Osobista teoria i praktyka chaosu


Czuję poezję różowego świtu. Chłonę i podziwiam.

Jednak poranne wstawanie kojarzy mi się z kieratem.

W dzieciństwie mama nas straszyła, że jeśli się nie będziemy uczyć, będziemy pracować na górniczej płuczce, od czwartej rano. Nie mam pewności, czy bałam się bardziej fizycznej pracy, czy barbarzyńskiej pory wstawania.

Paradoksalnie najwcześniej wstawałam w czasie studiów. Planowałam pobudkę o 5, by nauczyć się czegoś, czego nie ogarnęłam wieczorem, albo w ogóle wcześniej – bo zawsze wszystko robiłam na ostatnią chwilę. Najczęściej jednak miałam sto argumentów, by przestawić budzik. Potem brałam długi prysznic, piłam super mocną herbatę z cukrem, następnie kawę i tak ocucona coś tam na łapu capu, niemal w biegu, wychodząc już, doczytywałam. Oczywiście za każdym razem obiecując sobie, że następnym razem siądę do wszystkiego wcześniej. Nigdy do tego nie doszło, a w dorosłym życiu nawet „książki przychodów i rozchodów” nie uzupełniam systematycznie.

O wczesnej porze można mnie skrajnie rozsierdzić najprostszym pytaniem. Dziś już wiem, że nigdy nie stanę się skowronkiem, chociaż nie należę też do grona sów – raczej mam naturę wiecznie zaspanego bobra, a najczęściej wpadam w tryb strusia Pędziwiatra.

W żadnej wersji nie jestem mistrzynią zarządzania czasem. Duchowo jestem zawsze w kilku miejscach jednocześnie. Robię szesnaście rzeczy na raz, albo nic.

Denerwuje mnie powolność.

Szybko mówię, szybko chodzę, szybko jem, piję duszkiem. Nie odpoczywam w bezruchu.

Gdy wyruszam w prywatną podróż, nie umiem odpuścić, ani wybrać między atrakcjami. Rozczarowuję się, gdy czegoś, co miałam w planach, nie jest mi dane zobaczyć. Jakby to był koniec świata. Choć wiem, że planuję za dużo i że nie nie da się zagiąć czasoprzestrzeni. Mój mąż mówi, niby żartując, trochę się złoszcząc: „ty musisz być z dupą na każdym kiermaszu”. To może śmiesznie brzmi, jednocześnie jest krytyką moich potrzeb, niezrozumieniem dla udręki mojej duszy. Potrzebuję wszystkiego. Może dlatego nie osiągam niczego, ani z wielkich planów życiowych, ani wakacyjnych.

W pracy już rozumiem, że czasem mniej znaczy więcej. Raz mi klientka powiedziała: „niech pani wolniej mówi, bo my nie umiemy tak szybko myśleć”. Chociaż to, co mówię nie musi być koniecznie zapamiętane; lubię widzieć zwiedzanie jako sumę wielu wrażeń, a nie lekcję historii.

Z wiekiem uczę się zwalniać. Już nie mówię w biegu. Doceniam ciszę. Doceniam siłę bycia tu i teraz. Ale czasem jeszcze kosztuje mnie to wysiłek. Już umiem siedzieć i patrzeć na horyzont. Dawniej odpoczywałam tylko czytając lub oglądając obrazy. Zawsze mi było za mało. Miasta przemierzałam truchcikiem. Nad morzem nadal wolę robić kilometry niż leżeć w jednym miejscu. To ma trochę związek z kondycją ciała, lecz jest to temat na osobną opowieść.

Zawsze sporo chodziłam. Trochę jak pan Sommer z opowiadania Suskinda. Bardzo mnie wzrusza jego historia. Jest dowcipnie napisana, ale jej treścią jest udręka i niepokój. Dawniej nie było dla mnie jasne, czy od czegoś uciekam, czy bardziej za czymś gonię. Dziś udaje mi się po prostu chodzić dla złapania balansu. Trochę z założenia, że po prostu lubię i że to zdrowo…co znowu jest o ciele, ale o tym kiedy indziej.

Chodzę szybko. Jakbym zawsze szła do celu, trochę spóźniona. Choć moim celem jest iść, nie dojść. Powoli nie umiem. Powolne chodzenie nazywam człapaniem i w moim odczuciu jest to coś niepożądanego, coś osłabiającego, podczas gdy szybki marsz daje energię, uwalnia wyobraźnię, oczyszcza umysł pionizuje ciało.

Na co dzień towarzyszy mi rozbicie. W głębi serca najbardziej lubię leżeć i czytać, w praktyce całymi dniami gdzieś biegnę.

Potrafię wziąć prysznic w trzy minuty, w piętnaście minut od wstania wyjść z domu, nawet z pomalowanymi rzęsami i umytymi włosami. Jestem szybka i precyzyjna, zero zbędnych ruchów. I właściwie nic mi to nie robi.

Ale gdy nie mam trybu awaryjnego zawieszam się, potrzebuję spokojnego kokonu, przez który przebijam się do życia; kawy z miodem, którą się napawam jak największym luksusem. Myślę wtedy, że nad wszystkim panuję, na wszystko mam czas, ze wszystkim zdążę – siedzę i piszę „poranne strony” (niemal się nie zdarza, bym tego nie zrobiła, zaraz po wstaniu). Następnie trochę przyspieszam, ogarniam dziecku śniadanie (nie zdarza sie bym dała radę całej rodzinie – to nie moja bajka, nawet w weekend; za to mogę robić kanapki o 3 nad ranem w trybie awaryjnym, gdy gdzieś super wcześnie wyjeżdżamy).

Na co dzień nie mogę. Jest to coś, co mnie przerasta. Szczególnie w teorii, bo praktyka świadczy o tym, że gdy naprawdę muszę, daję radę.

Po porannym rozruchu, włączam tryb przyspieszony. Gdy już wybiegam z domu, zasadniczo zawsze dużo za późno (bo się najczęściej zapominam w powolnej kontemplacji poranka) na klatce jeszcze rozważam w locie, czy biegnę, czy ratuję się rowerem, czy niestety tylko samochód.

Najgorzej jest jednak, gdy nie mam konkretnego celu. Lub gdy raczej mini cele mnożą mi się w głowie w wielką listę spraw niecierpiących zwłoki, które wymyślam nagle, lub które planuję czasem od miesięcy i wiecznie odkładam. Najczęściej nie zrobię nawet połowy. Bo – już mówiłam – kiepsko zarządzam czasem. Zaczynam od sprzątania – mojego przekleństwa i wielkiej namiętności.

Gdy nie idę do pracy, zawsze planuję, że dziś już ostatecznie i koniecznie zrobię jak najszybciej standardowe sprzątanie, ogarnę tak zwany codzienny pierdolnik: podłogi, naczynia, pranie – wystarczająco, by zaliczyć zrobienie czegoś praktycznego, by móc się zająć czymś ważniejszym i ciekawym. Wtedy najcześciej wpada mi do głowy, by przesadzić kwiaty, opróżnić dawno nie otwieraną szufladę, posegregować ubrania do oddania. Wysikam psa, po drodze wyrzucę śmieci, coś zniosę do auta, co kiedyś, gdzieś muszę podwieźć, ale najczęściej jeździ ze mną miesiącami.

Gdy przyjdzie mi akurat na myśl – kupię chleb, prędzej jednak kwiaty; sfotografuję drogę, albo źdźbło trawy, albo kwitnące akurat kasztany. Wszystko bez szczególnego celu.

Nie jestem w ogóle praktyczna, często nie mam pomysłu na obiad, ale upiekę ciasto. Na tym mi schodzą godziny i siły, których już nie mam na ten codzienny, najbardziej widoczny bałagan, ani na pisanie, które mi daje największą satysfakcję, ani na żadną b a r d z o w a ż n ą rzecz, odkładaną miesiącami.

Czasem ekstremalnie pochłaniają mnie sprawy zwierząt. Zaczyna się już rano, pierwszymi żółwimi kupami na środku pokoju, bo akurat żółwie wyszły z pudełka. Od lat nie mogę im ogarnąć terrarium. Raz, że nie mam miejsca na wystarczająco duże, dwa, że od zawsze chodziły wolno – latem po tarasie, zimą zasypiały w jakiejś szparze, za biurkiem czy pod szafą. Lecz ostatnie lata są inne, bo mieszkanie ma ogrzewanie podłogowe i nigdzie nigdy nie jest im dość zimno, by zasnąć na dłużej.

Więc łażą, jedzą i oczywiście muszą się wypróżniać. Gdy trafi mi się kupa z rana, nie powiem, trochę mnie to wkurza.

Pies, który jest najbardziej absorbującym członkiem rodziny, bez opamiętania zaczął ostatnio na wszystko szczekać – probuję go jakoś dydcyplinować, bo mnie to strasznie absorbuje, dekoncentruje i wkurza. Na dodatek pogryzł żółwia. Z żółwiem trzeba jeździć co kilka dni na drugi koniec miasta na zmianę opatrunku i codziennie podawać zastrzyki.

W dużej mierze żyję z dzieckiem i zwierzętami w biegu.

Osobnym tematem są konie, przy których szaleją zmysły i ujawnia się właśnie urok bladych różowych świtów. Czasem jest naprawdę pięknie i czuję wdzięczność za tę wspaniałą pasję mojej córki. Czasem bywa nerwowo, chociaż, zasadniczo, nigdy nie powinno. Konie wymagają od człowieka spokoju ducha, łagodnego tonu, stanowczych i spokojnych ruchów.

Czasem trudno jest to z siebie wykrzesać. Pokłady cierpliwości i pogodę ducha, miłość i wsparcie. Na tym polega moja rola. Jednak są dni, gdy zastanawiam się, kto mi ją narzucił i kiedy weszłam na tę drogę bez wyjścia?

Dlatego muszę czasem zostawić córkę z jej konnym majdanem, bo pokonuje mnie stres i nieumiejętność odpuszczenia – sprzątania, mycia i polerowania – konia, sprzętu i otoczenia, co jest często walką bez szans na wygraną. Najczęściej wtedy znów idę na spacer. Kojący zmysły marsz przez pola i łąki. Patrzę w przestrzeń, zbieram kwiaty, fotografuję ziemię i niebo.

Teoria materializuje się w praktyce. Zyskuję złudzenie, że nad wszystkim panuję. Robię, co lubię, żyję, jak chcę, wymykam się rutynie.

Podświadomie wiem, że rano znów znajdę się w potrzasku między pragnę i muszę, wybieram i poddaję się, daję radę i totalnie nie ogarniam.

Nigdy nie przestanę marzyć o czasie i miejscu, w którym jestem ze sobą w najgłębszej zgodzie.

Kiedyś zbiorę wszystkie moje myśli w książkę, kiedyś odbędę podróż życia.

Tymczasem obmyślam i praktykuję chaos, który czasem mnie ogarnia, który momentami ujarzmiam.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *