Czekając na Julka. Fragmenty dziennika ciąży


16. marca 2023

Siedzę w aucie pod stajnią. Trochę jak na szpilkach, z telefonem w ręce. Bo wiem, że Gosia zaraz będzie w domu i sprawdzi wynik porannego badania. Najpierw wysyła wykrzykniki: „Nie rozumiem wyniku!!!”. Nie wie, czy to jest 1,617 czy 1 617… widzę tysiąc, ale cała się trzęsę. Piszę tylko Tysiąc!!! I Czekaj! I patrzę jak głupia na to i czytam, jednocześnie wysyłając koledze ginekologowi, i Haremu, który wiem, że jedzie z moim Tomkiem z Warszawy. Hary wysyła ostrożną odpowiedź, przecież nie jest ginekologiem, Tomek pisze –„ nie świrujcie!”. My eksplodujemy radością i nadzieją! Zanim mi Gosia powie, by  jeszcze nie mówić nikomu, biegnę z wynikiem do pani Basi, Mili trenerki, przecież urodziła dzieci to wie! Ważne jest, by w takim momencie móc się z kimś ucieszyć. Pani Basia kocha dzieci i rozumie szczęście, jakie daje taka wiadomość. Potrzebuję, by mi potwierdziła to, co widzę. W stresie nawet jak widzisz, to nie widzisz. Gdy na czymś za bardzo Ci zależy, to nie wierzysz, że umiesz czytać ze zrozumieniem. No i ja w ogóle nie umiem trzymać emocji, zwłaszcza radosnych. Chcę uściskać wszystkich ludzi. Chcę, żeby cały świat się cieszył ze mną. Dobija mnie, że nie mogę być tam z moją siostrą, w może najważniejszym dniu w jej życiu, odebrać jej trochę tego napięcia. Niby sama jestem kłębkiem nerwów w tej sytuacji, no ale byłoby lepiej cieszyć się, patrząc sobie w oczy i przeżywać to razem. Co dwa kłębki to nie jeden! Smutek w parze się dzieli, a radość mnoży. No ale jesteśmy 300 km od siebie, ona w Warszawie ja w Krakowie. Telefon musi wystarczyć.

Gosia idzie jednak do apteki. Kupuje test ciążowy. Właściwie dwa, bo gdy już wychodzi, farmaceutka mówi, żeby dla pewności zrobić rano. Kto by wytrzymał do rana?! Zrobi zaraz i rano powtórzy…Jakby co. Tego dnia zaczyna się wieczny niepokój.

Na razie jest szalona radość. Dwie różowe kreski –  Gosia wysyła zdjęcie na Rodzinnej Grupie Wsparcia!

Na razie wiemy tylko, że mała kropka we wszechświecie znalazła drogę do macicy mojej siostry i na razie wygląda na to, że jej tam wygodnie. Za kilka dni trzeba powtórzyć badanie.

(…)

20. marca

Rano – drugie badanie Beta HCG zrobione. Wszyscy udajemy, że angażujemy się w swoje codzienne obowiązki.

Wieczorem: Juppi! – 5 TYSIĘCY 5 SET 8 DZIESIĄT 4!!!

(…)

Wieczorem rozmawiamy o tym, że trzeba sobie pozwolić na radość! Mówi, że ta rozmowa przynosi jej ulgę w emocjach. (…)

Wiem czym jest czekanie na ciążę. Znam wieczne robienie badań i sprawdzanie wyników. I znam gorzki smak rozczarowania. Doświadczałam latami emocjonalnego roller coastera. Znam uczucie totalnego rozpierdolu w głowie, gdy kolejny miesiąc dostajesz okres, chociaż już było wszystko: wakacje, seks po winie, robienie „świecy” w środku nocy. Bezpłodność jest przeklętym stanem. Tak jak ciąża błogosławionym – duchowym sacrum, którym wolno i trzeba się napawać i cieszyć. Od samego początku!

(…)

21. marca

Nów księżyca. Moment na wspierającą afirmację rozwoju. Wszystkiego nam dobrego, we wszystkich wymiarach!

23. marca

Kolejne badanie krwi jutro rano. Gosia pisze, że się bardzo stresuje.

Postanawiam pojechać jutro do Warszawy. Planowałam w niedzielę, bo są Gosi urodziny. Na niedzielę planujemy też z Dagmarą niespodziankę. Nieoczekiwanie spędzę z nią czas od piątkowego wieczoru.

24. marca

Cieszę się jak dziecko na Boże Narodzenie! Piszę – Gośka, trzymaj się! Jadę do Ciebie pociągiem po 15. Potem zadzwonię.

Jadę, na giełdę kwiatową po urodzinowe tulipany. Sprzątam dom, żeby nie było, że zostawiam po sobie lej po bombie, nagle wyjeżdżając. Nawet robię moim kotlety mielone. Kupuję ziemniaki – sami ugotują. Dadzą radę, ja osiągnęłam już wyżyny praktyczności. Jeszcze w pociągu dowiaduję się, że Beta HCG 14 tysięcy!!!! Boże, ale jest dzielna, że sama sprawdziła. Oszczędza mi tym samym stan przedzawałowy.

