Kocham strzały w pysk z samego rana! No kurde, nic mnie tak nie budzi jak powiew lodowego powietrza w gaciach od piżamy, bo wyskoczyłam w trzy sekundy, żeby moje dziecko – w przeciągającym się wieku chmurnym, na totalnym „zlewie” wszystkiego – odwieźć na czas na sprawdzian z matematyki. Oczywiście obudziłam ją wcześniej i stymulowałam do wyjścia, narażając się na:
„Możesz. Stąd. Wyjść?!”.
Śniadanie zrobiłam – zostało nietknięte. Dopiero gdy wywaliłam za drzwi włożyłam okulary i zobaczyłam, że jest nie 7.04, a 7.09… więc dupa! Autobus właśnie odjeżdża. Pominę fakt sprawdzianu z matematyki o 7.30, w poniedziałek! No w sumie dla mnie to każda pora w tym temacie była nie do zaakceptowania, no i system, no i co zrobisz, jak nic nie zrobisz! Trzeba się dostosować! Z czym tu dyskutować! Ale ****wić się można! I nawet miotać:)!
No to się wiję i miotam! Odpalam auto, dzwoniąc. Po piątym razie odbiera, głos jak w transie jakimś, na totalnym lajcie,
- No coooo??!
- Spóźniłaś się na autobus!!!
- No wiem. To chyba muszę pojechać roweeeereeeem?
- jak, rowerem!? W śnieżycę?!
(Wiadomo, że przesadzam, ale zimno jest… jak w cholernie zimnym kwietniu i siąpi biało szarą wodą z szarego nieba. No i ZA PÓŹNO) - Wyjechałam po ciebie autem!!! Jeszcze nie odbierasz telefonu!!! Podejdź za wiadukt (no bo wyjechałam i nie mam jak dojechać do niej przez drogę jednokierunkową… chociaż rozważałam pojechanie torami tramwajowymi!…
- „Jaki wiadukt? Ty jesteś głupia i zepsuta” – przysięgam, że nie konfabuluję! Tak do mnie córka, dziecko ukochane, jedyne, wypieszczone mówi…Coś zawaliłam strasznie w procesie wychowawczym. Ewidentne. Bez wątpienia. Myślę, że doraźnie naprawię tylko spokojem – wdech, wyyyydech- pogadamy o tym za kilka lat.
- Ok. Teraz podejdź pod wiadukt, proszę! Widzisz tramwaj? Ja za nim stoję i zaraz podjadę na pasy…
- Okey !?! – nie wiem jak to zapisać, żeby brzmiało jak jednoczesne rozkładanie rąk i przewracanie oczami, i pytanie zawieszone w powietrzu, i w ogóle jak: „Nie. Mów. Do. Mnie!”
Wsiada – nie do wiary! – obrażona chyba, że jakiś cyrk robię, a jest dopiero 7.17.
Obiecuję sobie, że się nie odezwę na ten temat. Żadnej reprymendy, żadnych retorycznych pytań – czemu się spóźniłaś i czemu jesteś nieodpowiedzialna, albo czemu masz na wszystko wywalone, i czy w ogóle rozumiesz, co do ciebie mówię. Nic z tego. Pytam tylko miło i ciepło czy pamięta te wzory na sprawdzian – „Musisz do mnie teraz mówić?!”
Nie wiem czy śmiać się czy płakać. Więc po prostu milknę. Pod szkołą nie wytrzymuję – No to powodzenia i odbierz proszę ode mnie smsa – trzask drzwi -…bo ci dam znać co z dodatkową chemią… jestem przyzwyczajona, że mówię do siebie.
Wracam wyrwana z porannego rytmu, nawet nie mam za bardzo ochoty na kawę.
Spóźniam się 10 minut na trening!
Dobrze, że Tomka już nie ma, bo bym usłyszała- !Jaka matka taka córka! No co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Chill i uśmiech.
Bywają poranki mniej patologiczne. Trzymam się tej myśli, jak ostatniej deski ratunku. Najwyżej walnę się tą deską w łeb, kiedy już wszystko zawiedzie.




