Lucyna Kloc, z domu Cieślak była ukochaną siostrzenicą, naszej ciotecznej prababki Zosi, do której mówiłyśmy po prostu – ciociu, a która, wraz z córkami była jedyną krewną ze strony ojca, z którą miałam trwałe i silne relacje. Dlatego pewnie, przede wszystkim, że tak bardzo kochała Lucynę. Może ją we mnie widziała. Może byłam jej bliska z powodu rozpaczy po śmierci siostrzenicy i, krótko potem, jej syna, mojego taty, jako ta, która ją z nimi łączy. Lucynę do końca długiego życia wspominała jak córkę. Przygarnęła ją i wychowała, kiedy w wołyńskiej Turówce zamordowano jej rodziców i młodszego brata. Dała dom, uchroniła przed („zbyt prymitywną dla Lucyny!”) posadą gospodyni na plebani, jak zamyślał jej starszy, przyrodni brat, który przez moment sprawował nad rodzeństwem, opiekę. Wreszcie – wbrew swojej woli i ku zgryzocie męża pozwoliła wyjść za mąż za jego starszego brata Juliana, który z sumką wygraną w karty powrócił z przymusowych robót w Niemczech. Jak zawsze, zadowolony z siebie, stanął w progu domu brata i bratowej i rozkochawszy w sobie dziesięć lat młodszą, uczynił swoją Lutunią. Miłością życia. Choć, mimo to, raczej nie nosił jej na rękach. Nie był zdolny do takiej czułości.
Lucyna, żona Juliana, matka mojego taty i dwóch jeszcze synów – tragicznie zmarłego we wczesnym dzieciństwie i drugiego – całe życie dążącego do śmierci, prześladowanego przez lęk przed rychłym końcem, co było losem jego rodziców i braci. Właściwie nie zdążyła być babcią. Zmarła, gdy miałam niecałe 3 lata. Byłam jej pierwszą i jedyną wnuczką, którą trzymała na rękach. Wiem, że wybrała dla mnie imię. To cały mój po niej spadek, który wiele dla mnie znaczy. Moje imię mi ją materializuje. Podobnie jak pierścionek z rubinem, który dała tacie dla mojej mamy, a który oddali za psa, by go odzyskać od człowieka, któremu go wcześniej sprzedali. Pies był dla mnie. Brązowa kulka, antidotum na lęk i psią fobię. Idealnie skuteczna. Odsprzedana za pieniądze na leki przeciw nieuleczalnej chorobie taty. Odzyskana przez okropną tęsknotę i wyrzuty sumienia, z braku pieniędzy, za złoty pierścionek z rubinowym oczkiem, babci Lucyny.
Zawsze była Lucyną, Lucią, Lutką czy Lutunią – w opowieściach, w których cytowało się dziadka. Ciocia Zosia mówiła – „masz stopy Lucyny”, moja mama nazywała ją mamą, bo w głębi duszy pragnęła, by nią była. Lutka to, Lutka tamto. Nie pamiętam, żeby ktoś mówił o niej babcia, nawet do mnie. Może dlatego, że zbyt młodo umarła, nie miała nawet siwych włosów i dla nikogo nigdy się nie zestarzała.
Ostatnio często o niej myślę. Moja jedyna babcia.
Druga – matka mamy, była przecież nie babcią, a omą i nigdy nie pozwoliła wnuczkom mówić do siebie inaczej. Jest postacią z innej scenerii. Jest realna i ma sporo cech, za które trudno ją lubić, chociaż nie mogę jej odmówić – nie czułej i troskliwej – ale praktycznej i rzeczywistej opieki. Wypominała wszystko co dała – a dawała dużo i wiecznie pomstowała. Potrzebowała potwierdzenia, że się to widzi i docenia. Nosiła nam na trzecie piętro owoce i warzywa z własnego ogródka, robiła najlepsze, cieniutkie placki ziemniaczane, które układała w kupki po pięć czy sześć sztuk, jedna przy drugiej, na dużym talerzu. Karmiła nas nimi, gdy się ją odwiedziło na działce. W niedziele, jako Niemka i Ślązaczka potrzebowała zadbać o rodzinę rosołem, na drugie kluskami, z roladą wołową w gęstym sosie i modrą kapustą. Za to nie umiała piec ciast. Te kupowała w cukierni. Na deser podawała brzoskwinie z puszki w słodkiej zalewie, które chyba od kogoś dostawała, zdobyte czy też przesłane z dostatniego świata zachodnich Niemiec.
Z wiekiem traciła coraz bardziej talent kulinarny. Kluski jej się coraz bardziej rozlatywały, a do rolady nie miała cierpliwości. Tak to galopowało do formy kulinarnej aberracji, kiedy zaczęła podawać rozgotowany makaron z parówkami i keczupem. Obrzydliwy w smaku i z wyglądu. Oma Dorota zwana Dorką lub Dorcią, z wymawianym gardłowo „r”, Dorothea z domu Cyron, mówiąca własnym, cudownie zmieszanym z trzech, nie do zapisania, językiem. Dodawała polskie końcówki do niemieckich słów i na resztkę kawy w dzbanku mówiła „Ibriczna” (od übrig – pozostały), pisała po polsku fonetycznie i modliła się po niemiecku. Miała swoje dziwactwa. Obdarowywała nas starymi ubraniami z lat 80. Dla niej najpiękniejszymi, bo z niemieckich darów. Chociaż w młodości nosiła piękne torebki, zamszowe buty i żakardowe sukienki, kolczyki z Jablonexu i eleganckie futrzane czapki, z wiekiem uważała, że wszystko, co najlepsze pochodzi z Niemiec, a jej gust ostatecznie się załamał pod nadmiarem tandety początku lat 90.
Tak więc pomstowała często na naszą niewdzięczność za poświęcany czas, darowane pieniądze, a nawet dach nad głową – chociaż miała w tej sprawie dług wobec swojej córki i wyrzuty sumienia, z którymi umarła nie przepraszając za nic.
Pod koniec życia, trawiona chorobą duszy i udręczonego umysłu, budziła raczej litość i czułość; częściej rozbawiała dziwactwami niż denerwowała trudnym charakterem, nie była kimś, przy kim było ciepło na sercu, błogo w duszy. Jej miłość i miłość do niej nie była łatwa i oczywista. Może to był znak jej losu. Jej przekleństwo. I trochę nasze. Zostawiła nas z wyrzutami sumienia, że nie kochałyśmy jej dostatecznie.
Babcia Lucyna za życia i po śmierci była aniołem, którego obecność w moim życiu jest dla mnie oczywista i bezsprzeczna, choć ma wyłącznie duchowy wymiar. To ją proszę o wsparcie i opiekę, to ją widzę pierwszą, gdy myślę o ważnych kobietach w moim życiu. Właściwie nawet za nią nie tęsknię. Nie dlatego, że jej nie doświadczyłam – tego żałuję bardzo! – ale nie muszę tęsknić, bo zawsze przy mnie była i jest. Obecna w pamięci, odciśnięta na duszy i ciele, jak liść paproci na jurajskiej skale. Wieczna, chociaż nie materialna. Wyśniona. Bez skazy, jaką zostawia codzienność, bez przepaści pokoleń i światopoglądowych pęknięć. Babcia czyste dobro, bezwarunkowo kochająca. Bardziej obecna niż z krwi i kości niedoskonała Oma Dorota, piękna i wyniosła, chociaż była tylko sprzedawczynią w sklepie mięsnym. W wiecznym konflikcie z przeszłością i teraźniejszością. Nie na swoim miejscu. Chociaż zewnętrznie szczęśliwa. Noszona na rękach przez swojego męża, zwanego Mankiem i Manusiem. Zraniona i bolesna. W pretensjach. Małostkowa. Taką ją pamiętam. Nie mogę tego wymazać, choć nie żywię najmniejszej urazy. Wiem, że jestem do niej podobna, gdy wiecznie coś próbuję sobie udowodnić. Gen egotyzmu, to tragiczne dziedzictwo, wiecznie zasilane niezaspokojeniem, przekazała przyszłym pokoleniom.
Psychicznie bardzo zależna od swojego męża. Właściwie nie chciała samodzielnie myśleć. Po jego śmierci popadła w skrajną dewocję. Szukała punktu zaczepienia i kogoś, kto ją weźmie w opiekę.
Babcia Lucyna miała swoją łagodną niezależność. O nic się nie szarpała. Robiła to, co było trzeba. I kwitowała uśmiechem utyskiwania męża choleryka. Dziadek Julek wiecznie mruczał coś pod nosem z prawdziwym, a czasem tylko udawanym, by nie tracić fasonu, niezadowoleniem. Często wobec Lutuni – jakiś przytyk, że dziecko rozpieszcza, albo ponaglenie, by szybciej kurę na rosół oskubała, bo goście przyjechali. Ale kpiarz i pijak, awanturnik i sknera kochał ją bardzo. I w Lutuni kumuluje się jego najgłębiej skrywane człowieczeństwo. Wobec innych jest szorstki, ironiczny. Gospodarzom przychodzącym do jego sklepu wygarnia od chamów i każe wyszorować paznokcie.
Lutunia jest czysta i pachnąca. Wraca od krów i stawia miskę na środku izby, rozbiera się, owija dość szczupłe, ale silne ciało ręcznikiem i spokojnie, metodycznie myje całe, od twarzy po stopy. Podobno miała duże, ale bardzo miękkie dłonie. Mama zapamięta, jak myje mydłem twarz i starannie, nie opuszkami palców, a całymi dłońmi wmasowuje w nią krem. Na nielicznych, zachowanych zdjęciach babcia ma ciemne włosy prawie do ramion, śmiejące się oczy i uśmiech, który odziedziczy po niej moja siostra. Siostra ma też jej łagodność i bezinteresowność. To jest coś immanentnego. Nie da się tego spieprzyć, niezależnie od trudów życia, nie pozbawi cię tego żadna zgryzota. Zostaje z tobą, jeśli jest darowane w twojej puli genów. Gosia to ma i miała babcia Lucyna. Kochana przez wszystkich i kochająca. Kobieta o anielskim usposobieniu. Widzę ją jak siedzi naprzeciwko i się uśmiecha. Cieszy się tym na kogo patrzy. To mogę być ja. Możemy tak siedzieć bez końca. Naprzeciwko Oma przekraja mi mięso na talerzu, ponagla by jeść, przeżuwać, przewraca oczami na niebiański smak sosu do klusek. Ma ogromny apetyt i obrazi się, jeśli nie poprosisz o dokładkę.