Bardzo się cieszymy z mojego przyjazdu. Patrzę na moją piękną siostrę i choć niby nic nie widać, ja widzę i czuję, że jest jakaś inna, świetlista. Będzie najwspanialszą mamą.

Cieszy się z kwiatów. Wybrałam najpiękniejsze pomarańczowo zielone tulipany papuzie.

(…)

30. marca

Pierwsze USG. Dziecko ma jakieś 4 milimetry i jest całe pulsującym serduszkiem, którego jeszcze nie słychać, ale widać na ekranie jako tworzący się układ krwionośny. Widać pulsujące życie.

Myślę o tym pływając w basenie. To jest pierwszy moment, w którym doświadczam cienia smutku, że nie widziałam mojej Mili na tym etapie. Jednak za chwilę dociera do mnie, że to jest czysta magia, że tak jak Julek dla Gosi zaczyna się od serca, tak i dla nas zaczęła się Mila! Pamiętam przecież nasze pierwsze spotkanie, kiedy rozum oszalał jak wskazówka zepsutego kompasu. Nie znajdował słów i pojęć na opisanie tego, czego doświadczaliśmy. Uratowało nas wsłuchanie się w głos serca. Najpierw uspokoiło skołatane myśli, potem przesłało do mózgu sygnał szalonej radości, wreszcie zabiło fanfarami miłości. Wiedzieliśmy, że jest nasza, tylko dzięki temu pulsującemu organowi.

Dziś postanawiam, że ten dziennik będzie darem serca ode mnie dla mojej siostry i wyrazem miłości dla naszych dzieci.

31. marca.

Nic nie możemy zrobić. Można siedzieć i czekać. Można co chwilę wyrzucać z siebie radosne okrzyki, śmiać się jak głupi do sera, no bo zaczęło się coś absolutnie wyjątkowego. Czekamy na dziecko, na nowe życie! Oczywiście Tomek jest zdania, że nie wolno się jeszcze cieszyć. Ale nie umie powiedzieć, kiedy, jego zdaniem, następuje ten moment, gdy już wolno. No bo teoretycznie przecież dopiero za 8 miesięcy, po pierwszym oddechu, po przeliczeniu dziesięciu palców u rączek i stóp. Zagrożenie, że coś pójdzie nie tak jest ciągle. Jestem zdania, a raczej takiej konstrukcji psychicznej, że nie wolno o tym tak myśleć. Projektuję najlepsze!

(…)

4. kwietnia

Martwię się Borysem, który dużo szczeka. Mówię Gosi, że musimy wziąć behawiorystę, który go tego szczekania oduczy, bo dziecko ogłuchnie. Gosia mówi, że ciągle o tym myśli i postanowiła, że nawet nie spotka dziecka z Borysem. No ale jak?! Przecież nie położymy go koło psa, ani na podłodze, żeby koło niego chodził, ale zachowajmy jakiś rozsądek!… Gosia mówi, że jej się ostatnio śniło, że Borys odgryzł dziecku twarz! Ja rozumiem. Też miewam myśli paranoiczne. Musimy się tym zająć. To jest przecież nasz ukochany pies. Tylko trochę nerwowy. Zachowamy spokój i wszystko się ułoży.

(…) Czekam na USG. Zaraz wszystko będzie wiadomo. (…) Dziś nie wytrzymuję napięcia. Krążę wokół przychodni. Pół godziny to strasznie długo! Gosia pierwszym spojrzeniem, zanim cokolwiek powie, daje mi znać, że serce dziecka bije. Słuchamy nagrania. Brzmi jakby sąsiad stukał młotkiem w ścianę, ale widać też wykres bijącego serca. Na zdjęciu Julek jest plamką z dwiema rączkami, dwiema nogami i wielkim okiem. Ma prawie 2 cm. Jest naszym żywym cudem! W fazie fasolki. Gosia mówi, że wygląda bardziej jak jaszczurka, ale to najpiękniejsza jaszczurka świata. Czuję ogromną wdzięczność do Wszechświata za te piękne i dobre chwile.

(…)

Czytam „Frymografię” Bogdana Frymorgena. Wspaniała lektura o tajemnicy fotografowania, ale nie o jego technicznych tajnikach, lecz o formie i treści, o jej sile przekazu, sile oddziaływania na fotografowanego, fotografującego i na odbiorcę. Autor wiele rozważań poświęca fotografii dzieci, także jego własnych. Widać w nich czułość, uważność i szacunek. Piękny jest fragment o rodzicielskim strachu. Syn autora przed czarną szczeliną. On nie wie, co tam jest, stoi za synem i nie wie, czy on się boi. Dla ojca szczelina staje się „sumą wszystkich strachów”.

Frymorgen pisze: „Od początku świata towarzyszy rodzicom – z jednej strony czyhające na dzieci niebezpieczeństwa, z drugiej ich niepohamowana ciekawość świata. I ta ryzykowna tajemnica pomiędzy, która, jeśli nie zostanie zgłębiona, może sparaliżować życie”.

Piękna i ważna refleksja.

(…)

20 maja

Jedziemy z Milą ze stajni i postanawiamy wpaść do sklepu po ubranka dla dzidziusia. Wybieramy niby trochę chłopięce, zważając na ich neutralność. Przecież niczego nie wiemy na sto procent.

Mamy mega frajdę. Mila się trochę wstydzi matki wariatki co piszczy w sklepie nad śpioszkami, ale widzę, że też jej to sprawia radość i wybiera śliczne śpioszki z krokodylami.

W drodze znów „przestraja” jej się w głowie i mówi: „teraz babcia będzie prawdziwą babcią, bo ja jestem adoptowana”. Staram się w takich chwilach nie dramatyzować. Mówię spokojnie, co czuję, jak bardzo wszyscy ją kochamy i że nie można być bardziej córką i wnuczką niż ona jest dla nas. Opowiadam, jak strasznie się na nią cieszyliśmy, jak tata pojechał zaraz do sklepu po pracy i kupił dla niej tę pierwszą żyrafkę, chociaż jej jeszcze nie widział, tylko wiedział, że pojawi się w naszym życiu. Też tak świrowaliśmy przy ubrankach, rozczulaliśmy się nad spódniczką z falbanką i nad żółtymi spodenkami i tenisówkami w stokrotki, po Poli, które przywiozła ciocia Kasia w kilka dni po przyjściu Mili do domu.

Rozczula mnie to wspomnienie. Moje wieczne Mili noszenie i spanie na podłodze przy jej łóżeczku i pierwsze poranne tulenie i te niezliczone spacery i oglądanie „Doktora House`a” w czasie jej popołudniowych drzemek w grudniu 2010 roku.

Pamiętam też rozstrzał emocji, to pragnienie, by wszystko zrobić jak najlepiej, to mierzenie się z własnymi myślami i wyobrażeniami, uleganie cudzym opiniom, wbrew własnej intuicji, potem wyrzuty sumienia. Wieczne szukanie potwierdzenia, że daję radę, że jestem matką, to wiem, czuję, przede wszystkim kocham, muszę – imperatywnie i atawistycznie – chronić. Z mojego doświadczenia wynika, że nie rodzisz tego uczucia biologicznie, fizycznie, ono się pojawia wraz z przyjęciem roli matki. Nic nas z Tomkiem nigdy wcześniej tak silnie nie dzieliło, jak to ziszczone marzenie. Byliśmy o nie zazdrośni i zachłanni, każdy chciał dać wszystko i najlepsze. Graliśmy przeciwko sobie, choć w jednej drużynie. Pragnęliśmy jej razem, pragnęliśmy być w tym razem, jednocześnie jedno drugie krytykowało. Krytyka jest raniąca w takim układzie i dla krytykowanego i dla krytykującego. Rodzi się nagle i z niczego. Nade wszystko chcemy się zgadzać, razem cieszyć i być jednością, ale gdy to po ludzku kuleje, jawi się jako straszliwy dramat.

Nie wiem czy da się przez ten okres przejść suchą stopą. Dziecko zmienia wszystko i wnika najgłębiej. Chyba nie ma szans być tym samym, co „przed dzieckiem”, człowiekiem.

Z czasem jednak te pierwsze emocje łagodnieją. Opada pył bitewny, uczucia krzepną. Dajemy sobie wytchnienie. Nawet w obliczu problemów – wokół nas ocean szczęśliwości. Z niego płynie ukojenie w niewiedzy, niepewności, wszelkim żalu i złości. Dziecko jest szczęściem, nawet jak cię akurat wkurza. Czasem jest to jedyna pewność. Jedyna myśl, która daje oparcie. Jako prawda jest nie do podważenia.

Dziecko Gosi urodzi się w listopadzie. W grudniu będzie kolejne nasze najpiękniejsze Boże Narodzenie.

Tymczasem nasza rodzina wkroczyła w drugi trymestr ciąży. Jesteśmy szczęśliwi, podekscytowani. Przyszła mama mierzy się z różnymi emocjami. Jest ciągle głodna, wygląda kwitnąco i bez wątpienia ma wyraźny ciążowy brzuszek, który już nie pozwala dopiąć spodni.

(…)

21. maja

Drugi trymestr ciąży: 14. tydzień

Rozczula mnie myśl, że ono ziewa, wysuwa język, ssie palec i – hit tego tygodnia – marszczy czoło! Cała gama emocji!

(…)Sprawa macierzyństwa jest wyjątkowa. Niesie wiele znaków zapytania, wiele trudnych emocji, wiele wątpliwości. Macierzyństwo nie może być bezrefleksyjne. Jednak nie może być też widziane jak piętno czy obciążenie. Gdy o tym mowa, mogę powiedzieć jednoznacznie, że jest najpiękniejszym, co mnie w życiu spotkało. Wiem, że będzie też najwspanialszym doświadczeniem dla mojej siostry, jednoznacznym spełnieniem marzeń. Ale chyba już zawsze będę poddawać siebie w wątpliwość, w emocjach obawiać się, że nie dam rady. Gosia jest inna. Troskliwa i zrównoważona. Mam nadzieję i życzę jej z całego serca, by nie miała tylu dylematów,  by po prostu była sobą, robiła swoje. Będzie wtedy najlepszą z matek.

Ale mam wątpliwości dotyczące pisania tego dziennika. Bardzo się cieszyłam, gdy skończyłam pierwszy zeszyt. Udało mi się zaplanować dokładnie tyle tekstu, że uzupełniając go kilkoma zdjęciami, zamknęłam go dokładnie z końcem 1. trymestru. Wydawało mi się, że to będzie dla Gosi super pamiątka. Trochę też dla nas wszystkich. Taki ślad głębokiego uczestnictwa w czymś niezmiernie dla nas ważnym. Ale nie wiem, czy umiem utrzymać ten zapał i – przede wszystkim – czy mam coś ciekawego do napisania, no i czy Gosi się to spodoba, czy uzna to za wartościowe. Tak mam, że rzadko kończę projekty długoterminowe. Dręczą mnie wątpliwości, że jest to niewystarczająco ciekawe i, przez to, nie wiem, czy potrzebne.

(…)

24.czerwca

Nie do wiary! Ale u nas w domu jest mysz. Maluteńka. Wyleciała mi z kartonów, które wyciągnęłam z komórki, żeby rozdrobnić i zdjąć z nich folię. Tomek zawsze wrzuca kartony w całości i ja je wyrzucam, a wcześniej rozkładam. I teraz nawet nie wiem, w folii chyba była, czmychnęła pod meble kuchenne.

Zaglądnęliśmy wszędzie, zdjęliśmy cokoły, odkurzyłam i umyłam – nomen omen – w mysiej dziurze i nic. Ani śladu. Tomek poszedł po butelkę plastikową, żeby zrobić pułapkę. Przyszła sąsiadka z kotem Marianem, ale totalnie nie wiedział co robić. Cała kuchnia lśni, a myszy ani śladu. Zostawiliśmy serek na kartonie, żeby zobaczyć czy w nocy zje, to będzie test, czy w ogóle tu jest jeszcze. Cholera no i nie wiem, co robić z Gosią, która jutro wraca. Jak jej powiem, będzie się bała spać, jak nie powiem, a  przypadkiem ją zobaczy, to się wystraszy. Jutro rano zamontujemy łapki i wyjdziemy z domu, może się złapie i będzie po sprawie. Kurdelebele! Co za historia!

Już mamy wszędzie kule na mole, bo ciągle latają i nie wiadomo, skąd się biorą. Teraz rozłożyłam waciki nasączone octem jabłkowy, których myszy mają podobno nie lubić.

No nic. Jestem skatowana tym sprzątaniem. Mam nadzieję, że jutro się sytuacja wyjaśni.

(…)

To wyszło dość spontanicznie. Bardzo chciałam iść, ale Gosia mówi, że lekarka nie wpuści nas z Adamem. Rozumiem to. Ojciec jest ważniejszy niż ciotka. No ale potem jadę z Gosią po materiał na nasze krzesła i Adam dzwoni i mówi, że on już widział dziecko na USG i jeśli ja tak bardzo chcę zobaczyć, to mogę iść. Jestem wniebowzięta. Trochę się śmiejemy, że to chyba dlatego, że Adam się strasznie boi patrzeć na te badania. Oczywiście mam zrobić filmik, no bo jest ciekawy.

Notabene w ogóle faceci chyba się bardziej boją, bo kiedy pytam następnego dnia Tomka czy widział film, on mówi, że widział zdjęcia i to mu wystarczy…nie mogę w to uwierzyć, ale naprawdę się boi, mówi, że nie chce się nastawiać, że boi się cieszyć, ale sądzę, że to jest coś głębszego. Najpierw mnie to denerwuje, że jak to?! Nie chce zobaczyć?! Jak można nie chcieć zobaczyć czegoś tak spektakularnego?! Potem sobie trochę robimy żarty – siedzimy przy kolacji i Tomek mówi do Mili, że dobrze, że ona nie była u mnie w brzuchu, bo by musiał cały czas oglądać USG…a potem, czy my w ogóle z Gosią nie umiemy o niczym innym rozmawiać? A to jakoś tak wychodzi. Sprawy ciąży, jej samopoczucia, Julka kondycji, badań przyszłych i przeszłych, to wszystko nas zajmuje bez ustanku – Tomek z Milą się śmieją, my w sumie też. Lecą heheszki – że obejrzyjmy sobie jakiś film! No dobra, mówi Tomek, poszukam na netflixie. Na to ja – Nie! Nie trzeba, mam tu w telefonie filmik z USG! Ha ha. Ale potem dociera do mnie, że może to jest coś innego. Może jemu jest trochę przykro właśnie, że Mili nie widział od początku. A może się boi to dziecko Gosi za bardzo pokochać. Bo on jest rozsądny – bo co, jakby coś się mu stało, pęknie nam serce! Więc lepiej się nie ekscytować. Ale tak się nie da. To dziecko już jest członkiem naszej rodziny. To jest Julek, syn Gosi. Nie oddycha powietrzem, ale jest w pełni wykształconym człowieczkiem. Po co się bać nadmiernie? On już jest! Bo nawet jakby coś mu się stało, to medycyna umie go uratować w brzuchu matki. Ma najlepszą opiekę, jest stale pod kontrolą. Jest. Trzeba się nim cieszyć. Ta miłość nikomu niczego nie zabiera. Nie da się kochać mniej dziecka urodzonego, kochają nienarodzone. Jest dla niego miejsce w moim sercu.

A że się ekscytuję?! On na mnie spojrzał z głębi brzucha! Normalnie otworzył oko podczas badania. Widziałyśmy jego kręgosłup, jego stópki, jego ręce. Rozkładał palce dłoni, jakby do nas machał, albo jakby się przeciągał. Widziałyśmy piąstki przy twarzy i piąstki przy stopach. Słyszałyśmy bicie serca i widziałyśmy prawidłową pracę zastawek i krew przepływającą przez komory serca. Dwie nerki, żołądek, mózg. Gosia go już czuje, wie gdzie leży, czasem ją lekko kopnie. Ja słyszę tylko bulgotanie wód płodowych przez stetoskop. Ten obraz z wnętrza mnie zahipnotyzował. Gdy jeszcze siedziałyśmy w poczekalni byłam bardzo zdenerwowana i wzruszona. Bałam się, że się rozbeczę w środku. Gosia też mnie prosiła, żeby tam nie robić cyrku. Ale nie ma tam przestrzeni na rozklejanie się. Zresztą to jest coś tak fascynującego i radosnego, a ręce mi zesztywniały od trzymania telefonu w powietrzu przez prawie 20 minut. Musiałam je sztywno trzymać, żeby móc ponad telefonem patrzeć na monitor. Bałam się cokolwiek przegapić. Lekarka nam wszystko spokojnie tłumaczyła. To było miłe bardzo. Chociaż na początku nic tego nie zapowiadało. Niby pozwoliła mi wejść, ale nie była zachwycona pomysłem nagrywania, tym, że zarejestruję jej głos. Zapewniłam ją jednak, że to jest tylko dla nas. Byłam jej bardzo wdzięczna, że się udało. Mówiła bardzo spokojnie, serdecznie i rzeczowo.

Juleczek waży 470 gram. Mierzy pewnie z 20 cm, chociaż tego już się nie da tak zmierzyć w macicy. Ma 21 tygodni i 1 – wg. tego badania 4 – dni.

Znowu pojawił się temat zagrożenia cukrzycą ciążową.

Ja, jak głupia, zupełnie przeciw-racjonalnie kupiłam po wyjściu ciastka na wieczór!

Czuję mega radość!

(…)

W wiadomościach mówią o sukcesie polskich chirurgów, którzy wycięli 5 tygodniowemu dziecku guza nadnerczy. Do operacji wykorzystano wirtualne okulary.

Dlatego tak ważne są regularne badania. Medycyna dziś dużo może.

Dzisiaj wieczorem jest też historyczny moment dla polskiej siatkówki. Kobieca drużyna zdobywa brązowy medal w Lidze Narodów, po raz pierwszy od 55 lat w dużym międzynarodowym turnieju.

Może to znak przeznaczenia dla Julka, który będzie przecież wysokim chłopcem. Może siatkarzem? (co by nawet było chyba po dziadku ze strony taty😊)

(…)

20 sierpnia

Gosia donosi, że urodziny Marcina bardzo się udały. Pisze mi, że wszyscy ją znali i dużo o niej wiedzieli😊 – taki przytyk do mnie, że wszystkim opowiedziałam o jej wyjątkowym stanie.

Kolega ją pyta, czy już wszystko robi w liczbie mnogiej. No raczej! Jemy, idziemy spać, etc. Nawet jak ma ochotę na lody, to potem podkreśla, że Julkowi smakowały, bo fika. Ciało w ciele i psychika nie do oddzielenia od dziecka w sobie. Zwłaszcza teraz, kiedy już jest tak duży, że widzi go jako konkretne dziecko, niemal jego rysy twarzy, nie da się nawet na sekundę zapomnieć i pomyśleć o sobie „ja”.  „My” jest bardziej naturalne, wręcz automatyczne. Jest z nią złączony, więc póki się nie oddzieli fizycznie, nie ma jej poza nim.

W Budapeszcie dowiadujemy się, że przychodzi na świat wnuczka przyjaciół. Zachwycamy się nią na wysyłanych cały czas zdjęciach i filmikach. Historia się powtarza – znów jakiś makabryczny, ponad 20 godzinny poród, zakończony cesarką.

Po cesarskim cięciu, dziecka nie mogą położyć matce na piersi, więc kładą na twarzy i szyi. Gosia mówi, że to super, że od razu dostaje buziaczki.

(…)

22. sierpnia

Dziś są 15. Urodziny naszej Mili. Wyzwala to masę emocji – naszych i jej. Przypominam sobie moją małą Milę – Lilę, moją Kitty tańczącą i śpiewającą i wiem, że to jest dzień, w którym w sposób symboliczny kończy się jej dzieciństwo. Od dziś jest dla mnie młodzieżą. Licealistką, której życzę pięknych marzeń i konsekwencji w dążeniu do ich spełniania. Życzę mojej wspaniałej córce, by dawała sobie prawo do pragnień i by wierzyła w swoje możliwości. By jednocześnie czuła i wiedziała, że zawsze stoimy za nią, że może na nas liczyć.

(…)

23. sierpnia

Gosia była dziś na drugim badaniu echa serca. Wszystko jest jak najlepiej. Wszystko jest idealnie zasklepione, a serce działa prawidłowo. Julek waży 1200 g. Wczoraj rozpoczął się 27. tydzień, czyli 7 miesiąc. Oficjalny początek 3. trymestru ciąży. Julek zmienił pozycję, już nie leży w pionie, a po skosie i pleckami do zewnętrznej ściany macicy, dupką wypycha brzuch. Gosia mówi, że tak właśnie odczuwa jego położenie i ruchy. 

Raczej nie ma zagrożenia przedwczesnym porodem.

Serce rośnie! Tak się cieszę. Za każdym razem, gdy są nowe wieści z wnętrza brzucha, czuję jak rozpuszcza się napięcie, z którego sobie nie zdawałam sprawy. Znowu jest takie wielkie uff, krótki moment bez lęków i wątpliwości. 29. sierpnia

Śni mi się, że urodził się Julek wielkości Tomcia Palucha, nie było to dziwne, chociaż wiedzieliśmy, że jest malutki. Nosiłam go na piersi pod plastikowym kubeczkiem z wentylkiem i pytałam ludzi, czy trzeba mu tam napuszczać powietrza.

Oprócz tego śni mi się, że nie umiem znaleźć maila od klienta i nie wiem gdzie zaczynam pracę. Przeszukuję telefon i komputer, a czas mija. Jestem spóźniona i zdenerwowana.

Dodatkowo przyjeżdża nasz wujek Ryszard z Niemiec z grupą archiwistów, z którymi mamy przeanalizować dokumenty rodzinne!

Obłędna ilość wątków w tych snach jednej nocy sprawia, że budzę się zmęczona i połamana.

(…)

Zaczęły się duże, okrężne, wypychające ruchy dziecka. Nie jest już stworzeniem wielkości owocu pływającym w wodach płodowych, a dzieckiem wypełniającym sobą całą przestrzeń macicy. Nie wiem ile jeszcze urośnie Gosi brzuch, dziecko jeszcze, co najmniej dwu – oby trzykrotnie. Najaktywniejszy jest wieczorem. Chociaż Gosia czuje go cały czas. Nie możemy z zewnątrz zarejestrować jego ruchów. Kiedy Gosia tylko odkrywa brzuch, on zamiera. Kopnął mnie kilka razy, gdy przyłożyłam do brzucha dłoń lub stetoskop, ale Gosia mówi, że  w ukryciu wyczynia istne harce. Ma wrażenie, że tak jak my na zewnątrz zastygamy wpatrzeni w brzuch, w oczekiwaniu na jakiś ruch ze środka, tak Julek wpatruje się w ścianę brzucha i wyczekuje w bezruchu, aż znikniemy. Może widzi nasz cień, wyczuwa emocje, odczuwa zmianę temperatury na powierzchni skóry i tego nie rozumie, więc zastyga w napięciu.

(…)

31. sierpnia

Powoli kończy się lato. Jest pełnia księżyca w Pannie, co oznacza powrót do uporządkowania i kojących rytuałów. Ja znów planuję regularne ćwiczenia, w związku z czym poszłam na pilates i na basen. Ciągle czekam na decyzję o przyjęciu na kurs pisania. Planuję dwa eseje, o działce i o ciele. Dwa tematy, które nie mogą wyjść z fazy szkiców, ale to pewnie też przez to, że czekam na ważne dla mnie decyzje i nie mogę zebrać myśli w innych sprawach. Nie opuszcza mnie chaos myśli, poczucie, że zbyt wiele czasu tracę, oddaję się niepotrzebnym drobiazgom. Czuję, że za bardzo żyję codziennymi sprawami, za mało – zdecydowanie niewystarczająco – rozwojowymi i wspierającymi to, na czym mi zależy.

Ale dzisiejszy dzień jest dobry. Z powodu tych ćwiczeń, przede wszystkim.

Z Gosią poszłyśmy na targ po warzywa i będziemy robić leczo do słoików. W życiu bym sama tego nie ogarnęła. Gosia robi też ogórki – już zupełnie nie moja bajka.

Szyje też dla mnie sukienkę. Taką codzienną, z dżerseju. Ugotowała obiad, kiedy ja poszłam do kosmetyczki. Na szczęście ja rano poodkurzałam i posprzątałam kuchnię, bo miałabym wyrzuty sumienia, że ona tyle ogarnia.

Wczoraj byłyśmy jeszcze wieczorem na lodach i z Milą po buty do sukienki. Wieczorem padłyśmy jak kawki. Mi się chyba udziela Gosi zmęczenie. Wymyśliłam dziś, że może suplementuję magnez, ale brak mi witaminy B12, dlatego jestem słaba i źle śpię.

Gosia też dziś nie za dobrze spała. Mówi, że jednak wczorajsza wizyta u lekarza ją trochę rozstroiła i martwi się – oczywiście! – tą pępowiną. Więc analizuje wszystkie wcześniejsze badania. Durna ja, że się wczoraj popłakałam przy tym niefortunnym zdjęciu. Zasiałam w niej niepokój.

(…)

8. września

Nasza rodzina powiększyła się o pięknego wałacha Alarma. Jest prawdziwym końskim cudem o smukłych nogach i wspaniałej, lśniącej, jakby przydymionej, głęboko brązowej maści. Oficjalnie to się nazywa maść gniada, ale mi osobiście podoba się przydymiony głęboki brąz.

Pojechaliśmy wszyscy go przywitać.

(…)

29. września

Wczorajsze rozmowy o kangurowaniu i prawidłowym noszeniu dziecka zaowocowały trochę kontrproduktywnie. Budzę się z uczuciem niepokoju, że to jest bardzo trudne, że dziecko jest tak kruche, można mu łatwo zrobić krzywdę, że skąd ja będę wiedzieć, jak go trzymać. Chciałabym bardzo, a jednocześnie okropnie się boję.

Inna rzecz, która mnie prześladuje, to mój wyjazd do Albanii w październiku. Z jednej strony ogromnie się cieszę na te kilka dni z dziewczynami, na kąpiel w morzu, górskie wędrówki, Jogę z Olgą; z drugiej strony drżę, że Gosia urodzi, jak mnie nie będzie. Chociaż teoretycznie zostaną jeszcze 3 tygodnie od mojego powrotu do planowanego terminu porodu.

Gosi noc też niespokojna. Budzi się z pięć razy na siku. Śni absurdalne sny: ktoś wrzuca uciętą głowę Marcina do naszego ogrodu, następnie głowę Bartka. Ania, z którą wczoraj rozmawiałyśmy o kangurowaniu we śnie jest szamanką – gotuje te głowy w wielkim garze. Jednocześnie Gosia rozmawia z Bartkiem przez telefon, mówi – „to jest niesamowite, ona robi z twojej głowy taką piękną maskę”.

Poszła do lekarza. Nie ma zdjęć, ale widziała Julka, jego oczy i twarz i usteczka, którymi jakby łapał powietrze. Leży głową do góry, na boczku. Lekarka mówi, że jego aktywność wskazuje na to, że chyba będzie ruchliwym, aktywnym dzieckiem.

(…)

5. Października

Dzisiaj jest przepiękny dzień, na który wcale nie liczyłam, bo miałam zaplanowane mycie mojej kolekcji wazonów, a na 13.00 oprowadzanie w muzeum. Gosia podeszła rano i powiedziała, że jeśli bym chciała, to mogę jej towarzyszyć przy badaniu. Zdecydowałam się zostawić wazony i była to najlepsza decyzja ever, złapanie chwili, która się nie powtórzy! Juleczek waży 2 kg, leży głową w dół, zwrócony do wnętrza brzucha i jest niewiarygodnie piękny. Cudowna lekarka dokonywała istnej ekwilibrystyki głowicą Aparatu USG, żeby nam go pokazać. Widziałyśmy idealne kości rączki, udową, cały równiutki kręgosłup i twarz!!! Słyszałyśmy serce. Jest to niewymownie piękne i wzruszające. Gosia mówi, że cieszy się, że z nią byłam, bo nie umiałaby mi tego opowiedzieć, jakie to jest wspaniałe. Rzeczywiście, mnie też brakuje słów. Są w tym wszystkie emocje – przede wszystkim ogromne wzruszenie, radość, ulga, że znów widzimy go całego i zdrowego, ogromna czułość wobec tej małej istoty, mojego siostrzeńca. Przepełnia mnie wdzięczność i rozsadza wprost miłość. Do niego i do mojej siostry.

(…)

6. listopada

Leżę chora! Naprawdę! Dwa dni przed rozwiązaniem, na które czekam najbardziej na świecie. Pokonały mnie emocje. Jestem nadwrażliwa i czuję się niezrozumiana. Nie przez wszystkich, nie przez tych, na których najbardziej mi zależy, ale przez niektórych tak. Wzbiera to we mnie czasem gniewem i buntem. Także buntem ciała, które choruje. Dzisiaj to jest w sumie bzdura. Bolesne gardło – zrobiłam test na grypę i covid, więc wiem, że to nic więcej jak infekcja gardła. Ale gardło pada, gdy nie można wyrazić siebie. Gardło to serce duszy.

Czasem za bardzo mi zależy. Czasem zderzam się z niezrozumieniem, brzydotą i głupotą i wszystko to chłonę za bardzo i przejmuję na siebie i bardzo mi z tym źle.

Ale się nie poddaję. Skoro wiem, że to jest ból duszy, a nie fizyczny wirus, który panuje nad moim ciałem, opanuję to.

Dziś rano jeszcze było mi strasznie smutno, że nie pójdę do Mamy z życzeniami z okazji urodzin, że nie mogę towarzyszyć Gosi u położnej i pójść z nią na ostatni przed rozwiązaniem obiad.  

Ale widać ciało każe mi zwolnić, wziąć oddech, zadbać o siebie, wyspać się, napoić gorącą wodą z cytryną, miodem, imbirem i kurkumą i po prostu zregenerować umysł i ciało.

Moja siostra to dokładnie rozumie.

Była u położnej i pisze o niej, że to wspaniała, starsza kobieta, która bardzo ją uspokoiła, kazała leżeć, słuchać muzyki, rozmawiać z dzieckiem, myśleć pozytywnie i nie bać się cesarki. Potem tulić dziecko i niczym się nie martwić.

Takie proste rzeczy. Ale, co można zrobić innego, gdy spełnia się najskrytsze marzenie, jak utulić je, utulić w nim siebie, być tu i teraz w spokoju i z ufnością. Kiedy w dążeniu do niego zrobiło się wszystko jak najlepiej, wszystko, co w ludzkiej mocy – teraz i można i trzeba się tym tylko sycić i pozwolić sobie na szczęście.

(…)

6. listopada, wieczorem

Dzwonią ze szpitala, żeby przyjechać jutro!!! Gosia pisze: „ Julek będzie jutro!”

Niby to tylko dzień różnicy, bo poród był planowany na 8. listopada, ale ta wiadomość spada na nas jak grom z jasnego nieba! Jest dokładnie tak jak w życiu jest. Rzeczy dzieją się wtedy, kiedy jest ich czas. Trzeba to przyjąć z wdzięcznością i ufnością, jako coś najlepszego.

Kiedy w lipcu 2010 roku adoptowaliśmy naszą córkę, niewyobrażalnie szczęśliwa pisałam do wszystkich znajomych:

„Nareszcie możemy podzielić się z Wami najwspanialszą informacją, jaką przyszło nam dotąd w życiu przekazać! 1 lipca, zostaliśmy rodzicami.

Nasza córeczka nazywa się Mila Antonina, ma 22 miesiące, jest drobną niebieskooką istotką, która wniosła do naszego domu szczęście nie do opisania! Jest radosna, bardzo zwinna, pięknie tańczy i śpiewa (ze śpiewem budzi się rano!), wszystkim się interesuje, mówi pojedyncze słowa, przede wszystkim: mama i tata. Uwielbia kwiatki, koniki na rynku oraz oczywiście paskudne gołębie. Bez problemów zasypia w swoim łóżeczku, w południe i wieczorem, chętnie słucha opowieści o Kubusiu Puchatku; nie za bardzo grymasi przy jedzeniu, próbuje, z dużym powodzeniem, jeść samodzielnie. Potrafi wejść sama po schodach na 3. pętro i włożyć prawidłowo buty. Jest cudowna pod każdym względem. Dla nas po prostu JEST. NARESZCIE.

Dzieciom adoptowanym tłumaczy się, dlaczego nie urodziła ich mama, która z nimi jest i je kocha nad życie, mówiąc, że dzieci przynoszą Anioły, które czasem się mylą i niektóre dzieci muszą dopiero zostać znalezione przez prawdziwych rodziców. Do niedawna myślałam, że to opowieść dla dzieci…dziś absolutnie wiem, że jest to prawda. Nie wiem, jak czuje się dziecko narodzone z siebie, ale ja czuję, że moje jest autentyczną częścią mnie, cudownie odnalezioną…”

W tamte dni była też z nami nasza rodzina. Moja siostra szczególnie mnie wspierała. Milę pokochała od pierwszego spojrzenia. Jest jej ukochaną ciocią, zawsze obecną w najważniejszych chwilach jej życia.

Jutro Gosia i Adam będą mieli Julka w ramionach. Jestem przeszczęśliwa i podekscytowana. Jestem też ogromnie wdzięczna, że mogłam przeżyć ten czas z Gosią, obecna w momentach dzikiej radości i czasem trudnych emocji. Kończę ten dziennik, który jest zapisem miłości do mojej siostry, do jej jeszcze nienarodzonego syna i do mojego dziecka. Mam nadzieję, że będzie dla Gosi pięknym prezentem, nad którym nieraz w przyszłości się uśmieje i uroni łzę wzruszenia. Jest tu dużo mnie. Ten tekst jest też zapisem moich myśli i emocji. Mam nadzieję jednak, że są one – mimo wszystko – tłem dla emocji i myśli mojej siostry, która jutro spełni swoje najgorętsze pragnie – przytuli swojego synka i – wiem to na pewno! – będzie najlepszą z matek.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *