Miłość i wina.


Była moim lekarstwem. Antidotum na lęk i psią fobię. Idealna do przytulenia, miękka i łagodna. Cierpliwa. Nie zostawiała włosów nie niszczyła mebli, spała w naszych nogach i jadła z nami. Z talerzy. W ogóle nie pamiętam żadnych psich misek, ani specjalnej karmy. Jadła wszystko z nami, nawet czekoladę. Przybiegała na dźwięk otwierania szafki i szelest papierka. Była od zawsze, odeszła nagle, kiedy ostatecznie skończyło się moje dzieciństwo. Tuż przed moimi osiemnastymi urodzinami. Ona piętnastoletnia. Może żyłaby dłużej gdybym mogła się nią opiekować dzisiaj. Jednak wtedy ją porzuciłam. Nie umiałam inaczej. Panna księżniczka, ponoć, pępek świata. U progu dorosłości zastygła pod lawą egotyzmu. Walcząca z sobą i o siebie, zostawiłam ją w domu, w którym nie mogłam już mieszkać. Oddaliłam się emocjonalnie. Kiedy wróciłam, jej już nie było. Ja tego nawet nie zauważyłam. Wyparłam ją, odrzuciłam. Przecież wiem, stary pies umiera. Ale wiem też, że powinnam przy niej być. Do końca trzymać za łapy. Wtedy nie umiałam tego zrobić. Wolałam nie wiedzieć i nie chciałam o tym myśleć, że jest chora i odchodzi. Wiem, że jest pochowana w miejscu, którego nienawidzę.

Nie chcę tego, lecz to ciągle do mnie wraca, nawet nie w snach, lecz jawnie. Zatrzymuje mnie w chwili samozadowolenia. Jest jak piętno. Jeden moment, który przekreśla moją miłość do niej. Chociaż tej miłości nie umiem przywołać, bo nie pamiętam z tego czasu wielu uczuć, wiem, że musiałam ją kochać, że nosiłam ją na rękach i całowałam w pyszczek. Moją Dżejn, zwaną Dżenusią lub Dżenką, piękną czekoladową sunię średniego pudla. Wychowywała się z nami, bez tej uwagi, którą poświęcę moim psom w dorosłym życiu. Jak my, dzieci, samodzielna. Sama wychodziła na zewnątrz, biegała po osiedlu, leżała sobie w trawie. Tylko nie miała klucza na szyi. Jej zawdzięczam, że kocham wszystkie psy, pochylam się nad każdym, wszystkie potrzebuję przytulić i przypisuję im ludzkie cechy. Płaczę nad ich złym losem, wzruszam się dobrym. Wtedy myślę, że płaczę też za nią i staram się przypomnieć sobie jakieś kojące chwile z czasu, kiedy jesteśmy dziećmi, chodzimy prawie bez kontroli dorosłych, przesiadujemy na łące za domem, na której potem powstała szkoła. Ale nie przypomina mi się wiele dobrego, nie widzę w tym żadnej zabawy.  Zamartwiam się tym, że może nie była z nami szczęśliwa. Nie wiem, czy nie bardziej niż my nią, ona opiekowała się nami.

Dżejn jest na kilku zdjęciach. Tych najwcześniejszych, gdy jeszcze z tatą chodzimy w gości. Z chwil rodzinnej sielanki. Pamiętam ją nad morzem. Stoi między mną i siostrą nad zimnym i idealnie płaskim Bałtykiem, wczesnym rankiem, na który mama umówiła fotografa, by nas uwiecznił na pierwszych wakacjach bez taty. Jesteśmy same, ale dajemy radę. Tak to wygląda na zdjęciach. Dżejn z nami, zawsze przy nas, bez smyczy, łagodna i wierna, chociaż nikt jej szczególnie nie szkolił, niczego nie uczył.

Raz mi uciekła, bo miała cieczkę i biegała z bezpańskimi psami, nie mogąc się później od nich uwolnić. Pamiętam jak boję się podejść, krzyczę do niej  zapłakana, by wróciła. Dopiero sąsiad mi pomaga, brutalnie, pasem rozpędzając hordę, ona, brudna i śmierdząca, jeszcze dostaje ode mnie lanie, na które nie zasługuje. Bo to ja zawaliłam. Nieodpowiedzialna smarkula. Dla mojej pamięci nie ma znaczenia, że mam jakieś dziesięć lat. Nie przewiduję, co jej grozi, gdy wyjdzie bez opieki. Ten obraz obrzydliwego gwałtu na mojej suczce mnie prześladuje.

Więc, choć mam wobec niej dług wdzięczności za to miękkie futerko, dzięki któremu inne psy przestały być straszne, choć mam wiele ciepłych i tęsknych uczuć, wspomnienie tego czasu wiecznie mnie zasmuca, ciąży jak bryła lodu, bardziej w umyśle niż w sercu.

Wspomnienia są dla mnie bolesne. Nie mam w nich dla siebie litości. Niektórych spraw nie da się, innych nie wolno zwyczajnie wymazać. Żyję przecież z wiedzą – niewiedzą, że zabiłam psa. Bezmyślnością.

Mam wtedy trzynaście, może czternaście lat. Wiem, że nie był niczyj, choć biegł sam chodnikiem. Tak wtedy było. Psów się nie wyprowadzało na smyczy. Był jak moja Dżejn, tylko obcy. Dziś widzę go w każdym bezpańskim i samotnym, biegnącym ulicą. Tamten – miniaturka czarnego pudla. Słodziak. Biegnę do niego – hej mały! Chodź! No nie bój się, chodź! Chodź! – po raz trzeci, mimo, że ten się cofa, wyraźnie przestraszony. Biegnie bokiem, w tył. Po cholerę go gonię, skoro nie chce się bawić?! Nagle po prostu wpada pod nadjeżdżające auto. Słyszę skowyt. Nigdy się nie dowiem, co się zdarzyło. Przecież i tak wiem! Słyszę śmiech moich koleżanek. Widzę, że uciekają. Przez sekundę chcę zawrócić, ale biegnę za nimi, kobieta z dzieckiem w wózku woła pytająco: Ale, dziewczynki!? Ja tylko odkrzykuję, że nie wiem czyj to pies i uciekam za koleżankami. Głupie i bezmyślne! Nie tłumaczy nas wiek, ani szok. Nigdy ich potem nie zapytałam, dlaczego się śmiały. Nic więcej nie pamiętam. Kilka sekund mojego życia. Stopklatka. Udałam wtedy, że jej nie było. Nie wiem, czy udzielono mu pomocy, czy przeżył. Dla mnie umarł. Z nim ja „dobra i mądra”, dziewczynka niesprawiająca żadnych kłopotów. Widzę to często: uciekający piesek i ja z wyciągniętą ręką, i nagle znikąd auto, i ten straszny śmiech moich koleżanek  – wzorowych uczennic. I moja bezradność, i złamane serce. Rozumiem już, że czasu nigdy, przenigdy nie da się cofnąć.

Dziś wiem, że przez ponad trzydzieści lat nic nie zdołało wymazać ani poczucia winy, ani wstydu, że okazałam się tchórzem i nie umiałam ponieść odpowiedzialności. I nie chodzi o wypadek, którego nie zdołałam przewidzieć, lecz o ucieczkę – tak czuję – z miejsca zbrodni. I o to, że nie umiałam zrobić nic, by koleżankom ich durny śmiech uwiązł w gardle.

Do dziś  nikomu tego nie powiedziałam. Zawsze paraliżuje mnie widok samotnego psa u skraju drogi. Chcę każdego „uratować” przed tym, co mu grozi.

Może też dlatego Borys, nasz wielki kudłaty pies, 30 kilo nad-reaktywnego lękowca, urwanego z łańcucha, znalezionego w rowie, był moim przeznaczeniem. To, że go mamy wielkiego jak cielaka w naszym mieszkaniu bez ogrodu, w centrum dużego miasta, wbrew logice. To, że mieści się z nami na kanapie, w podróży zajmuje cały bagażnik, jest głośny i bywa bardzo trudny. Tak musi być. Jest to część naszego ludzko – psiego losu.

Borysek jest kopią Tupiego  – naszego pierwszego psa w dorosłym życiu – kopią w jego trzykrotnym powiększeniu. Mam zdjęcia psiego pyska, na których nie jestem pewna, na którego patrzę.  To mnie rozczula i każe porównywać te dwa odmienne psie światy.

Nie byłoby Boryska bez Tupiego. Borys nastał z rozpaczy. Nie da się znieść odejścia psa, pustych kątów, które po nim zostają, ciszy, która wlewa ci się do uszu, gdy wchodzisz do po-psiego domu. Mimo wad charakteru – gryzonia i uparciucha, które kładę na karb trudnego szczenięctwa i moich nieopanowanych lęków, którymi podsycałam jego demony, był jednym z najbardziej kochanych psów świata. Chodził z nami do kina i do restauracji, braliśmy go na narty i na towarzyskie spotkania. Z nostalgią wspominam jego ciche podróżowanie autem, gdy dziś Borys roznosi bagażnik. Czasem się na niego wkurzałam, pomstowałam i  przyrzekałam, że po nim znów – jak w dzieciństwie zrobili moi rodzice – kupię odczulającego moje lęki, szczeniaka. Lecz gdy umierał trwałam przy nim dnie i noce. Nie mogłam się z tym pogodzić. Bez nadziei, histeryczną terapią, próbowaliśmy go wydrzeć zaświatom. Ale on – zamroczony lekami – odchodził. Zanim odważyliśmy się wejść do weterynarza, usiedliśmy jeszcze na ławce, tuląc go na kolanach. Wtedy polizał łzy na moich policzkach. Wierzę, że to było jego świadome pożegnanie.

Tupi był mały i plątał się pod nogami. Nie był uważny. My uważaliśmy na niego. Wiem, że innych tym wkurzał, dla nas było oczywiste, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, by go przypadkiem nie skrzywdzić, ale też nie prosić się o kłopoty. On się z nami nie cackał. Jeśli komuś się zdarzyło przydepnąć mu ogon, skakał jak oparzony i gryzł. Taki był. Histeryczny i wesoły jak wiewiórka. Dwubiegunowy. Szedł, gdzie chciał, siadał pod nogami, ale jeśli się go dotknęło przypadkiem, łapał za stopy, potrafił boleśnie pokąsać. W czasie burzy latał po domu jak oszalały, wskakiwał nam na łóżko i deptał po głowach. Błogosławiłam jego starczą utratę słuchu. Przeciw błyskawicom zapalaliśmy światło w całym domu i jako tako spaliśmy do rana. Gdy był młodszy burza oznaczała nieprzespaną noc dla całej rodziny. Nie dawał się utulić, nie można go było schować pod kołdrą. Nabawiłam się przez niego chorobliwego lęku przed wzięciem psa na ręce, obawy, że gdy to zrobię on mnie ugryzie. Było to sprzeczne z moją naturalną potrzebą i chęcią tulenia wszystkich napotkanych psów. Powoli leczy mnie z tego Borys, za ciężki na kolana, ale zawsze dający się utulić, wciskający się we mnie całym sobą, wszystkimi częściami kudłatego cielska. Borysowi mogę nawet wytrzeć łapy – czego naprawdę nie cierpi –  mruczy wtedy wywija się, żałośnie wyje i podgryza, ale z wyczuciem i uważnością, by mi przypadkiem nie zrobić krzywdy. Zawsze wtedy myślę o Tupim, który by mnie bez wątpienia po prostu ugryzł, nie z powodu agresji, lecz ze strachu, którego do końca życia, do ostatniego tchnienia, się nie pozbył. To był jego atawistyczny odruch. Więc trudno mu było mieć to za złe. Gryzł weta i fryzjera. Dzieci i dorosłych, którzy weszli mu w drogę lub za blisko usiedli na kanapie. Jego wygląd zupełnie nie ostrzegał przed paskudnym charakterem. Był puchatą kulką, naszym skaczącym króliczkiem, radosną iskierką, lecz złapany w pół, przemieniał się w tygrysa. Pamiętam też strach o niego w ewentualnej konfrontacji z dużym psem. Po jednej nieoczekiwanej napaści przez dalmatyńczyka przestałam chodzić z Tupim na wielkie łąki, gdzie psy biegały swobodnie. Wystarczy mi iskra, jedno zdarzenie – mam w mojej głowie pozamiatane w danym temacie! Moja wyobraźnia buzuje. Jestem lękowcem i histerykiem. Borys przez swoją posturę i raczej  łagodny stosunek do innych psów – poza dwoma psimi sąsiadami, z którymi z wzajemnością drze koty – leczy mnie także z tej fobii. Czuję, że nie muszę się bać, że jakiś inny pies mu coś złego zrobi. Wiem, że on odejdzie, nie będzie szukał zwady, a drobną konfrontację przeżyje, bo jest wielki i silny.

Początek Tupiego związany jest z uczuciem niekompletności. I chyba  – tak myślę teraz – z potrzebą zadośćuczynienia tej, bezmyślnie spowodowanej, psiej śmierci w przeszłości. Przywiodła nas do niego suczka czarnego pudelka. To była być może jej życiowa rola.

Żyliśmy na przestrzeni 30 m kwadratowych, w jednym pokoju, który był jednocześnie kuchnią, z przedpokojem i łazienką. Tuż po ślubie, już nie w akademiku. Byliśmy więcej niż parą. Staliśmy się rodziną. Moja rodzina musi mieć psa. Do dziś tak uważam. Nie rozumiem domów bez zwierząt.

Pojechaliśmy po niego aż pod Rzeszów, umówieni przez telefon, z właścicielką schroniska. Jednak nie było jej w domu, a kobieta, która nas przyjęła, była mocno zdziwiona, że jechaliśmy taki kawał drogi – 170 km, właściwie nie po Tupiego, lecz po ośmioletnią małą pudlicę Betty, którą wyszukałam przez internet. Wypuściła Betty do ogrodu, mówiąc jednocześnie, że ona jest stara i chora, że nie przeżyje podróży i rozstania z miejscem, do którego jest przyzwyczajona. Stałam i wyłam pod tym płotem, za którym Betty kompletnie bez kontaktu, robiła akurat wodnistą kupę i wiedziałam, że jej nie uratuję.

Kiedy zobaczyliśmy za kratami pobliskiej klatki „ślicznego kanapowca”, jak go nazwała tamta kobieta, nie było żadnych rozważań. Tym razem wyłam, wbrew wszelkiej logice, z żalu i radości jednocześnie. Z żalu, że, go wybierzemy, bo jest śliczny i młody, a może stara i chora Betty nas bardziej potrzebuje. Z radości, bo, choć śmierdzący i sfilcowany, był kwintesencją małego kudłatego pieska, o którym od dawna marzyłam.

Na dzień dobry w nowym domu Tupi zrobił kupę na elektryczny grzejnik. Nie da się opisać smrodu, jaki to spowodowało w naszej mysiej norze, nas martwił jednak stan jego zdrowia. Zrobił to ze stresu, ale przez kilka dni powód nie był jasny, nawet dla weterynarza. Baliśmy się, że to jakiś wirus, potem, że nie przeżyje, bo biegunki bardzo go odwadniały i osłabiały. Zaczęło się więc dosłownie od walki o życie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że może ugryźć. Jemu w skrajnym stresie, wcale to nie przyszło do głowy. Więc mogliśmy zrobić to, co było konieczne – obciąć mu całą sfilcowaną sierść i zdjąć wielki kołtun, niczym hełm, okalający jego zad.  Potem zwykłe czesanie było dla nas i dla niego koszmarem. Paradoksalnie wraz z rosnącą więzią i dobrym samopoczuciem wszelkie zabiegi pielęgnacyjne były mu niemiłe. Kończyły się uciekaniem, a gdy próbowaliśmy go zatrzymać – gryzieniem. Wypracowaliśmy sposób „na biały ser”, którym Tomek Tupiego karmił, gdy ja go czesałam. Trzeba jednak przyznać, że był z tym istny cyrk i karkołomna gimnastyka! Uratowała nas psia fryzjerka, potrafiąca trochę ogarnąć jego sierścio-włosy teriera tybetańskiego, którym się okazał, sprawnie operując szczotką między kłapnięciami jego zębów. Po latach, dzięki dziwnemu przypadkowi, został ogolony przez doświadczonego berlińskiego fryzjera, do którego zabrała go mama, której my, lecąc na wakacje, zostawiliśmy  – nic nie wiedząc o tym – psa skrajnie zapchlonego. Była to niewiarygodna sytuacja. Dużo się działo przed wyjazdem. Oglądaliśmy mieszkanie w starej kamienicy. Stamtąd musiał złapać pchły, których w jego grubej sierści i w pośpiechu przed wyjazdem po prostu nie widzieliśmy. Ogolony Tupi odmłodniał. Nawet spotulniał. Golenie nie było już takim problemem, jak wyczesywanie długich włosów.

Pamiętam też, jak w pierwszych dniach, wykąpanego wypuściłam z łazienki. Zaczął tak biegać i szczekać, że myślałam, że ma jakiś napad wścieklizny – naprawdę mi to w pierwszej chwili przyszło do głowy! –  i to, że zaraz się na mnie rzuci. Z sercem w gardle, zawinięta po czubki palców w gruby szlafrok jak w ochronną zbroję, wychodziłam ostrożnie, sprawdzić sytuację. On skakał i piszczał – po prostu szczenięco szczęśliwy, może pierwszy raz w życiu czysty, może zadowolony, że swobodnie biega, w euforii tak niespodziewanej i intensywnej, że osłupiałam i struchlałam. Potem wszyscy mieli ubaw z mojej paranoi.

I ja i on musieliśmy się siebie nauczyć. Bardzo go kochałam, broniłam przed złością innych, nawet gdy kogoś ugryzł, tłumaczyłam, że nie chciał, że ma niski próg bólu, że trzeba po prostu uważać. Jednak sama, nigdy nie przestałam się go trochę bać. Wkładałam go w szczególny sposób do bagażnika, łapiąc za szelki i pod pupę, bo zwyczajnie –  pod brzuch i przednie łapy –  nie akceptował. 10 kilo małego świra.

Choć wspominam go z czułością, wiem, że zawsze brakowało mi do niego podejścia i nieco luzu. Myślę, że przez to Tupi nie miał szans być grzeczniejszy. Przejął moją lękową naturę.

Żył z nami 18 lat. Był królem wśród psów. Nazywany przez znajomych, trochę ironicznie, imieniem i moim podwójnym nazwiskiem. To prawda, że był naszym psim synkiem. Odszedł w pięć dni od zdiagnozowania niewydolności nerek. To był szok i straszna wyrwa.

Zaledwie trzy tygodnie potem spojrzałam w oczy kolejnego psiego nieszczęśnika i zrozumiałam, że nie jest mi pisany żaden piękny maluszek z brylantową obrożą, ale ten wielki, chudy, krzywonogi lękowiec, ciągnący smycz jak lokomotywa, uciekający przed własnym cieniem. Który po kilku miesiącach stanie się psem kanapowym, pięknym i pachnącym tuli-tuli psiaczkiem, który jednak nigdy nie przestanie łapczywie zjadać ulicznych resztek i zapamiętale gonić gołębi, tramwajów i kotów. W oswajaniu tych lęków – czasem łagodna, czasem wściekła i ganiąca – będę mu cierpliwie towarzyszyć.

W pięknych brązowych oczach mojego Pieska – Boryska, Borcia, Borynia, Borsuczka płynie ocean ufności. Nie mogę pojąć jak może mnie darzyć tak bezgraniczną miłością. Gdy wtula swój wielki kanciasty łeb w moje pachy i brzuch czuję, że nie można być szczęśliwszym. Czuję też, że w moim psie żyją jakoś te wszystkie poprzednie. Dzięki niemu i poprzez niego mogę je utulić i okazać im czułość, na którą kiedyś nie miałam czasu. Mój wielki kudłaty pies ze swoim trudnym charakterem i całą gamą lęków, jest dla mnie darem, psim medium które wymazuje w mojej duszy wszystkie grzechy zaniechania, wszystkie winy zaniedbania. Mówi, że nie można się dłużej smucić.

Jesteśmy sobie wzajemnie oddani. Ufnie patrzy mi w oczy, przewraca się na grzbiet, gdy przy nim siadam, reaguje na swoje imię, choć niekoniecznie jest psem posłusznym. Nie mam żadnych wątpliwości, że strumień miłości płynie między nami w dwie strony. Że chyba wzajemnie się uratowaliśmy.


2 odpowiedzi do “Miłość i wina.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *