Wzbudza zdziwienie, jakim cudem mieścił całą rodzinę – długiego, chudego tatę, pulchną mamę, 2 dziewczynki między drugim i piątym rokiem życia i średniego pudla, o czekoladowych lokach, nie wspominając bagażu, który leżał nam pod nogami, między nami i chyba zawsze z czymś dodatkowo przymocowanym do dachu.
Nasz „maluch” był czerwony. Tata pojechał po niego zimą 78` ze Szczyrku do Tychów, gdzie go wyprodukowano. W Szczyrku spędzaliśmy ferie zimowe – jedyne wspólne z tatą – po których zostanie wspomnienie małych plastikowych nart, na których zjeżdżam z mini górki, ciągnięta przez tatę za ręce i fiata 126 p, którym podjeżdża pod ośrodek wczasowy „Jontek”, w którym my z mamą i roczną siostrą machamy do niego z balkonu. Potem tata zachoruje. Zabierze mnie jeszcze na ostatnie badania do Krakowa, gdzie jadę na tylnym siedzeniu „malucha” bez poduszek powietrznych, bez dziecięcego fotelika i chyba nawet bez zapiętych pasów – bo pamiętam jak wychylam się do taty pijąc żółtą oranżadę w woreczku przez niebieską rurkę i tata mówi, żeby tego nie wyjawiać mamie.
Po śmierci taty, „malucha” trzeba było sprzedać, by spłacić długi jego leczenia i obniżyć koszty bieżącego życia. Jakiś czas jeszcze służył nam jednak, by w niedzielne popołudnie pojechać do rodziny cioci Jadzi, przyjaciółki mamy, która z nami zamieszkała. Jej rodzice mieli piekarnię na drugim końcu miasta, skąd zabierałyśmy wielki rumiany chleb, który jeszcze ciepły leżał na tylnej półce naszego Fiata, wypełniając obłędnym zapachem całe wnętrze.
Z tym zapachem będzie mi się już zawsze kojarzyć ten mały, niesamowicie pojemny samochodzik, kwintesencja dobrobytu szczęśliwej rodziny. Symbol stabilizacji i normalności.


