Piękny miesiąc grudzień


Piękny miesiąc grudzień

Stała na rogu Marszałkowskiej i Hożej w tym pierwszym grudniowym śniegu, który skrzył się na jej długim, srebrzysto-szarym płaszczu i puszystym, błękitnym szalu, splątanym luźno wokół ramion, błyskał mokrymi drobinkami w falach brązowych włosów, okalających jej twarz, rozświetlaną reflektorami przejeżdżających aut. Mimo zimy wokół, wyglądała jak Primavera Botticellego. Przystanąłem na moment, żeby jej się przyjrzeć. Nieużywane już na co dzień, wciąż jednak doświadczone przecież, oko fotografa zobaczyło ją automatycznie w kadrze na tle ochrowej fasady domu, który zamierzałem kupić w Toskanii. Zobaczyłem jak idzie do mnie, mrużąc oczy przed ostrym słońcem i przytrzymuje smukłą dłonią dorodną kiść jasnozielonych winogron na ceramicznym, kobaltowym talerzu.

Od początku jest zachwycająca. Chyba, podobnie jak ja trochę się denerwuje, delikatnie drżą jej dłonie, gdy bierze w nie kubek gorącego naparu z imbiru i pomarańczy, który zamawiamy od razu po wejściu do Charlotte Bouillon.

Zdejmujemy mokre okrycia, ona idzie zaraz do łazienki wytrzeć włosy, wilgotne od śniegu, a gdy wraca, siadamy naprzeciwko siebie, pijemy najpierw chwilę, patrząc w swoje parujące kubki i wtedy ona robi coś dowcipnego. Pokazuje mi dłonie.

– Pisałeś, że dłonie są dla ciebie ważne, że wiele mówią o człowieku – kręcąc nimi młynki przed moją twarzą – mówi z uśmiechem, nawet z odrobiną ironii, ale ponieważ jej dłonie są naprawdę piękne, delikatne i jasne, jak – nie myliłem się – dłonie Wenus czy Wiosny z obrazów renesansowego mistrza, smukłe palce zakończone migdałowymi paznokciami, na których ma tylko cienką warstwę przeźroczystej odżywki, w jej głosie słychać także pewność siebie.

– Masz naprawdę piękne dłonie – mówię – chociaż chcę jej powiedzieć, że cała jest olśniewająca i przychodzi mi też na myśl, że właśnie na nią czekam całe życie, na kogoś tak naturalnie pięknego, emanującego spokojną pewnością, że niepotrzebne są żadne gry światła i emocji, ani tłumaczenie, co się ma na myśli, opowiadanie siebie wyszukanymi epizodami. Kiedy spotka się dwoje ludzi sobie przeznaczonych, nie można niczego zepsuć, ani niczego poprawić, od początku jest tak, jak ma być.

Czuję się nagle zupełnie zrelaksowany. Siedzimy niczym w zamkniętej przestrzeni, oddzieleni od świata dźwiękoszczelną błoną, w której jesteśmy zatopieni, wpatrzeni i wsłuchani w siebie. Chyba obydwojgu nam ulżyło. Zaczynamy rozmawiać swobodniej. A potem tak intensywnie, jakbyśmy nagle zrozumieli, że wszystko musi się zadziać w tej jednej chwili, nie możemy już niczego odkładać, z niczym czekać. Szkoda każdej minuty.

Tego samego wieczoru opowiadam jej o moim marzeniu, o planach właściwie dość już konkretnych, bo jestem wstępnie umówiony ze znajomym, że przyjadę do niego na wiosnę, a on obwiezie mnie po wystawionych na sprzedaż posiadłościach, ruinach nadal pięknych domów z naturalnego kamienia o pomarańczowych dachówkach i zielonych okiennicach, stojących pośród starych drzew. Nie myślę nawet o tamtejszych słynnych winnicach, nie widzę niczego innego w krajobrazie, tylko mnóstwo starych drzew, oliwno – cyprysowy gaj i zakurzoną żółtą drogę między plamami szmaragdowo-srebrzystej zieleni.

 I wtedy ona pyta tylko, mrużąc swoje blado-błękitne oczy, czywidziałem kiedyś Podlasie.

Niemal fizycznie czuję, jak to dziwne pytanie najpierw zawisa w powietrzu między nami, jeszcze go nie rozumiem, ale wiem, że jest ważne. Oznacza coś istotnego dla nas. A potem wszystko dzieje się tak,jakby wszechświat dawno to dla mnie zaplanował.

*******

Musimy niestety poczekać do kolejnego weekendu, bo moja Primavera nie jest przecież lekkim duchem w nierealnym świecie, lecz bardzo twardo stąpającą po ziemi inżynier budownictwa, obliczającą na co dzień wytrzymałość stalowych konstrukcji budynków, z grafikiem spotkań i konsultacji, wypełnionym po brzegi, dla mnie wlekącego się wtedy niemiłosiernie, czasu roboczego tygodnia.

W końcu jednak nadchodzi mroźny sobotni poranek. I kiedy wsiadamy do mojej starej czerwonej Hondy, swobodna i radosna mówi z uśmiechem, że będziemy wyglądać w tym monotonnym, zimowym krajobrazie, jak owoce, porastających polne drogi wokół Ciechanowca, ogołoconych teraz z liści, krzaków dzikiej róży.

              –  Takie krzewy pięknie wyglądają w szklanym zielonym wazonie, uzupełnione wyschłymi kwiatami szaro-różowych hortensji – jak ikebana – mówi – lubię tę minimalistyczną sztukę układania roślin. Jest jak medytacja, wycisza mi umysł. Suche liście, gałęzie z resztkami pomarszczonych owoców, kwiaty o wyblakłych kolorach – odpowiednio skomponowane potrafią być naprawdę piękne, choć ludzie myślą o nich chabazie – zwiędłe, zeschnięte, te, których piękno minęło.

Gdy to mówi, moje serce znowu staje na chwilę. Przecież jej jeszcze nie mówiłem o Japonii. Mojej estetycznej fascynacji tą formą idealną, jaką mają japońskie przedmioty codziennego użytku.

Znowu to czuję. Jakbym szedł przez gęsty, ciemny las i nieoczekiwanie wyszedł na rozświetloną słońcem drogę.

*******

Kiedy miesiąc później stoimy po kostki w zmrożonej, śniegowej czapie pokrywającej trójkątny pas ziemi, otoczony ścianami szmaragdowego, sosnowego lasu, nie mogę ukryć wzruszenia, co jest totalnie niepoważne wobec stojącego parę metrów za mną agenta nieruchomości.

– To wszystko przynależy do terenu, ponad trzy hektary starego sosnowego boru  – mówi, zbliżając się do mnie. – Te stare krzewy dzikiej róży może pan wykarczować bez żadnych pozwoleń, wtedy wejście do lasu będzie dostępne z każdej strony.

Ona stoi za jego plecami i marszcząc nos, uśmiecha się, kiwając jednocześnie głową na znak, że nigdy na to nie pozwoli.

Pod kruchą fizjonomią ma w sobie niezłomność kobiety, która potrafi zaprojektować dom i belka po belce postawić go własnymi rękami.

*******

Dlatego teraz to bardziej ja potrzebuję przerwy, gdy idziemy elegancką ulicą 8. dzielnicy Paryża, niosąc nielekką ławkę, z dwustuletnich sosen z naszego lasu, która zrodziła się z przypadkowego gestu, a uosabia całą, wyznawaną przeze mnie, filozofię niemarnowania tego, co zostaje, a co inni widzą jako odpad, moją miłość do minimalizmu, potrzebę głębszej więzi z naturą, wreszcie zachwyt nad japońską kulturą i sztuką, która łączy te wszystkie wątki w sobie. I w jakiś magiczny sposób łączy nas.

Naprawdę muszę odsapnąć. Mijamy akurat piękną kutą bramę wejściową do Parku Monceau. Słońce rozbłyska w jej złoconych dekoracjach. Wchodzimy w głąb i przy pierwszej wolnej ławce stawiamy delikatnie na ziemi naszą, ukrytą teraz pod czerwonym pledem, nasz beler, jak ją nazwaliśmy między sobą, zrobioną po raz pierwszy na konkretne zamówienie, nieco dłuższą od pierwowzoru, sprzedanego – nomen omen – na pniu na internetowym portalu z obiektami rzemiosła artystycznego, gdzie wstawiłem ją eksperymentalnie, dla sprawdzenia granicy między sztuką, a stolarskim rzemiosłem. Pierwsze belery, podstawki, kolumny, kostki, taborety, stoliki, wszystkie obiekty robimy z tego, co zostało z budowy naszego domu. Materiału mam pod dostatkiem, nie widzę problemu, by wyszukać dłuższą dechę i zrobić beler na zamówienie, chociaż traktuję tę sytuację jako żart, przygodę, którą akurat mogliśmy zrealizować, bo Paryż nie leżał dalej niż 4 godziny drogi od Saarbruecken, gdzie musieliśmy zawieźć moją matkę. Studwudziestocentymetrowej długości ławkę zamówił przez Eatsy.com mężczyzna o niefrancusko brzmiącym nazwisku, bez zwłoki przesyłając zaliczkę na transport i adres do jej doręczenia. 

– Centrum Paryża! – mimo wszystko ciągle nie dowierzam, że naprawdę kupi naszą ławę, gdy ją zobaczy na żywo. – Facet nam przesłał adres w centrum Paryża, a kurczę, co!?, najwyżej zrobimy sobie piękną wycieczkę – zjemy obiad z przyjaciółmi, którzy niedawno tam się przeprowadzili i wrócimy z naszym meblo-objektem, jak o nim myślimy, do domu. No bo trochę mi się wtedy jeszcze nie mieści w głowie, żeby ktoś z eleganckiego Paryża chciał mieć u siebie naszego belera  z naturalnej sosnowej dechy, choć opalonej japońską metodą konserwowania drewna Shou Sugi Ban, własnoręcznie przeze mnie szlifowaną, by wyszły cudowne słoje, zapis naturalnej historii każdego kawałka, olejowaną, by wydobyć z niego blask i ciepło. Belery – nasze obiekty, trochę meble, trochę rzeźby. Chociaż nie jestem ani stolarzem, ani rzeźbiarzem. Drugie życie „naszego” lasu, jego znak w świecie i ślad naszego życia. Jesteśmy z nich dumni, kochamy je, jednocześnie nie dowierzamy, że ich piękno i wyjątkowość znajdą szerokiego odbiorcę.

Siadamy na niskiej, zielone ławce o miękko zaokrąglonych krawędziach. Wokół nas mnóstwo dzieci w granatowych płaszczach, za rękę z opiekunkami, jedna z rowerkiem pod pachą, druga obładowana siatką i tornistrami idących za nią dziewczynek, najwyżej siedmioletnich. Inne siedzą na ławkach we dwie, rzadziej w pojedynkę. Dzieci podbiegają po podwieczorek, przerywając opiekunkom rozmowę, łapią w locie herbatniki, kawałki jabłek, banany, którymi wypychają usta, wymieniają je między sobą. Czasem kobiety wstają, by wytrzeć bawiącym się na trawniku zasmarkane nosy, poprawić czapki. Patrzę na roześmianą grupę młodzieży. Przepychają się między starszą panią z czekoladowym pudlem na smyczy, a trójką dzieci na hulajnogach. Na sąsiedniej ławce starszy mężczyzna w eleganckim czarnym wełnianym płaszczu, czarnych, skórzanych rękawiczkach i nonszalancko zawiniętym wokół szyi szaliku Burberry czyta gazetę. Obok niego przystaje nagle młoda dziewczyna w czerwonych lakierkach, które od razu rzucają się w oczy, chociaż spod szerokich nogawek szarych, prążkowanych spodni wystaje tylko ich czubek. Wszystko jest w niej zamaszyste, długi zielonawo-szary płaszcz ma szerokie poły, luźno zebrane paskiem w pasie. Spod wełnianej czerwonej czapki wysypuje się burza kruczoczarnych loków. Stawia workowatą torbę w kolorze bardzo ciemnej butelkowej zieleni na ławce i energicznie czegoś w niej szuka, jednocześnie rozmawiając przez telefon wetknięty między ucho, a ramię.

Rozglądam się po parku. Żwirowe alejki o barwie nadbałtyckiego piasku  chrzęszczą pod stopami przechodniów, wśród olbrzymich, pozbawionych teraz niemal zupełnie liści, drzew wyróżniają się przysadziste platany o finezyjnie poskręcanych konarach i łuszczącej się korze. Na pojedynczych, pożółkłych liściach klonów tańczy grudniowe słońce. Jego ciepłe, miękkie światło kładzie się też na, zaróżowionej od wysiłku, twarzy mojej Primavery, nadając jej szaroniebieskim oczom zielonego blasku.

W nich dla mnie odbija się nasz sosnowy las.

Myślę od razu o ukończonym niedawno domu o ścianach z długich, gładkich desek, bejcowanych świetlistą seledynową zielenią, o tych wszystkich słojach nad naszym futonem na antresoli, między gwiazdami wpadającymi do sypialni przez dwa dachowe okna – dla każdego jego własna opiekuńcza konstelacja  – pomyśleliśmy, leżąc tam pierwszej nocy.

Mało kto wierzył, że nam się uda samodzielnie go zbudować.

Znajomi w Warszawie uważali nas za szaleńców, a miejscowi za niegroźnych wariatów, którym przyglądali się jednak z zaciekawieniem. Początkowo sceptyczni, z czasem zaczęli nam kibicować. Nasz przyjazd co weekend traktowali jak rozrywkę, szczególnie późną jesienią i zimą, gdy nie mieli za wiele własnej roboty, przychodzili popatrzeć na nasze zmagania, siadali na stercie desek, którą własnymi rękami układaliśmy za każdym razem w równe stosy, dzielone na te konstrukcyjne –  które nazwaliśmy belery, jak w czasach mojego dzieciństwa na Śląsku mówiliśmy na coś ogromnego, na wielkie kłody drewna, zgromadzone na opał – i elewacyjne, segregując te drugie według wyrazistości usłojenia, przeznaczając jedne na ścianę frontową, inne na strop sypialni na antresoli, albo do pokoju na dole. Podczas gdy pracownicy tartaku zwalali je szybko i bezładnie z furgonetki na nasz, coraz wyraźniej formujący się, plac budowy, my pieczołowicie je rozdzielaliśmy, każdą ważyliśmy w rękach, nieraz padając z wysiłku. Ale ani razu nie zwątpiliśmy, że to, co robimy ma sens. Więcej! Jest sensem, samą kwintesencją życia.

Z kawałków niewykorzystanych do budowy domu zostały belery, które stały się osobnymi, materialnymi obiektami, którym nadajemy niezliczone funkcje. Czasem wyglądają jak ławka, czasem jak regał na książki, kiedy indziej, mniejsze stają się podstawką pod czajnik z herbatą.

Nagle, kątem oka rejestruję, że dziewczyna obok znalazła chyba to, czego szukała w torbie, bo zarzuca ją zamaszyście na ramię i niemal krzycząc do telefonu, rusza w naszą stronę, biegnie prawie, zahaczając płaszczem koc okrywający naszą ławkę, który zsuwa mi się pod nogi, co wybija mnie ze wspomnień.

              – Według google map mamy jeszcze jakieś dwanaście minut do celu – mówię i podrywam się energicznie, jakby wybiegająca z parku dziewczyna przypomniała mi, że czas i nas nagli, chociaż nie jesteśmy umówieni na konkretną godzinę.

Po około dwudziestu minutach – google map nie przewiduje spaceru z kilkukilogramową ławką, z którą trzeba co chwilę na moment przystawać, poprawiać chwyt, nasuwać lekko zsuwający się, śliski koc – docieramy pod podany adres.

*******

Rue Faubourg Saint Honoré 225 okazuje się wysoką na sześć pięter, przedwojenną kamienicą o piaskowej elewacji, z kilkoma kutymi balustradami małych balkonów na wyższych piętrach. Przyciskam mosiężny guziczek domofonu z numerem 1 i plakietką z nazwą –  Dr. Laurent Halim Clinique Esthétique. Patrzymy na siebie zdziwieni, trochę się podśmiewujemy, że wnosimy dary lasu do świata sztucznej urody, ale wszystko to trwa ułamki sekund. Dźwięk domofonu pozwala nam pchnąć drzwi i wejść do środka, gdzie na szczycie piaskowych schodów, w otwartych drzwiach, stoi uśmiechnięty, szerokim gestem zapraszając nas do wejścia, na oko sześćdziesięcioparoletni mężczyzna o, niegdyś zapewne czarnych, dziś szpakowatych, nadal bardzo gęstych włosach. Ubrany w ciemne, proste dżinsy, koszulę w dużą granatowo-białą kratę, atramentową marynarkę i mokasyny w kolorze miodu, wygląda jednocześnie elegancko i swobodnie.

 – Entrez, entrez! Welcome! Wchodźcie! – Nie przestaje się uśmiechać, przytrzymując otwarte drzwi.

Stawiamy ławkę pod długą białą ścianą szerokiego holu. Zamaszystym ruchem, jakby ścierając z niej ewentualne pyłki kurzu, zdejmuję z niej czerwony pled, zwijam go pod pachę   i cofam się parę kroków, patrząc z dumą na naszego belera, który się od razu tak pysznie prezentuje w tej jasnej przestrzeni, dokładnie dla niej stworzony.

– Opowiedz mi o tym projekcie – prosi doktor Halim. Siada na ławce, gładząc wypielęgnowaną dłonią chirurga jej naturalnie skośny, lecz gładko przeze mnie wypolerowany rant belera. Jednocześnie uśmiecha się tajemniczo, patrząc w pustą jeszcze przestrzeń delikatnie, jak światłem świecy, oświetlonego korytarza nowo powstającej kliniki. – Tworzę miejsce, które poprawia to, co się naturalnie zmienia – dodaje – ale staram się wyperswadowywać moim klientkom takie zabiegi, które zmienią im twarze, przez co też częściowo zapisany w nich charakter, widoczny w uśmiechu, w spojrzeniu. Chcę, żeby kobiety czuły się piękne i emanowały pewnością siebie, ale taką, która wynika z ich samoakceptacji, ze zrozumienia tego, kim są. Nie mogę zmienić komuś twarzy, nie ingerując tym w jego duszę. I belive, that the real beauty is in the nature – mówi z silnym francuskim akcentem.

              – We belive that, too – mówimy niemal jednocześnie – To jest właśnie nasza myśl przewodnia – dodaję. Tak powstał beler, tak powstają wszystkie podstawki, postumenty, półki, z zachowaniem ich naturalnych „niedoskonałości”.

 – A pierwsza była praktyczna potrzeba. I nie zrodziła się w naszych głowach, choć od razu ją podchwyciliśmy.

Kiedy powoli sterta desek przed naszym domem malała, w końcu nie było na czym usiąść i sąsiadka, która przyszła, jak co sobotę, popatrzeć na naszą pracę, rozejrzała się wokół i wzięła do ręki leżący na trawie pieniek, odcięty kawałek deski konstrukcyjnej, postawiła go na sztorc i przycupnęła, kontynuując opowieść o tym, jak posadziła dziś cały zagon grochu i przyszła odsapnąć przy kubku kawy, zaparzonej po turecku, czyli po polsku, jak mawiała jej mama. Nagle się podniosła i sięgnęła po kolejny prostokątny klocek surowego drewna, stawiając na nim biały kubek w czerwone maki, z lekko obtłuczonym, choć jeszcze się trzymającym, uchem.

 – Wspaniałe! – doktor Halim uderza rękami o kolana – w mojej rodzinie wszystkie kobiety, moja żona, matka, obydwie babki, mieszkające jeszcze w Maroku, miały taki praktyczny zmysł. Założę się, że to pani pierwsza – ma chère – poskładała razem te kawałki.

– Tak było – odpowiadam. Podeszła wtedy do sterty kawałków drewna i z inżynierską precyzją wybrała takie, których nawet nie musiałem przyciąć, by do siebie pasowały. Z typową dla siebie pewnością i z tym rozbrajającym uśmiechem, jakby wiedziała, że co raz się zrodzi w jej głowie, zostanie zrealizowane, wręczyła mi je, stwierdzając bardziej niż pytając –  zrobisz mi z tego piękne siedzisko. Z kawałka belki – taki, no…

Beler – odpowiedziałem prawie natychmiast – zrobię ci beler.

Teraz podeszła do doktora Halima. Wyciągnęła z torby, przewieszonej przez ramię, swój żółty, skórzany szkicownik zamykany na mały czarny guziczek, obwiązany rzemykiem, chwilę w nim rysowała, mrużąc lekko oczy, po czym podała doktorowi z uśmiechem projekty kilku obiektów, pokazując ręką w przestrzeni, gdzie powinno się je ustawić.

– Natural beauty – szepnął – c`est genial![*] – musimy to uczcić kolacją! – dodał. 

– Poznacie moją córkę, jestem z nią umówiony na …na już, powinna tu już być, ale zawsze gdzieś pędzi, zawsze się trochę spóźnia.

Drzwi otworzyły się z impetem i stanęła w nich dziewczyna w czerwonych lakierkach. Obydwie ręce miała zajęte, w jednej taszczyła obły szklany wazon, w drugiej pokaźną gałąź dzikiej róży.

– Papa! Voila, les rosier sauvages – pour plus de nature ici!**  – zawołała z uśmiechem stawiając wazon na beler, stojący przy ścianie.


[*] (ang.) natularne piękno! (fr.) to jest genialne!

** (fr.) Proszę, tato! Oto dzikie róże, aby było tu więcej natury!


Jedna odpowiedź do “Piękny miesiąc grudzień”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *