stosy pomidorów, wózki z bananami i mango.
Ruch i bezruch jednocześnie, w żarze południa powietrze jeszcze gęstnieje, ludzie siedzą w kucki na progach swych wiecznie prowizorycznych domostw i warsztatów, między hałdami gruzu, stertami opon, płachtami blachy, stosami owoców i dymiącymi garnkami. Pomiędzy nimi biegają lub drzemią w słońcu, oswojone bezpańskie psy.
W tym wszystkim, w nieustannym ruchu, kobiety w strojach w tysiącach odcieni czerwieni! Jak motyle na tych zakurzonych plamach, falują karminem, fuksją i oranżem w tej przestrzeni jak prymulki na skalistych urwiskach, jak kępki fiołków w piaszczystej ziemi, jak rośliny ruderalne, pośród szarego rozpadającego się betonu.
Zachwycające.

Fragment 5.
O 17.36 w Pokharze, pięćset tysięcznym mieście u stóp Masywu Annapurny, zachodzi słońce. Miasto szykuje się do ceremonii końca dnia i pożegnania słońca. Dziś jest sobota, dzień świąteczny, więc w rytuale poświęcenia bogom światła i ognia uczestniczy wielu mieszkańców. Pędzę z hotelu, przez ulice, nagrzane jeszcze dzisiejszym słońcem, które sama powitałam o świcie tradycyjnym Surya Namascar, po drugiej stronie jeziora, gdzie można się pokłonić jednocześnie wschodzącemu i rozświetlonym szczytom Annapurna 1 i Machapuchare, rybiemu ogonowi. Idę szybko przez ulice rozedrgane wiecznym ruchem pieszych, samochodów i motocykli, lawirujących między jednymi i drugimi z iście wężową zwinnością, od czasu do czasu dając znać klaksonem, że pojawiają się z nieoczekiwanej strony. Przebijam się przez ten kocioł ludzi i maszyn już bez lęku, jak podczas pierwszych spacerów po Katmandu. Już ufam temu chaosowi, wiem, że można się w niego wtopić i po prostu z nim nie walczyć, poddać się mu, wtedy wszystko idzie gładko. Jak w życiu, odpuścić to, na co nie mam wpływu. Jak na mnie, która nie lubi sportów ekstremalnych, nadmiernych prędkości, ani przesadnych wysokości, zawsze czekającą na zielone światło i patrzącą w lewo, w prawo, jeszcze raz w lewo, zanim wejdę na pasy, radzę sobie zaskakująco dobrze.
Docieram do jeziora Fewa, gdzie zebrał się już spory tłum, w większości tradycyjnie barwnie ubranych ludzi, także zwyczajnie w dżinsy i t-shirty, lub koszulę, ale wtedy w nepalskiej spiczastej czapce z wzorzystego materiału, albo z kolorowym szalem wokół szyi. Są i turyści, jak ja, ale jesteśmy w zdecydowanej mniejszości. Siadam na wolnych jeszcze krzesłach w pierwszym rzędzie, ale te są zajęte dla starszych mieszkańców, więc wciskam się w wypełniające się szybko środkowe rzędy. Wtedy podchodzi do mnie kobieta, jak się później okaże, z grupy uczestniczących w rytuale, wybranych do błogosławieństwa i zaprasza mnie do pierwszego rzędu po prawej stronie, mówiąc, że tylko lewa jest dla starszyzny. Przez całą ceremonię, którą obserwuję w totalnym zachwycie z bardzo bliska, myślę o niej z wdzięcznością za jej wrażliwość i serdeczność wobec mnie, kogoś zupełnie obcego. Nepalczycy są dumni ze swojego kraju, ze swojego jedzenia, ze swojej kultury. Przy tym bardzo uprzejmi i zupełnie w niczym nienachalni. Jestem za to wszystko nieskończenie wdzięczna, więc całymi dniami chodzę ze złożonymi dłońmi, pozdrawiam namasté i dziękuję danne baad!, nieustannie się uśmiechając. W zamian otrzymuję jeszcze więcej dobra.
Od dwudziestu minut starszy mężczyzna czyta spisane na żółtych kartkach, intencje donatorów. Jako, że przy stoliku obok trwa niekończąca się pielgrzymka chcących przekazać odpowiedni datek i zapewne powierzyć sprawy najważniejsze opiece bóstw, karteczki namnażają się w jego rękach i będzie je czytał przez kolejne pół godziny. Nikt się nie niecierpliwi, rzędy metalowych, malowanych na niebiesko krzeseł pękają w szwach, obok mnie wciskają się dwie korpulentne panie w seledynowym i żółtym sari, starsza w pięknych złotych pierścionkach z rubinami, obydwie w tanich czerwonych bransoletkach z małych szklanych paciorków. Uśmiechamy się do siebie. Tłum rozrasta się wokoło placyku, z jeziora, nad którego brzegiem odbędzie się ceremonia, wylewają się kolejni – pary, grupki znajomych, całe rodziny w kolorowych strojach, wokół mnie pachnie maść tygrysia. Może dzięki temu nie pokąsają mnie komary, które już widać powietrzu. Nagle pojawiają się kapłani w purpurowo złotych szatach, jeden przygotowuje kwiaty, sadowiąc się na jednym z trzech drewnianych podestów, strojnych w atłasowe, amarantowe falbany. Nakłada garście płatków nagietka do miseczek, kładzie ich garść na głowę srebrnej kobry, obkłada nimi figurkę Buddy. Drugi błogosławi rząd ludzi, który ustawia się przed nim na brzegu przystani. Długie drewniane łodzie krążą nieustannie po jeziorze i raz po raz przybijają do brzegu, dowożąc kolejnych świętujących. Słońce już dawno zaszło, ale wygląda na to, że to ważny moment dla społeczności. Wszyscy zdają się naprawdę słuchać przemawiającego i cierpliwie czekają.
W tle grupa błogosławionych zapala ogień, podając sobie z rąk do rąk płonące naczynie, zaczyna śpiewać.
Mężczyzna doczytuje ostatnie intencje, wchodzą kolejni kapłani i równolegle zaczyna się ich pełen statecznych, stonowanych ruchów, taneczny jednak rytuał. Kłaniają się bóstwom na wszystkie strony świata, machają rękami, podnoszą coraz to inne srebrne naczynia, pełne ognia, zapalają kadzidła, dmą w rogi, nucą mantry, które głośno brzmią, z ustawionych na placu głośników.
Uczestniczący w błogosławieństwie wchodzą nagle między kapłanów, a widzów, pomocnicy ceremonii, wtaczają olbrzymi świecznik oliwny, pierwsi zapalają jego lampki i w kilkanaście sekund cała, metrowa prawie, srebrna konstrukcja płonie żywym ogniem.
Zapach kadzideł wypełnia całą przestrzeń, dawno już nie czuję maści tygrysiej, dym spowija kapłanów, obracających się na podestach w rytm muzyki i wyśpiewywanych modlitw, dociera też do pierwszych rzędów.
Na koniec tłum zatańczy z radości, której ja też daję się ponieść, zaproszona przez kobietę ze świeżym bindi na lini włosów.
Z głośników dobiegają ostatnie modlitewne akordy, kapłani znowu dmą w rogi. Ceremonia pożegnania dnia dobiega końca, ale tłum jeszcze się nie rozchodzi. Wszyscy ustawiamy się w kolejce, po swoją ochronną kropkę na czole i szczyptę kryształków cukru, które kapłan nasypie nam w zagłębienie otwartej dłoni. Oczywiście wszyscy się cieszą i wszyscy czekają cierpliwie na swoją kolej.

Wczoraj nasza przewodniczka powiedziała rano, że tak jak do Katmandu jedziemy zobaczyć wspaniałe zabytki, tak do Pokhary jedzie się po wytchnienie, kontakt z naturą.
Doświadczam tego.
I znacznie więcej. Jakiejś niewysłowionej magii, może ludzkiej energii, może słonecznej, albo spływającej z tych cudownych ośnieżonych szczytów.
Annapurna znaczy bogini urodzaju, pełna pokarmu, oznacza obfitość, za którą tutejsze ludy ją czczą.
Jest jedną z inkarnacji bogini Parwati, partnerki Sziwy.
Panteon bogów hinduskich jest dość rozbudowany i dla mnie obcy. Zapamiętałam jednak, że tych dwoje tworzy związek idealny, podobno oparty też na wielkiej namiętności. I ta sprawa bardzo mi się podoba. Myślę, że wyproszę sobie u mojej częściowej imienniczki łaski i obfitość w tym obszarze.

Fragment 6.

Mieszkamy na szczycie osady Nagarkot, na wysokości ponad 2.100 m.p.m. i mamy z niego widok na pasmo Mount Everestu. Dziś znowu widok jest przepiękny. Zapiera dech w piersiach. Żadne zdjęcie nie oddaje ani pełni urody, ani majestatu Himalajów. Mimo to, jak szalona, klikam kilkanaście ujęć tego samego fragmentu góry. To samo robię w miastach, podobnie w drodze. W pewnym sensie popadam tutaj w rodzaj obłędu, chcąc wszystko zarejestrować, zamknąć w kadrze te wschody i zachody słońca, ludzi, zwierzęta, oszałamiającą naturę, ten ogrom rzeczy materialnych, sytuacje, nastroje, wszystkie te achy i ochy, wyzwalacze emocji, jakbym potem miała sama sobie nie uwierzyć, że uczestniczyłam w czymś tak spektakularnym. Czasem czuję przesyt, myślę, że to jest przecież niepotrzebne fotografować kolejną barwną postać na ulicy, wszystkie te sceny rodzajowe, których jestem świadkiem, kolejnego psa, który kradnie moje serce, kolejny kwiat, który zachwyca, setny widok ze wzgórza. Jednocześnie nie mogę przestać robić zdjęć.
Rzadkie są chwile, kiedy odpuszczam i po prostu patrzę. Najtrudniej jest po prostu być. Patrzeć i widzieć, chłonąć i rejestrować zmysłami, nie telefonem.
Obiecuję to sobie na jutro. Zobaczyć wschód słońca nad Himalajami i zamknąć ten obraz pod powiekami.

Dziś zdecydowanie mam przepalone bezpieczniki percepcji rzeczywistości! Czuję niewysłowioną radość i wdzięczność za wszystko, co mnie otacza, jednocześnie, odczuwam rodzaj przesytu. Jakby wszystkiego było za dużo. Słońca, tych cudownych kolorów, zapachów, najwspanialszego jedzenia, bujności kwiatów, dźwięków ulicy, obłędnych scen rodzajowych do zarejestrowania, wszystkich tych fotogenicznych starych i młodych, bawiących się dzieci, śpiących psów, kramów świątyń, płonących lampek, nawet tych pięknych gór i zielonych stoków pokrytych polami ryżowymi. Nie umiem tego zmagazynować, tak mnie to oszałamia.

Po wczorajszym spektaklu „zapalania szczytów Annapurny”, jak mówi się tu o niesamowitym wschodzie słońca widzianym z punktu widokowego na obrzeżach Pokhary, lecimy lokalnymi liniami Budda Air z powrotem do Katmandu. Stamtąd prosto do Kritipur, miasteczka rdzennej ludności newarskiej z całym wahlarzem zachowanych elementów ich kultury, sztuki, architektury, stylu życia. W Kritipur maluje się ściany domów w sceny rodzajowe z życia społeczności i przesiaduje w wyłożonych matami ryżowymi, przepięknie rzeźbionych, drewnianych altanach, budowanych na placach, skwerach, skrzyżowaniach ulic, wśród domów o równie misternie dekorowanych drewnem sal obramieniach okien, całych drzwiach, podcieniach, stropach wysuniętych dachów. Drewno sal, shorea robusta, jest ciemne, jak heban i niezwykle efektownie komponuje się z ceglanym murem fasad.
Kritipur, położone na wzgórzu u wejścia do doliny Katmandu od wieków, dzięki swojemu położeniu, chroniło jej trzy główne miasta: Katmandu, Patan i Baktapur przed najazdem obcych. Słynie z wąskich, wysokich, ciasno do siebie przylegających domów i walecznych mieszkańców. Nie jest jednak, co ogromnie zaskakujące, tak słynne, by jak trzy pozostałe być stale oblegane przez turystów. Może dzięki temu mieszkańcy wychylają się z okien, żeby nas zobaczyć, niektórzy z wdziękiem pozują nam do zdjęć. Inni, szczególnie starsi, zajęci patrzeniem przez okno, siedzący w skupieniu pod altaną spotkań, wydają się zdziwieni naszą obecnością. Przechodzimy przez miasto spokojne, ciche, zatopione w leniwych rytuałach gorącego popołudnia, miasto o praktycznie zerowym ruchu samochodowym w jego ścisłym historycznym centrum o stromych uliczkach i licznych schodach.
Pośrodku olbrzymiego, conajmniej 100 na 100 metrów, placu, ogromna sadzawka, właściwie kamienny basen, kiedyś miejsce kąpieli, dziś relikt z czasów świetności, wypełniony mętną zielonkawą wodą.
Zaglądamy wszędzie, gdzie możemy. Wchodzimy na podwórza, wspinamy się po schodach, znowu fotografujemy w nadmiarze.
Po miasteczku krążą obwoźne stragany z owocami, umocowane w formie metalowych, ażurowych koszy, na bagażnikach rowerów.
Na obiad idziemy do lokalnej restauracji z oryginalną kuchnią newarską.
Jest to piękne miejsce, w starym domu z licznymi przybudówkami, jakby centrum osobnego miasteczka, z mini rynkiem, pośrodku którego stoi tradycyjna, niebotycznie wysoka huśtawka z bambusa. Wybrukowane cegłą, wąsko kładzioną w jodełkę, zabudowane kilkoma altanami, na modłę newarską pięknie rzeźbionymi w drewnie, z podłogami, wyłożonymi matami kokosowymi, w których je się siedząc na płaskich poduszkach, z cynowych lub mosiężnych naczyń, ustawianych wprost na podłodze.
Jemy jomari, rodzaj pierożków z mąki ryżowej, nadziewanych masą figową i jogurtem, które wyrabiane są na miejscu, przez newarskie kobiety, siedzące w otwartej kuchni pod jedną z altan, gotowane jak nepalskie pierożki momo, na parze w wielkich kotłach. Próbuję też placki bara z ciasta na bazie czarnej fasolki, podawane z sosem z pieczonych pomidorów, sezamu i papryczki chili.
Dla odświeżenia ust i lepszego trawienia posiłek kończy się mieszanką ziół i przypraw, między innymi kardamonu i anyżu, zawiniętych w liść betelu paańskiego, zwanego tutaj po prostu paan. Kolejny wizualny majstersztyk!

Zatem myślałam, że po doświadczeniu Kritipur nic już nie będzie bardziej niezwykłe.
Lecz na deser, następnego ranka dostajemy Baktapur. I to jest doświadczenie estetyczne z kategorii granicznych, nie do uwierzenia, nie do ogarnięcia, wchodzące w człowieka wszystkimi zmysłami. Wszechogarniające.
Do Baktapur docieramy, przedzierając się przez poranny korek w stolicy, około dziesiątej rano. O tej porze jest ono już ulem, w którym wszystkie pszczoły pracowicie wyrabiają miód – wszelkie dobra dla ciała i ducha, cieszące i drażniące jednocześnie wszystko-chcące oczy.
Baktapur jest architektoniczną perełką, więcej – prawdziwą perłą pośród miast doliny. Ma najlepiej zachowaną starówkę, której forma i ilość historycznych budynków powoduje porażenie zmysłów. Drewniane, misternie rzeźbione elementy architektoniczne, zdobią nawet zwykłe sklepy, schowane przed ludzkim okiem wnętrza warsztatów, balustrady krętych schodów oficyn, każde niemal okno i drzwi, wąskie przejścia między domami.
Główny plac miasta, Durbar Square, rozległa, zamknięta przestrzeń pałacowo – świątynna tchnie jednak spokojem. Za wielką, rzeźbioną w drewnie sal, bramą, czas się zatrzymuje, cichnie gwar.
Stoję w niemym zachwycie. Znowu mam mętlik w głowie, nie rozróżniam Boga Sziwy od jego wielkich braci Bramy i Wisznu. Nie skupiam się na datach i pochodzeniu pojedynczych budynków. Cześć z nich musiała zostać odbudowana po wielkim trzęsieniu ziemi, dziesięć lat temu i odbudowano je z wielkim zaangażowaniem i pieczołowitością. Gdzieniegdzie piętrzą się jeszcze stosy cegieł, stalowe słupy podpierają niektóre fasady. Ale zarówno całość założenia jak i architektoniczny detal, słynne pawie na fasadach, 99 różniących się od siebie okien pałacu władcy Baktapuru, po prostu zachwyca. Powala.

A potem wychodzimy na ulicę handlową, okalającą założenie pałacowo świątynne, od której odchodzi cały labirynt mniejszych uliczek, zaułków, placów, pośrodku których kolejne zachwycające świątynie, drewniane altany, sklepy, warsztaty. Wszędzie siedzą sprzedający, krążą kupujący. Miasto wrze, chociaż nie krzyczy. Nepalscy kupcy nie nawołują swoich potencjalnych klientów. Ci w sklepikach krążą nieustannie między wejściem, a półkami uginającymi się pod ciężarem towarów, zapraszają i zagadują, ale robią to przyciszonym, łagodnym głosem, z uśmiechem na ustach, cierpliwie odpakowując i rozwijając kolejne warstwy różnokolorowych materiałów i kolejne szale, z kaszmiru, wełny jaka wysokogórskiego, z jedwabiu i bawełny.
Ci, siedzący wprost na ulicy lub przy małych straganach, wykazują się nieraz doskonałą obojętnością, lub zupełnie nienachalną chęcią pokazania nam swojego kramu, jakby ufni, że to, co oferują i tak w końcu znajdzie swojego nabywcę.
My biegamy rozgorączkowani. Nas, przybyszów z innej całkiem przestrzeni kulturowej, te wąskie uliczki, ociekające wprost towarem, to morze ludzi, motocykli, śpiące pod nogami psy, stosy wyrobów z metalu, drewna i ceramiki, lampek diwali, dzbanuszków, mosiężnych mis śpiewających, wyrobów z ryżowej słomy, kilometry różnej jakości i delikatności kaszmiru, warsztaty tradycyjnego rzemiosła, działające wprost na ulicy, przy otwartych drzwiach, nieoszklonych witrynach, wreszcie jedzenie: piramidy warzyw i owoców, orzechy, wędzone ryby, słodycze z gotowanego mleka – wszystko to nas oszałamia.
Lokalnym przysmakiem jest jogurt ju- ju (czytaj dżu dżu), serwowany w kamionkowym miseczkach, ciut większych od tradycyjnych lampek diwali, w których się zmieści t-light. Wszędzie parują kotły z pierożkami momo. Na ulicach siedzą też kobiety i mężczyźni obłożeni kupkami świeżych kwiatów, z których tworzą mniejsze i większe girlandy.

Dziś przypada Lakszmi pudża, w ramach obchodzonego tu już od trzech tygodni święta świateł – Diwali, które będzie miało swoją kulminację za trzy dni, dzisiaj czci się małżonkę Wisznu, Lakszmi, patronkę powodzenia, obfitości, materialnego prosperity, wabiąc ją do świeżo wysprzątanych domów układanymi u ich progów barwnym rangoli, rodzajem mandali, kolorowego kobierca usypanego nieraz bardzo misternie z różnobarwnego piasku, ryżu, kwiatów i luźnych płatków. Z kwiatów robi się piękne girlandy, które akurat dziś zawiesza się też na karkach psów. Psom domowym i tym zżytym ze społecznością, choć żyjącym na ulicach błogosławi się też bindi, czerwoną kropką między oczami.
Nepal świętuje. Błyszczy zwisającymi z drzew i fasad domów lampkami, płonie tradycyjnymi świecami, pachnie kadzidłem i ogniem.
Happy Diwali! Witają się na ulicach znajomi i obcy. Danne baad, dziękuję za gliniane figurki Buddy i sowy – wierzchowca Lakszmi, ofiarowane na szczęście przez sprzedawcę glinianych i mosiężnych figurek, jeszcze zanim kupię u niego ceramiczną kolorową głowę Ganesha, młodszego syna Sziwy i Parwati, opiekuna domowego ogniska.

Fragment 7.

Chitwan leży na nizinie Teraju. By tam dotrzeć, przedzieramy się kilka godzin, przez tę niewiarygodną autostradę, wiecznie w budowie, skręcając na południe na jedynym jej rozwidleniu, w miejscowości Muglin, będącej naturalnym miejscem przesiadkowym na szlakach we wszystkich kierunkach, do dzikiego Mustangu na północy, do Varanasi w Indiach, do Pokhary u stóp Annapurny.

Wzdłuż drogi po prawej pasmo Sziwali niezwykle malownicze, porosłe gęstą zielenią, ciągnie się na południe od niskich Himalajów, oddzielając je od doliny.

Kiedyś były tu królewskie tereny łowieckie, dziś ta żyzna ziemia ma charakter rolniczy, a połacie dżungli przekształcono w tereny chronione, jak Park Narodowy Chitwan.
Strome stoki wymagają by nadbudowywać je ziemnymi tarasami, tworząc na nich pola uprawne pod ryż, kapustę, ciecierzycę, marchew, ogórki, cukinię i bakłażany.

Przy każdym domu papaja i bananowce. Te na plantacjach są roślinami jednorocznymi, ale przy domach daje im się rosnąć kilka sezonów. Ich owoce są mniejsze, niż banany, które znamy z Europy, są też lekko kwaskowate w smaku, mniej mączne niż tradycyjne słodkie banany z Ameryki Południowej czy Afryki.

Ryż, występujący tu w wielu odmianach, sadzi się co 20 cm rozsadami świeżej trawy ryżowej, po kilka źdźbeł, na mocno nawodnionym polu. Kiedy urośnie, wodę się spuszcza, a ryż zbiera na polu suchym. Ścięty, powiązany w snopki, układany jest czasem w okrągłe stosy, które jakiś czas stoją na ściernisku, potem młócony wstępnie i suszony na prostokątnych, brezentowych matach, rozkładanych na ulicach, placach, przed domami. Tak samo na wsi, jak i w miastach.

Proces hodowli ryżu od momentu sadzenia do zbiorów trwa cztery miesiące. Czasem sadzi się go kilka razy pod rząd i zbiera rocznie kilka razy. Ale ryż wyjaławia ziemię, więc najlepiej stosować płodozmian. Po ryżu sadzi się więc rośliny strączkowe, potem zboża, po nich bananowce, później znowu ryż. Tak jest idealnie, najwydajniej. Naturalnie. Lecz w wyniku globalnego ocieplenia klimatu to się też zmienia. Dziś podobno nawet monsun nie jest już tak przewidywalny, jak dawniej.

Ze słomy ryżowej wytwarza się mnóstwo rzeczy: grube maty do siedzenia, dywaniki, cienkie podkładki na stół, kapcie, koszyki, niezliczone pojemniki. Niektórzy pokrywają strzechą ze słomy ryżowej dachy domów.
Tak jak Tharowie, rdzenna ludność okolic Chitwan pokrywała swoje domy bogato rosnącą w ich okolicy trawą słoniową.

Odwiedzamy wioskę, zamieszkiwaną przez tę grupę etniczną przy południowej granicy Nepalu z Indiami Północnymi.
Kulturą, strojem są bardziej podobni Hindusom, niż innym grupom zamieszkującym Nepal. Są też tradycyjnie częściej wyznawcam hinduizmu.
Wielu z nich pracuje za granicą, więc bogacąc się, konkurują ze sobą, z dużą szkodą dla krajobrazu, na piękne, w ich poczuciu, domy.
Dlatego jest tu inaczej. Wzdłuż drogi dojazdowej do osady na obrzeżach parku Chitwan wielkie, nawet dwupiętrowe wille, tynkowane kolorowo i jaskrawo, z licznymi przybudówkami, wieżyczkami, łukowato zakończonymi oknami, balkonami o złoconych tralkach balustrad, krzyczą w przestrzeni, jak u nas „gargamelowate”pseudo pałace bogatych Romów.
W samej wiosce jest biedniej, wiele domostw powstaje chaotycznie, z czego się da, tradycyjnego budownictwa, konstruowanego z bambusa, błota rzecznego i wspomnianej trawy słoniowej, zachowało się, niestety, niewiele.
Wioska to zasadniczo
jedna długa ulica, która zakręca dwa razy i jedna boczna, od rzeki odgrodzona soczystą łąką, na której pasą się wodne bawoły o lśniących czarnych skórach, poprzecinana małymi poletkami, na których uprawia się naprzemiennie ryż i zborze. Przechodzimy przez wioskę wzbudzając oczywiście zainteresowanie, głównie dzieci, dla których nic nie mamy i jest nam przykro. To słaby punkt programu. Akurat miejscowi też nie oferują niczego do kupienia, więc nie możemy w żaden sposób zapłacić za ten spacer środkiem ich osady. Przyglądamy się sobie nawzajem, ale nic z tego nie wynika. Nie jest nawet tak, jak na przykład przy świątyniach w Katmandu, że Nepalczycy robią nam i sobie z nami zdjęcia, tak jak my chętnie obfotografujemy ich barwne stroje. To jest uczciwe i w porządku chyba dla obydwu stron. Tu czuję nawet, że nie wypada, żebym zrobiła zdjęcie bawiącym się dzieciom, chociaż oczywiście robię, nawet kilka, grupie chłopców siedzących na kamieniu, i małej dziewczynce bawiącej się barwnymi szmatami. Trzecie, dorosłej kobiecie, palącej małe ognisko przed domem. Zachwyca mnie zieleń jej sari współgrająca z zielenią stojącego obok drzewa. Cieszę się, że mogę ją widzieć od tylu, że ona nie widzi mnie, że jej nie przeszkadzam i jej nie zawstydzam. Z dziećmi jest inaczej. Niektóre idą za nami, licząc na przysmaki lub inne dobra, których dla nich nie mamy, bo wszystko, co przywieźliśmy, posyłamy dzieciom w wioskach w wysokich górach, które podobno mają jeszcze mniej.

Następnego ranka jedziemy na spływ rzeką Rapti, łodziami drążonymi w potężnych pniach drzewa kapokowego, zwanego też, wg. miejscowego przewodnika silk and cotton tree, rosnącego w tutejszej dżungli. Spływ leniwą i dość płytką rzeką relaksuje mnie bardziej niż masaż ajurwedyjski. Cudownie koi nerwy, od czasu do czasu pobudzane widokiem wygrzewających się w słońcu krokodyli, które całkowicie nieruchomo leżą na brzegu. Dobrze, że kilka okazów płynie akurat w wodzie, bo przychodzi mi na myśl, że te leżące są jakąś atrapą, rozłożoną dla nas, turystów, czym bardzo rozśmieszam naszego flisaka.
Znów przechodzimy przez wioskę, a widząc miejscowych przy znoszeniu z pola snopków ryżu, do młocarni ustawionej pod blaszaną wiatą, pomagamy im, ku uciesze obydwu stron.
Dla nas jest to serdeczny gest, bo zakładamy, że naprawdę chcemy coś sensownego i pomocnego zrobić, dla nich mała rzecz, chwila rozrywki, przecież zupełnie nie odciążający tych ludzi od ich codziennego znoju. Tak jak cukierek czy paczka kredek dla dziecka, które nie ma prawie nic, jest może miłym gestem, ale nie poprawia jego egzystencji.
Z tymi myślami nie czuję się najlepiej, chociaż czuję się wśród tej pięknej natury bardzo szczęśliwa.

Potem widzę ich przez okno mojej luksusowej hotelowej łazienki, w której biorę staranny prysznic, obmywając pot, ryżowy pył i ostre łuski ziaren.
Oni będą na polu do zachodu słońca.

Po południu jedziemy do dżungli.
Mamy ogromne szczęście, oprócz licznych jeleni, małp, pawi, ptaków rzecznych – czajki indyjskiej, czapli białej, bociano-identycznego kleszczaka azjatyckiego, zachwycającego modro-skrzydłego marabuta, spotykamy nosorożca.
Krążymy dłuższą chwilę w absolutnej ciszy, zaburzanej tylko szumem silnika wolno sunącego jeepa, wypatrując żyjących tu słoni i nosorożców, nie liczymy na tygrysa, który też żyje na terenie parku. Zaglądamy przez bambusowe zarośla do licznych bajorek, które są ich ulubionym miejscem żerowania. Wąską ścieżką wyjeżdżamy na małą polanę, a ponieważ siedzę z przodu, widzę go pierwsza, ledwie podnoszę rękę, widzi go też nasz przewodnik, który zatrzymuje samochód. Nosorożec jest olbrzymi i stoi dosłownie trzy metry od nas, całkowicie oniemiałych i poruszonych jego pięknem i dostojeństwem. Oczywiście, że widziałam już w życiu nosorożca, ale zobaczyć go w naturze, obserwować przez kilka długich minut jak spokojnie skubie słoniową trawę niemal u twych stóp, jest doświadczeniem – nie waham się powiedzieć – mistycznym. Dla mnie to było niezwykle poruszające i piękne.
Czuję niewysłowioną wdzięczność za bogactwo natury i spokojne bicie mojego serca w jej relaksującym rytmie.

Doświadczeniem bardziej niż poruszającym, które rozdziera mi serce jest spotkanie zniewolonego słonia.
Tam, gdzie i inni uczestnicy tego mini safari, robimy krótką przerwę. Podjeżdżamy do baru na rozległym placu pośrodku lasu.
Widzę go z daleka. Stoi spokojny pośród tłumu turystów, którzy podchodzą pojedynczo, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Na jego grzbiecie siedzi młody mężczyzna i trzyma go za łańcuch owinięty wokół karku, siedzi spokojnie w drewnianej konstrukcji wyłożonej poduszkami, nogi trzyma w prymitywnych drewnianych strzemionach. Nie szarpie słonia, nic nie mówi, tego już nie trzeba dyscyplinować, jest już dawno złamany, by stać tak bez ruchu zapewne wiele godzin, w całkowitej apatii. Wygląda jak naćpany, zupełnie bez życia. W pierwszym momencie nie chcę tego po prostu widzieć, nie chcę do niego podchodzić, lecz nagle odczuwam ogromne współczucie i jednoczesne pragnienie, by przekazać je tej bezbronnej istocie. Stoję tuż przy jego trąbie, dotykam lekko jego policzka i mówię temu pięknemu, dumnemu zwierzęciu, jak bardzo mi go żal. Mówię coś absurdalnego, obiecuję mu, że kiedyś się odrodzi w innym życiu, w którym będzie wolny i szczęśliwy, płacząc, dostrzegam łzę w jego oku, która spływa z wewnętrznego kącika. Wyraźnie patrzy na mnie.
Nie wiem tego i może jestem strasznie naiwna, ale czuję i chcę wierzyć, że on mnie po prostu zrozumiał, tak jak się wyczuwa energię i emocje drugiej żywej istoty.
I może mój gest mu odrobinę dodał otuchy. Nie stałam przy nim długo, nie zrobiłam mu zdjęcia. Pojechałam dalej. A on tam pewnie stoi do dziś. Nie myślę o nim już. Wiem, że ani jego, ani milionów innych zniewolonych istnień ludzkich i zwierzęcych nie uratuję. To jest trudne, ale naturalne. Tak jest. Nic nie mogę zrobić, poza okazywaniem wsparcia, tam, gdzie ktoś go potrzebuje. Mogę nie wykorzystywać i nie krzywdzić. Czasami mogę reagować na krzywdę. Ale wiem, że na większość tych spraw nie mam najmniejszego wpływu.

Wyjeżdżamy z dżungli o zachodzie słońca. Przecież zachwyceni, szczęśliwi.

Następnego dnia ruszamy z powrotem na zachód, potem na północ do Pokhary. Jedziemy pokłonić się Himalajom.

Zanim dotrzemy do autostrady sycimy oczy seledynowym, od porannego słońca krajobrazem doliny Teraju.

Na całym jej obszarze rosną wysokie drzewa robusty, z których robi się te wszystkie piękne konstrukcje w architekturze nepalskiej, obramienia okien, drzwi, balkony, podcienia, całe stropy dachów.

Innym naturalnym surowcem, rosnącym tu i wykorzystywanym na wiele sposobów, jest bambus. Jego pędy nadają się do jedzenia. Robi się z niego tyczki, meble, wszelkie podpory i najciekawsze pod słońcem, wysokie na kilkanaście metrów, huśtawki, służące tu od zawsze dzieciom do zabawy.
Bambus występuje w ok. 500 odmianach. Są to zasadniczo zarośla, które jednak czasami rosną w zwartych kępach, wykraczając poza naturalne rozmiary krzaków, tworzą rodzaj drzewa.
W nich żyją węże.

Z rosnącej na wilgotnych terenach wokół tutejszych rzek trzciny cukrowej miejscowi wyciskają sok, dla naszych żołądków ponoć niebezpieczny. Możemy za to pić dowoli naturalny elektrolit, jakim jest świeży sok z wnętrza kokosa.

Dojeżdżamy do Muglin, do rozwidlenia dróg na Katmandu, skąd przyjechaliśmy dwa dni wcześniej i tam skręcamy do Pokhary, w lewo, na północ.
Pod nami pędzi rzeka Trisuli, która za paręset metrów, na wysokości mostu spotka się ze spokojniejszą i czystszą, nie niosącą tyle błota pomonsunowych obsuwisk, Marsandi. Te tereny są święte dla nepalskich Hindusów, którzy pielgrzymują do rzek, odbywając w nich rytualne kąpiele.

Nad rzekami coraz częściej widzimy długie stalowe mosty, powstałe w miejscu istniejących tu od wieków, tradycyjnych przepraw. Dziś są to solidne stalowe konstrukcje, kiedyś drewniane, funkcjonowały też takie na zasadzie „tyrolki”, do której lin przytwierdzano koszyki i w nich transportowano ludzi i towary.
Droga jest długa i wyboista. Autostrada beznadziejnie zakorkowana, na poboczach prace remontowe, generujące niewyobrażalny pył unoszący się w powietrzu, osiadający na autach, roślinach, ludziach, ci w przeciwieństwie do unieruchomionych pojazdów, przeciskają się przez wąskie przesmyki między nimi i suną poboczem. Wzbudzają mój nieustający zachwyt feerią barw, którą pulsują niczym luźne szkiełka kalejdoskopu w wiecznym tańcu z szarą przestrzenią wokół siebie.

Fragment 8.

Ostatnie popołudnie ma w sobie wyczuwalną nerwową energię powrotu. Jest w niej niepokój, czy aby nacieszyłam oczy wystarczająco i na długo, na zapas nasyciłam kolorem, którego po powrocie nie doświadczę przez długie miesiące, chyba, że owinięta w cudownie miękki, czerwono-żółto-pomarańczowy nepalski szal z wełny jaka wysokogórskiego, w kapciach z ryżowej słomy, z fioletowo-czerwonym zygzakiem na długim nosku, nasuniętych na stopy w wełnianych, pomarańczowych skarpetkach, z kubkiem aromatycznej masala czaj w zmarzniętych rękach, pachnącej kardamonem, cynamonem i miodem, co jest raczej akcentem polskim, bo Nepalczycy gotują tę herbatę z cukrem. Tak będę wspominać czas tutaj. Tak będę tęsknić. Tak będę marzyć o powrocie.
Jest w tym niepokoju i żal jednak, że coś się definitywnie kończy, jest wdzięczność za wszystko doświadczone, przeżyte i, niestety też ta zupełnie niepotrzebna, nerwowa niepewność czy na koniec powinno się coś jeszcze zrobić, czegoś spróbować, coś dokupić!
Absurdalny, podszyty lękiem niedosyt, że mi coś umknęło, współbrzmiący z absolutnym przesytem, który spada na mnie potężnym zmęczeniem.
Ostatnie metry do hotelu idę już w totalnym otępieniu. Niby jeszcze mnie nęcą te kolory, girlandy nagietków, coraz to inne, nowe rangoli przed progami domów i sklepów, głowa chodzi to na prawo, to na lewo, nie da się nie patrzeć, nie widzieć, ręka sięga bezwiednie po telefon. Ganię się w myślach, by nie przesadzać, że po co! Moje zmysły ledwo zipią. Kręci mi się w głowie, całe ciało mi krzyczy, dość, litości!
Cudowny spokój poranka dawno rozpłynął się w hałasie ulicy. Lawirujemy zwartą grupą między ludzką ciżbą, niekończącymi się straganami, sklepikami, płachtami materiału, obciążonymi towarem, nadjeżdżającymi z każdej strony motocyklami. Przestrzeń zlała się w pulsujące, wibrujące światłami i dźwiękami, mrowisko. Granica między jezdnią, a chodnikiem nie istnieje. W tym miejscu stare Katmandu jest jedną, wielką, szeroką rzeką pojazdów, towarów i ludzi. W niej, jak wysepki, co parę metrów wyrastają świątynie, mniejsze i większe miejsca kultu, wszędzie dymią lampki oliwne.
Miasto nas pochłania jak wielkie nienażarte monstrum. Przesuwa nas w gębie, kolejnymi kłapnięciami zębów, mlaskami wielkiego jęzora.
W tym momencie ja, zwierzę miejskie, którego miasto nie przeraża, a przeciwnie nęci wiecznym ruchem i różnorodnością, odczuwam przesyt. Tęsknię za spokojnym tarasem hotelu na szczycie wzgórza, z którego widać tylko zielonkawo-słomiane pola ryżowe i pasmo najpiękniejszych gór; za cykadami, śpiewającymi jeszcze dziś rano, w lesie okalającymi Nagarkot. Tęsknię za dżunglą w parku narodowym Chitawan, z którego wyjechaliśmy kilka dni temu.
Dziś jest dzień w ciągu święta Diwali, w którym, przede wszystkim, jak czytam, ludność nawarska oddaje cześć istocie ludzkiej, samemu sobie, ludzkiej duszy w zgodzie z sobą.
Wierzę, że i ja dla mojej duszy zrobiłam dziś, i w ogóle tutaj, w tej podróży, wiele dobrego.
Dzisiejszy wschód słońca, w które patrzyłam jak zaczarowana, nie rejestrując go inaczej, jak oczami i chyba oczami duszy właśnie, jest już kolejnym wyjątkowym wspomnieniem. Pełna wdzięczności zrobiłam piękną, dziewięciokrotną Surya Namaskar, pokłoniłam się słońcu, jego ciepłu, jego blaskowi, szczęśliwa, że wypełnia mnie swoją energią.
Zamykam tę myśl w sercu, zapisuję to uczucie w ciele. Wrócę po nie w odpowiednim czasie.

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *