Smutek kiszonek


Cielesność

Funkcjonuję na krawędzi. Kroczę raz słonecznym grzbietem, raz mrocznym wąwozem. W duszy grają mi wszystkie emocje, najczęściej w kakofonicznej dysharmonii. Od lat nie znajduję równowagi. Nienawidzę mojego ciała i narcystycznie je kocham. Zwalczam i wielbię. Akceptuję warunkowo, wiecznie krytykuję. Pragnę być istotą duchową, być ponad fizyczną powłoką, lecz jestem boleśnie cielesna. Nic tak jak ciało nie wyznacza moich granic i nie rezonuje mocniej moich emocji. Jednego dnia chcę być widoczna, drugiego zniknąć. Rozkładam się na części. Analizuję je. Z jednymi się identyfikuję, gdy akurat są w satysfakcjonującej kondycji, inne odrzucam. Odczuwam je emocjami, często obrazami całych cielesnych sytuacji. Widzę całe historie, słyszę dialogi o moim ciele, uwagi na jego temat. Że długie, że wysokie, że silne, że słabe, że podskakuję, że sztucznie się śmieję, że mam wielkie oczy, że stopy do ortopedycznych butów, to dobrze, to źle, to śmiesznie, to dziwnie. Podlegam ocenie. Oceniam. Nie wiem od kiedy dokładnie, ale bardzo dawno już tak jest.

Jestem tym zmęczona.

Najpierw była bezwarunkowa akceptacja i zachwyt. Nie mogę pamiętać pochylonych nade mną twarzy moich rodziców, nie pamiętam ich rozanielonych oczu, czułego dotyku ich dłoni, ale wiem, że byłam dla nich idealna. Wiem, że na początku była miłość.

Potem wszystko się skomplikowało.

Od kiedy pamiętam jestem z moim ciałem w konflikcie.

To uczucie czasem znika, gdy zanurzam się w wodzie. W wodzie znika napięcie. Znika ciężar. Kształty stają się idealnie smukłe, wszystko się zwęża, napina, wklęsa. Jestem, a jakby mnie nie było. Stan idealny.

Fizycznie przerosłam psychiczne możliwości percepcji własnego ciała. Nie wiem, kiedy to poczułam po raz pierwszy, ale uznałam, że stałam się za wysoka. Z tego wszystko się wzięło. Mój umysł tego nigdy nie zaakceptował, że ciągle gdzieś odstaję, wystaję ponad.

Wieczny dyskomfort. Jak wtedy gdy mam naście lat i podoba mi się chłopak o chałwowych  włosach, ale ja jemu nie i on mówi do mnie, że taki wzrost mam przydatny do wkręcania żarówek z podłogi. Może ten moment sprawia, że nigdy nie poczuję się dobrze ze swoim wzrostem. Albo ten, gdy w szkole baletowej nauczyciel będzie autentycznie podziwiał moją nadnaturalną gibkość, której „człowiek się nie spodziewa po takiej DUŻEJ dziewczynie” Nabywam uczulenia na słowo „duża”! Mam 176 cm wzrostu i ważę wtedy 54 kilo i jestem przeźroczysta! Jestem wysoka, ale nie duża. Nie mogę tego przyjąć, że ktoś mnie może tak widzieć. A gdy widzi, dla mnie to jest jak najgorsza obelga. Staję się pogromcą niskich, którzy często (ja to słyszę!) używają słowa „duża” zamiennie z „wysoka”. Mam problem z niskimi kobietami i jeszcze większy z niskimi mężczyznami. Przy nich wyglądam na jeszcze wyższą. Źle się z tym czuję. Zazdroszczę średnim. Bycie średnim jest ideałem. Ani za bardzo, ani nie dość.

Ten konflikt jest obsesyjny i absurdalny. Czasem jestem go bardziej, czasem mniej świadoma. Ale poczucie ciała zarządza moją jaźnią. Skupia moją uwagę na zaskakujących detalach. Analizuję kształt paznokci i pieprzyk na udzie, jeden wyprysk na twarzy, ostatnio dużo uwagi poświęcam zmarszczkom. Oceniam więc także to, na co nie mam wpływu.

W jednym, czuję, że nie jestem konsekwentna. Wbrew tym analizom, nie dążę do trwałych zmian, słabo trwam w postanowieniach i rytuałach dążenia do formy pożądanej. Jakbym sprawdzała tolerancję na dyskomfort maksymalny. Nie rozważam też chirurgii plastycznej. Analizuję i ubolewam nad niedoskonałością, ale marzę o formie idealnej z natury. Trudno to wytłumaczyć. Ale tylko taka naturalna, piękna forma wzbudza mój podziw. Nie lubię mocnego makijażu, przesadnie wyczesanych włosów, ubioru jak spod igły. Cenię gibkość ciała, świeżą cerę, błyszczące oczy pod wyrazistym łukiem brwi, urodę nieuformowaną, tryskającą czystą energią, której nie trzeba podkreślać. Dlatego czasem rzucam się w ruch czy w dietę, karmiąc się przede wszystkim iluzją kontroli nad siłami natury.

Dieta.

Pewnego dnia siadam i patrzę na kształt łydki rozpłaszczonej na kolanie przeciwnej nogi. Siadam w wannie i wiem, że dziś tego przed sobą nie ukryję. Nie da się już wciągnąć  brzucha, wygiąć biodra, ustawić nogi, by nie było widać nadmiaru, którego nie zniosę, ani dnia dłużej.

To jest dzień rozprawy z cielesnością wylaną poza ramy, których nie chcę poszerzyć.

To się nie staje z dnia na dzień, ale nagle pewnego dnia to zauważam i wiem, że jak nie dziś, to nigdy. Taki impuls, którego się nie da zlekceważyć. Chociaż już ten scenariusz rozważałam, planowałam kolejny poniedziałek, tydzień, nowy miesiąc, kiedyś, niedługo. Wychodziło, że nigdy. Aż nagle przyszło dziś i pozamiatało mi w głowie alternatywne warianty i plany ratunkowe. Dziś. Teraz.

Tego nie zrobiłam sobie jeszcze nigdy. Nigdy nie postawiłam siebie pod takim twardym murem. Ale też nigdy jeszcze nie byłam w sytuacji, żeby bać się wejść na wagę. Nigdy jeszcze nie miałam menopauzy. Nigdy jeszcze nie obudziłam się z myślą, że tego roku skończę 50 lat. Nigdy jeszcze nie byłam tak boleśnie odarta ze złudzeń, których nie potrafiłam żadną miarą wskrzesić, by się nimi na chwilę choć otulić.

Pomyślałam jeszcze histerycznie, że to straszne i niesprawiedliwe, i nieludzkie, i dlaczego ja, i zdjął mnie straszny lęk, że i tak nie dam rady.

Potem wypiłam, smakując z namaszczeniem każdy łyk, mój ostatni kubek kawy z płaską łyżeczką miodu, dziękując mu za jego aromatyczny, aksamitny, głęboki smak czystej rozkoszy. Pożegnałam na nie wiadomo jak długo – bo o tym zdecydują efekty – smaki bez których nie wyobrażam sobie życia: czekoladę, chleb, oliwę, jaja i ser – wszystkie bez wyjątku tłuszcze, białka, węglowodany i cukier, i kupiłam za 39 zł aplikację z dietą Dr Dąbrowskiej – zwaną postem warzywno – owocowym, gdzie „owocowy” jest złośliwym eufemizmem, bo Dr Dąbrowska dopuszcza zjedzenie jednego jabłka dziennie, kilku malin od czasu do czasu i cytryny!

Nie mam czasu zrobić porządnych zakupów, więc przez pierwsze dwa dni będę improwizować i trzymać się dość luźno jadłospisu z aplikacji, ale skrajnie restrykcyjnie zasad podjętego postu.

Dwa pierwsze dni trochę boli mnie głowa i odczuwam permanentny głód, ale jeszcze trzymam się na adrenalinie skrajnych emocji, związanych z tak nagłym i radykalnym podjęciem decyzji.

Prawdziwy horror zaczyna się trzeciego dnia, kiedy ból głowy – jak sądzę z powodu rozpoczętego detoksu i nagłego braku cukru w moim organizmie – rozsadza mi czaszkę i oczodoły. Nie jestem w stanie utrzymać szklanki z ciepłą wodą z cytryną, którą rozpoczynam dzień. Sączę ją niemal leżąc głową na stole. Przy drugiej, którą chciałam ukoić ból i zastąpić śniadanie, na które nie mam siły, wyrzyguję cały płyn i postanawiam się położyć, żeby przeczekać najgorsze.

Wstaję ok. 13, wypijam koktajl z jarmużu i soku z cytryny, nie wymiotuję, ale jestem skrajnie słaba. Wiem, że muszę zebrać siły, by zrobić dziecku obiad. Mąż ZAPOMNIAŁ, że przeszłam na dietę i kupił wielki soczysty kawał łososia, z którego odkrawam kawałek i – w nagłym niepohamowanym napadzie szału drugi – a niech to! Zacznę od jutra, nie dam rady, zacznę od nowa, może drugi raz będzie jakoś lżej, kiedy wstępnie usunęłam już cukier i inne toksyczne substancje. Wrzucam dwa kawałki łososia na ruszt i obok tego jabłko z cynamonem, bo już nie mogę ustać z głodu. Za pięć minut zjem je ciepłe i pachnące skrobiąc łyżeczką małe kęsy i…jestem uratowana! Odzyskuję siły. Nie zjem cholernej ryby! Idę na zakupy.

Jeszcze raz wchodzę do wanny, by spojrzeć na swój brzuch i przypomnieć sobie dlaczego to robię. Widok z pierwszego dnia się jeszcze nie zmienił, ale to mnie paradoksalnie umacnia w przekonaniu, że robię dla siebie coś dobrego.

Piątego dnia mija ból głowy, po dwóch kolejnych mija też dziwny nerwoból okalający mi okolice lędźwi. Dr Dąbrowska twierdzi, że w „procesie ozdrowieńczym”, kiedy organizm przestawia się na odżywianie wewnętrzne, ból głowy znika, a ciało może czasowo odczuwać bóle dawnych kontuzji, przechodzić przez stany zapalne stawów, może popsuć się stan skóry. Mojej skórze akurat od początku ewidentnie dieta służy. Pod koniec pierwszego tygodnia jest promienna i gładka jak nigdy dotąd. Zauważają to koleżanki w pracy, ich entuzjazm dodaje mi skrzydeł. Już wiem, że wytrzymam. Zwłaszcza, że rozpoczął się proces najbardziej pożądany – chudnę! 

Z zapałem kroję i szatkuję wszelkie możliwe warzywa, skrapiam je octem jabłkowy, cytryną, sokiem z ogórków. Kiszonki są ważnym elementem jadłospisu. Nigdy nie były moim faworytem. Czym innym jest jednak kiszony ogórek na świeżutkiej kromce chleba z masłem, surówka z kiszonej kapusty, doprawiona aromatyczną oliwą, a czymś skrajnie innym kiszonki z kiszonkami, podlane wodą z kiszonki.

Pienisty koktajl z kiszonej kapusty, ćwiartki jabłka, rozrzedzony wodą z kapusty jest czymś, co trzeba powoli sączyć przez rurkę wprost do gardła. Zatrzymane zbyt długo na języku może spowodować wymioty. Szczęśliwie przemyślałam tę opcję po pierwszym łyku wprost ze szklanki.

Dałam radę, ale uznaję tę formę pożywienia za czysty masochizm. Co za umysł i podniebienie to wymyśliło?!

Surówką z nieukiszonej jeszcze modrej kapusty – zwanej też niebieską lub czerwoną, zależnie chyba od regionu, chociaż każdy widzi, że jest fioletowa, przynajmniej świeża, bo ugotowana bez dodatku octu, rzeczywiście blaknie w odcień niebieskiego – z marchewką i natką pietruszki, skropioną octem, najadam się po kilku widelcach. Wszak żołądek wypełnia już obrzydliwy koktajl. Wyobrażam sobie jak zamiótł z jelit wszystkie złogi  i porozsiewał te wszystkie najzdrowsze pod słońcem bakterie – wszak to kwintesencja diety oczyszczającej!

I myślę, przeżuwając smętnie tę surówkę, jak bardzo dieta wpływa na emocje, że autentycznie fizycznie czuję, jak mi opadają kąciki ust i słyszę to chrupanie w głowie i jest mi naprawdę smutno i – przysięgłabym – zapadam się i szarzeje aura wokół mnie!

Dodaję sobie otuchy, przygotowując pieczony kalafior – ostatni obiad pierwszego tygodnia.

Dziesiątego dnia wieczorem podupadam na duchu. Nie widzę efektów. Mam wrażenie, że wszystko jest takie samo, i brzuch j biodra. Za duże. Cały dzień jestem głodna, zjadam „sutą” kolację z ciepłego sosu z bakłażana na tartym kalafiorze. Kopiastą porcję! Potrzebuję tego – myślę, że kalafior i zblendowany bakłażan nie może mieć przecież więcej niż sto kalorii. Z drugiej strony martwi mnie to, że nie chudnę. W każdym razie nie widocznie. Jednocześnie pozwalam sobie na nadprogramowy deser: podgrzewam w piekarniku garstkę malin z połową tartego jabłka, posypuję cynamonem. Niebo w gębie! Słodko owocowe, przepyszne. Tęsknię za ziemniakami i chlebem! Za jajkami w każdej postaci.

Zjadłabym pożywny poke bowl, na jaśminowym ryżu. Komponuję go w myślach z jajkiem, aromatycznym kawałkiem łososia i fasolką, albo ciecierzycą. To są moje smaki: ciepłe, słodkie, okrągłe. Ta dieta jest jak sztylet w zimny żołądek. Dzięki Bogu za odrobinę słodyczy z marchewki, papryki, malin i jabłka.

Rozmawiamy z dziewczynami w pracy o samoakceptacji. Rzucam anegdotycznie, że rozpoczęłam dietę, bo już nawet  moja rodzina dostrzegła, że zmieniłam kształty, dając temu wyraz w dowcipach i docinkach. Dziewczyny się oburzają. Jedna piękna, bardzo jeszcze młoda, prawie dziecko, mówi, że potrząsnęłaby chłopakiem, który by jej nie mówił codziennie, że jest piękna. Wzrusza mnie ta gorąca deklaracja. Nie tylko dlatego, że przemawia przez nią młodość i naprawdę wybitna uroda. Chłopak musiałby być ślepy, gdyby tego nie widział. Lecz czym innym jest widzieć, a czym innym dostrzegać i komunikować. W zdaniu – pięknie wyglądasz –  to, co jest naprawdę ważne, to komunikat, jesteś piękna dla mnie, ja cię taką widzę. Druga koleżanka po trzydziestce, pozbyła się kompleksów, bo jej partner uważa, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Nie dziwi mnie to, jest piękna jak anioł! Znów obiektywne piękno nie ma jednak tak wielkiego znaczenia, jak to zaangażowanie partnera, by ją do tego przekonać, by dostrzegła swoje piękno w jego oczach i uznała je w swoim sercu. To jest najcenniejsze.

Piękno nie jest zatem czymś wyłącznie obiektywnym. Wiem to i to mnie boli.

Zastanawia mnie jednak, czy mogę wymagać podziwu dla tego, czego sama nie akceptuję, czego sama nie podziwiam?

Jak mogę oczekiwać, że ktoś spojrzy we mnie jak w obraz, skoro niestety, obiektywnie, nie jestem obrazem, a na mankamenty figury zapracowałam obżeraniem się i uporczywym stronieniem od ćwiczeń, czego mój mąż, jak wiem, nie pochwala i sam nie praktykuje.

Zatem nie oczekuję. Zostawiam na razie z boku pragnienie, być kochaną pomimo, dla jakiejś sprawy głębszej, nienamacalnej, niewidocznej gołym okiem, nieubranej w gładką skórę i pięknie zarysowany mięsień. Zostawiam z boku miłość własną i ciało-lubienie bez związku z zewnętrznym okiem przyjaciela czy wroga. Bez odniesienia do majaków obiektywizmu.

Może wszyscy jesteśmy tak piękni, jak widzą nas ci, którzy nas kochają i jak to okazują? I ta zależność od zewnętrznego bytu i jego emocji na nasz temat, jest tu rozstrzygająca. A może jest wręcz odwrotnie – piękno jest wrażeniem, uczuciem w środku, przynależne człowiekowi, z samego bycia w szczerym uścisku z sobą samym? Cała reszta się nie liczy. Jest tylko fasadą i wyobrażeniem, zbiorem utartych opinii. Które nie powinny przenikać do wewnątrz. Moje wnętrze nie jest chronione. Przenika do niego wszystko. Całe konstelacje opinii, cudze emocje i wyobrażenia. Moje wnętrze je chłonie i identyfikuje jako własne, jako niepodważalne. Moje wnętrze miota się i cierpi.

12. dnia jakby wraca mi energia. Zrobiłam pierwszy raz 8 powitań słońca z Mostowską, kilka ćwiczeń z praktyki jogi, wspierających układ trawienny i 30 przysiadów – klasyk ujędrniający „poślady”, jak podsłuchałam kiedyś na siłowni – miejscu wybitnie mi nie pasującym atmosferą, ale rozumiem, że dla wielu pożytecznym i ważnym.

Byłam z psem i na targu po warzywa  i dopiero o 10.30 czuję głód i siadam do śniadania.

Piję – znów ohydny!!!- koktajl ze szpinaku, jarmużu i selera naciowego, z sokiem z cytryny, o wyraźnym smaku zgniłej trawy. Jabłko, a jeszcze lepiej banan uratowałby ten gorzko kwaśny witaminowy zastrzyk. No ale na razie mi nie wolno.

Jem trawiastą surówkę z marchewki i selera, z „pesto” pietruszkowym – zblendowana pietruszka, sok z cytryny i ocet jabłkowy z sokiem z kapusty kiszonej oraz sól i pieprz do tzw. smaku – rzeczywiście pieprz to ratuje! Przebijając się delikatnie przez kwas zostawia w ustach coś ciepłego, nawet sycącego.

Czuję pewien przełom. Waga 66,3 czyli prawie 5 kg mniej!!! Czuję luz w pasie.

Wieczorem idę na imprezę. Jestem już w tak zaawansowanym procesie że nie boję się tego wyzwania.

Po imprezie jednak boli mnie brzuch. Nie zjadłam niczego niedozwolonego, ale chyba po prostu za dużo – w obawie przed głodem i ryzykiem zjedzenia czegoś z piętrzących się na stole pyszności – zrobiłam za dużo surówki z marchwi i białej kapusty. No i jednak okoliczności jej jedzenia były dziwne. Musiałam się zmierzyć z oceną mojego pomysłu – lekką, ale zawsze krytyką i niezrozumieniem. Trzeba było się na nią nie wystawiać i siedzieć ze swoją miską marchwi w domu! Nie przemyślałam tego racjonalnie. Zafundowałam sobie niepotrzebny stres. Rano nie czuję głodu aż do 13.

W związku z tym oglądam książki ze zdrową dietą, planując co zjem w niedalekiej przyszłości. Zjadłabym z nich wszystko!!! Uwielbiam szczególnie ciepłe orientalne przepisy z mlekiem kokosowym, batatami i przeróżnymi pieczonymi warzywami. Pamiętam ich smak i czuję dreszcz emocji. Oczami wyobraźni widzę jak szczupła i wiotka jem tajską zupę warzywną z kalafiorem i różyczkami brokułów i nie muszę liczyć kalorii, bo wszystko w niej jest zdrowe, lekkie, zarazem sycące.

Nie mogę się doczekać.

Po chwili czuję jednak smutek.

Porzucam kulinarne marzenia i idę do pracy.

W pracy jest akurat bardzo pozytywna energia, wraca mi dobry nastrój; potem biorę na spacer mojego siostrzeńca i robię z nim 16 370 kroków! Wieczorem padam, ale jest mi dobrze. Zjadam pyszną zupę warzywną. Z resztki zmiksowanej super gęstej zupy robię sos na tarty kalafior, który będę mieć jutro na obiad. Na jutrzejsze śniadanie przewiduję koktajl z resztek – jarmużu, szpinaku, soku z cytryny. Muszę znów zrobić zakupy.

Drugi dzień trzeciego tygodnia postu – nie chodzi o to, że to, co jem, jest niesmaczne. Chodzi o to, że nie ma treści. Z małymi wyjątkami, głównie potraw ciepłych, wszystko wydaje się jakieś jałowe. Nawet się najadam, ale to nie syci zmysłów. Poza ciepłą zupą warzywną, którą fantazjując wczoraj przy lekturze książki kulinarnej, sama dodaję do diety, pieczonym kalafiorem z curry, czy pieczonym jabłkiem z cynamonem, nic mnie nie cieszy. Po zupie aż się muszę położyć. Tak mi ciepło i błogo bulgocze w brzuchu. Zupę absolutnie polecam i wiem, że będę ją jeść jako „odtrutkę” i przeciwwagę, gdy w przyszłości połakomię się na słodycze. Gotowana bez dodatku tłuszczu, z samą solą himalajską, pieprzem, kurkumą i papryką, lekko pikantna, podbita łychą koncentratu pomidorowego fura aromatycznych warzyw: pora, marchwi, selera, pietruszki, kapustki pekińskiej, kalafiora, brokułów posypana świeżym koperkiem rozlewa mi się ciepłym słodko – ostrym aromatem po całym ciele. Ja, jak to ja – jeszcze mnie „typowej” trochę zostało – uwielbiam dokładki. Jak mi coś smakuje, nie umiem przestać jeść. Oczywiście w 3. tygodniu diety żołądek mam wyczuwalnie mniejszy i gdybym jadła powoli, poczułabym sytość po pierwszej miseczce. Ponieważ jem łapczywie, szybko, dużymi haustami, niemal mlaszcząc z zadowolenia, mieszczą mi się dwie i rozsądek nie pozwala mi sięgnąć po trzecią. 

17. dnia diety jestem mega słaba. Zrobiłam rano powitanie słońca, ale już idąc z psem, ledwo weszłam po schodach, w pracy się słaniam, zero energii. Aplikacja podpowiada mi, że jutro, czyli w czwartek, ostatni dzień. Nie wiem dlaczego, chciałam przecież wytrwać do niedzieli, ale może to jest znak, że trzeba kończyć i nareszcie zjeść jajko. Dzisiaj koleżanka przyniosła własnoręcznie upieczony chleb i masło. Wszyscy degustują. Chce mnie trafić szlak! Dodatkowo, czuję, że nie osiągnęłam swojego celu, bo od dwóch dni waga stoi. Może dlatego, że zaczęłam ćwiczyć. Potrzebuję jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Nic nie jest racjonalne. Przede wszystkim moje odczucia. Przecież czuję pustkę pod żebrami, widzę wcięcie w talii i brak „bochna” pod pępkiem. Jestem szczuplejsza, a czuję się tak jak pokazuje waga, nie czuję sukcesu.

Nierównowaga, albo zwyczajne kuku na muniu!

Mimo nikłego i pojawiającego się tylko na chwilę poczucia zadowolenia, oraz tlącej się w zakamarkach duszy myśli o słabej sile charakteru zaczynam proces wychodzenia ze ścisłego postu. Przez kolejne 2 tygodnie będę stopniowo dodawać do warzyw odrobinę tłuszczu, białka i węglowodanów. Zblendowany ciepły ryż z tartym jabłkiem i cynamonem to iście rajskie śniadanie. Już sam zapach gotującego się ryżu mnie uskrzydla, poprawia nastrój. Jego ciepła, gładka konsystencja wypełnia mi przyjemnie usta i duszę.

Wizualnie dobijają mnie marne ilości składników w przepisach – pół pomarańczy, jedna czwarta jabłka, pół garści jagód, jedna czwarta paczki makaronu (minus 10 gram!)

Makaron uwielbiam, nawet ryżowy, każdy. Normalnie zjadłabym z pół paczki, lekko! Plus kopę dodatków. Tu mam 8 pomidorków koktajlowych i tzw. pesto z garści szpinaku i pół garstki orzechów nerkowca. Wszystko mniam, ale mało i zimne. Mimo, że na poziomie żołądka czuję  sytość, całe ciało pozostaje jakby w niedosycie. Jadłabym i jadła, chociaż jednocześnie martwi mnie efekt wydętego brzucha. Osiągam go stosunkowo łatwo, bo żołądek jest skurczony, dla niego jedzenia jest dość. Moje potrzeby są w głowie. Usta by jeszcze smakowały, zęby przeżuwały, oczy, przede wszystkim oczy cierpią, gdy wszystko tak szybko znika! Moja głowa nie wie zatem czy lepiej jest być głodną czy najedzoną. Jedna część mózgu pragnie jeść, smakować, wchłaniać aromaty, druga boi się, że od tego przytyje! Od 40 g makaronu ryżowego z garścią szpinaku, kupką orzechów i łyżką oliwy oraz 8 pomidorków koktajlowych! Mentalnie głodna jak pies, zaciskam lekko wydęty brzuch i idę na spacer. Jednocześnie marzę, żeby najeść się chleba i ziemniaków! Nie rozumiem, co jest ze mną nie tak, że mam tak sprzeczne potrzeby. Wiadomo, że chcę być szczupła. Ale cena jest za wysoka, mój umysł jest wyczerpany walką z granicznie innymi potrzebami, dysonansem między zadowoleniem z osiąganych efektów, a zniecierpliwieniem ich ulotnością. Nie mogę kontynuować postu. Za bardzo przeszkadza mi to żyć. Wiecznie myślę o jedzeniu, głodna czy najedzona, jestem nim owładnięta. Ostatnie dwa dni waga spadła nagle o 1,1 kg, żeby dziś podskoczyć o 0,4 kg. Potrzebuję schudnąć na tyle, żeby widełki do 2 kg nie robiły mi mentalnie  różnicy. Najgorsze jest, że te parę gram rzuca mi się na mózg i oczy. Jednego dnia się widzę szczupłą, straciłam to, co mnie najbardziej raziło estetycznie, ale codziennie drżę, że to wróci, że wystarczy kęs czegoś nieodpowiedniego i znów mi urośnie wał na brzuchu, wyskoczą cellulitowe gąbki na biodrach. Jestem w pułapce. Chcę się cieszyć życiem i normalnym jedzeniem, boję się, że straciłam tego zdolność. Jestem zgrabna, mam piękną, zdrową cerę i wciąż jestem podskórnie załamana i smutna.

Dzisiaj w pracy było mi strasznie zimno i znów mi się lekko kręciło w głowie. Wypiłam ohydny, zimny, kwaśny, cholernie zdrowy sok pomidorowy. Pomógł na zawroty.

Znajoma mówi: „na Dąbrowskiej rozjaśnia się umysł”. No mój raczej nie! Jestem otępiała jak na lekach silnie uspakajających, z drugiej strony podirytowana. Robię codziennie ponad 10 tysięcy kroków, powitanie słońca, 30 przysiadów 30 ćwiczeń na biust (bo ten akurat nie lubi diety) i 30 brzuszków, a raczej 3 razy po dziesięć! Bo moja kondycja jest żadna. Wczoraj dodałam skłony boczne i koniecznie muszę się więcej rozciągać, bo mam straszne przykurcze w pośladkach i przyczepach guzów kulszowych, ledwo się mogę schylić. Ten ból mam już od lat, nie umiem go zwalczyć, ani fizjoterapią, ani ćwiczeniami… może gdybym naprawdę regularnie, codziennie rozciągała tyły ud i lędźwiowo –  krzyżowy odcinek kręgosłupa, byłby jakiś efekt, ale to jest strasznie żmudne. Takie rzeczy mnie totalnie rozwalają. Wolę przejść dwa okrążenia wokół Plant niż pięć minut solidnie porozciągać nogi. Zniechęca mnie ból.

Z drugiej strony, czy ja muszę w skłonie kłaść dłonie płasko na podłodze?! To że dwadzieścia lat temu jeszcze się zwijałam w kłębek i zakładałam nogi na szyję nie oznacza, że będę taka giętka do końca życia. Ale ciągle – od lat chyba dziesięciu, jak mi się różne przykurcze porobiły i stałam się sztywna i bolesna – marzę o powrocie do gibkości z młodości i to że jej nie odzyskuję, a raczej mam coraz głębsze poczucie, że ciało mi zdrewniało – bez końca mnie zasmuca. Spotyka mnie to, czego się całe życie bałam –  starczy brak koordynacji i gibkości – i nie umiem sobie przyznać, że jest to coś naturalnego. Że oczywiście regularnymi ćwiczeniami – ale ja niczego nie umiem robić regularnie i długoterminowo! – dałoby się utrzymać ciało w jako takiej sprawności, lecz ewidentne przymioty młodości należy sobie odpuścić, gdy zwyczajnie minęły. Jestem emocjonalnie zakorzeniona w obrazach z przeszłości, otaczam się mrzonkami przyszłych wspaniałości, tylko teraźniejszość kuleje, na wszystkich poziomach niedomaga. Więc rozciągam się między rozpaczą za minionym i euforią przyszłych wzlotów, ledwo zipiąc przywalona głazem teraźniejszych niemocy, niedostatków, słabości, uchybień, wiecznie sobie urągając, wiecznie coś sobie ujmując.

Cała ja i ciut ciut inna

Po miesiącu diety nastał tłusty czwartek. Wiedziałam, że podejdę do niego tradycyjnie. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym nie zjeść pączków. Przeszło mi przez myśl, że może mogłabym zachować umiar i rozsądek i zjeść jednego. Ostatecznie trochę się rzuciłam w dawny schemat, trochę go zmodyfikowałam. Pierwszy pączek był zwykły, sklepowy. Nieszczególnie smaczny. Umówiłam się z siostrą, że pójdziemy razem na długi spacer i na najlepsze pączki w cukierni Michałka na Krupniczej,  ale siostrzeniec i pogoda zmusiły nas do odstąpienia od tego planu, więc kupiłam nam po jednym sklepowym. Ugryzłam, chyba 2-3 razy i… nie zjadłam go, dobre pół zostawiłam. Totalnie nowa ja!!! Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło, żeby nie dojeść ciastka. Ale miałam w planach spróbować pączków „NAJLEPSZYCH”, więc nie chciałam się opychać średnimi. Piękne uczucie – umiar i spokój wobec cukru! Opłaciło się zaczekać do popołudnia, bo „NAJLEPSZE”, kiedy już po nie dotarłam, okazały się boskie!! Zjadłam 2 i pół dojadłam po córce. Na czwartego poszłam z nią na drugi brzeg Wisły, ponad 2 km w jedną stronę, w deszczu. Chyba chciałam po prostu zrealizować założenie, że zjemy sobie pączka w kawiarni. Marzył mi się taki specjalny, z kremem pistacjowym. Niestety już ich nie było. Kupiłyśmy ersatz założenia. Ale miło było pogadać!

Chociaż dla żołądka 4. pączek okazał się udręką. Odbiło mi się sodą i poczułam, jakbym najadła się kamieni. W przyszłym roku zdecydowanie trzymam się cukierni tradycyjnych i ilości symbolicznych – tak postanawiam dziś, cokolwiek sobie z tego zrobię w przyszłości! Dzisiejsze – jedyne pożywienie tego dnia! – wychodziłam, wyćwiczyłam, wyjeździłam na rowerze, wypływałam. To też jest nowe. Nie do końca pozytywne, w związku z silnymi znamionami obsesji, by nie przytyć, ale kojąco spokojne w formie i pozbawione wyrzutów sumienia, zgodne z założeniami. Zaczęłam dzień Pilatesem i 50 długościami basenu. Na Pilatesie wszystko mnie bolało, w wodzie się uspokoiłam, ukoiłam, poczułam na moment szczęśliwa. Może to jest naturalne, że woda koi ciało i uspakaja zmysły. Człowiek jest nią w 65 %. Gdy jest jej odpowiednia ilość, ciało jest jędrne, gładkie, sprężyste, świetliste, zdrowe. Jej brak widać i czuć.

Cały dzień pada. Ignoruję ten dyskomfort. Chcę zjeść pączki, muszę to udźwignąć! Rowerem przez zalane deszczem ulice jadę do cukierni i w innych sprawach. Potem ten spacer z córką, 4 kilometrowy. Szybki marsz na wystawę, do nowo otwartego Bunkra i dwie długości Plant – 7 km – niemal truchcikiem. Chociaż przy drugim okrążeniu musiałam ciut zwolnić i wypić sok pomidorowy, by uzupełnić potas i dodać sobie odrobinę energii. Notabene sok pomidorowy to jest tortura dla podniebienia, do której powoli się przyzwyczajam. Jestem wielką fanką zupy pomidorowej – w każdej formie, ale ciepłej, gorącej – za sokiem pomidorowym, delikatnie mówiąc, nie przepadam. Brzydzi mnie jego zimna, pienista konsystencja, ale udaje mi się go przełknąć, bo wiem, że najszybciej dostarcza tego, czego brakuje osłabionemu ciału. Tak działa magia pozytywnego nastawienia! Wieczorem zrobiłam jeszcze brzuszki i przysiady. Padam na pysk. Ale czuję coś na kształt zadowolenia.

Myślę o tym, czy uda mi się na zawsze wyjść z emocjonalnego rollercoastera związanego z jedzeniem. Czy uda mi się nie wrócić do opychania się kanapkami z serem i słodyczami? Ale nie dlatego „że mi nie wolno” i że to jest „obiektywnie mniej zdrowe”, ale dlatego, że tak zechcę i tak wybiorę. Doświadczyłam wielu wspaniałych smaków – sycących wszystkie zmysły, a niezapychających ciała cukrem i mąką. Chciałabym przy nich pozostać. Poszcząc, obsesyjnie myślę o jedzeniu, ale przecież to się kiedyś skończy, nastanie dzień „normalnego” odżywiania (TEN dzień – DZIEŃ RACJONALNEGO ODŻYWIANIA!) – czy nie taki sobie postawiłam cel?! Wejść w tryby normalnego i racjonalnego życia pozbawionego obsesji i skrajności? Oczywiście pierwszym celem było schudnąć, oczyścić organizm z nadmiaru – cokolwiek to obiektywnie i medycznie znaczy – zmagazynowanego cukru, soli, glutenu, tych ZŁOGÓW z wielkimi oczami, które powodują stany zapalne we wszystkich tkankach. Nawet jeśli w to wierzę, że to był mój cel nadrzędny, co po jego osiągnięciu? Co zrobię ze sobą – szczupłą i lekką, co zrobię z tą wiedzą, że nie tylko czekolada i nie tylko cała wielka tabliczka czekolady zaspakaja apetyt na słodkie? Że słodkie są też ciepłe maliny z tartym jabłkiem i cynamonem. Jasne!, nie jak lody waniliowe z ciepłym sosem malinowym, ani krucha szarlotka z kruszonką, ale jako quasi słodycz wypełniają doskonale swoją deserową misję, bardzo sycąc zmysły smaku i wzroku.

Czy polubię moje odświeżone, szczuplejsze ciało bardziej? To jest na jakimś poziomie, myślę ok., nie chcieć być otyłym, dbać o formę. Ciało-lubienie to też nie może być miłość wbrew… wbrew własnej estetyce, wbrew temu, co ja osobiście uznaję za ładne, zgrabne, ponętne, pożądane. Tak! Ale gdzie przebiega granica w pragnieniu lepszego między jednak akceptacją, a negacją i odrzuceniem swojej cielesności – takiej jaka ona po prostu z natury jest? Czy uda mi się pobudzić naturalne ciepłe, czułe uczucia wobec cielesnej formy jaką jestem w tandemie z całą gamą emocji? Czy ukoję myśli i hormony, wszystkie widzialne i ukryte emanacje mnie – w mojej aktualnej ludzkiej postaci? Czy je cicho i spokojnie, bez awantury, bez wrzasku w głowie, dudnienia w bębny pod czachą, bez błyskawic w oczach, wyładowań serca, konwulsji trzewi, bez drżenia, dygotu, bez wątpliwości tak po prostu wezmę, przytulę jak niemowlę w ciepłym kocu i uznam za najpiękniejszą, albo po prostu wystarczająco piękną, bo własną postać?! To jest fundamentalne. Bez tego nic się nie uda.    

Przepełnia mnie nadzieja, zaraz potem ogromne wątpliwości. Dlaczego miałoby mi się udać teraz?

6 kg lżejsza, 7 cm szczuplejsza w talii i w biodrach, 9 w linii, którą nazywam niskim pasem lub wysokimi biodrami, tam gdzie wypukłości deformują sylwetkę, wszystko zniknęło! Mam o 4 cm smuklejsze uda i o 2 cieńsze ramiona. Idę na imprezę w super skinny sukni syreny… Póki ją mam na sobie mam miarę, której nie mogę przekroczyć. Miarą jest też uczucie sytości skurczonego dietą żołądka, ale moje zmysły są otępiałe, zdziczałe po długim okresie głodu. Sytość to nie jest tylko stan fizycznego zaspokojenia głodu, to smak jedzenia w ustach, to nieuchwytna błogość, od której nie mogę się oderwać gdy następnego dnia workowate spodnie i oversizowa bluza nie krępują mojego brzucha i kryją ciało pod szerokimi warstwami… jakby w jednym momencie puściły wszystkie hamulce. Po pierwszym kęsie ciasta jeszcze nie wiem, że za chwilę nie będę umiała się zatrzymać. Przechodzę do sałatek – przecież lekkich i zdrowych – ale po nich przyjaciółka podaje ciepłe, słodko pikantne wegańskie curry z batatem i ciecierzycą na mleku kokosowym – smak, na który czekałam od miesiąca. Po nim znów mam ochotę na słodkie, jem drugi kawał obłędnego ciasta marchewkowego z orzechami i grubą warstwą kremowej pierzynki na bazie mascarpone. Popijam kawą. Jestem w kulinarnym niebie! Za chwilę odpakujemy jeszcze makowiec, który kupiliśmy rano w lokalnej cukierni. Śląski makowiec to jest coś najpyszniejszego na ziemi! O dziwo, nie wszyscy się skuszą. Niektórzy są po prostu najedzeni. Ja – gdybym umiała słuchać swojego ciała –  też nie mam już na niego miejsca, mimo to pochłaniam wielki kawał i rozpływam się nad każdym kęsem!

Jestem tak obżarta, że robi mi się niedobrze. Ale gdy dotrę do domu, żołądek upora się z tym uczuciem przesytu na tyle, żebym nie umiała odmówić mamie spróbowania jej naleśników. Spróbowania?! Próbuje się kęs, pół, no dobra – jeden, ale czemu ja zjadam dwa? Bo już jestem w cugu, już mi puściły wszystkie hamulce. Nie czuję się z tym dobrze. Wpadam w panikę. Po co to sobie robię? Czemu znów jestem taka słaba, niepohamowanie łakoma, czemu nie mam umiaru?

Żołądek sięga mi pod przeponę i solidnie ją uciska. Próbuję się ratować ziołową herbatą. Wiem że przesadziłam na całej linii. Ocieram się o myśl, żeby to wszystko zwymiotować. Tej granicy nie przekraczam. Wiem, że za nią choroba ma konkretną nazwę.  

Boję się że mi się znów nie uda. Nie jestem z siebie zadowolona.

Idę na spacer, truchtem prawie. Muszę to wychodzić! Muszę zmusić ciało do trawienia i wydalenia nadmiaru jedzenia.

I nagle, przechodząc koło grupki młodych ludzi, słyszę zdanie wyrwane z kontekstu i wyrywające mnie  z moich dręczących autoanaliz: „(…)waga wielorybia. Ponad 60 kg, to już nie kobieta”. Nie mogę się otrząsnąć z szoku. Nie mogę odżałować, że nie spojrzałam w oczy wypowiadającej je dziewczynie. Poszłam dalej, jak porażona prądem. Nie brzmiało jak ironia. Poczułam jakby mnie ktoś zdzielił w twarz, albo bardziej kopnął w brzuch. Z zewnątrz zabrzmiało jak coś skrajnie głupiego i jednocześnie jak wyrafinowana w swym okrucieństwie mowa nienawiści. Dlaczego tak mnie oburzyło, skoro – używając innych słów, ale tych samych kategorii obrzucam samą siebie na co dzień takimi obelgami? Czy nie widzę, jak złe i głupie jest takie szarpanie się z sobą, walka z własnym ciałem, wieczne chłostanie go oczami i smaganie dialogami z własnej głowy?

Widzę.

Czemu opinia – pierd umysłu obcej kobiety razi prądem, bardziej niż własne bolesne i krzywdzące myśli, a niekiedy i na głos wypowiadane słowa? Bardziej niż dotyk własnej dłoni na brzuchu – kontrolujący, karcący, karzący, obrzydliwy, gdy bierze w palce kawałek skóry, by sprawdzić ile jest jej w nadmiarze.

W nadmiarze, według niejasnych i niemierzalnych właściwie kategorii, skoro czuję go nawet wtedy, gdy praktycznie znikł, boję się jego potencjalnej obecności, czuję jak się rozrasta, pulsuje i puchnie, gdy jakiekolwiek jedzenie wypełnia mi żołądek.

Z jakiego deficytu jestem uformowana?

Czy istnieje coś, co zapełni rów mariański we mnie?

Odpowiedź jest blisko, trzeba tylko naprawdę chcieć ją usłyszeć.


4 odpowiedzi do “Smutek kiszonek”

  1. Jakbym o sobie czytała 🙁 Kompulsywne jedzenie to moja zmora od lat /mam ich 61,5/, a od kilku miesięcy, gdy przestałam pracować, doprowadza mnie do szału, bo widzę, że tyje w oczach, a nie potrafię się opanować i pochłaniam wszytsko, co znajdzie mi się na drodze.
    A samoakceptacja? Hm, bywa różnie, uczę się kochać siebie, ale gdy widzę swój brzuch/uda….
    Trzymam kciuki za Panią, za siebie i za wszystkie MY, trwające przez całe życie z poczuciem niemilosci ❤️😘☺️

  2. Dobrze poczytać przed wiosną, gdy od kilku tygodni w głowie Dąbrowska. Bo skuteczna, bo szybka. I te same myśli o ciele. Żołądek skręca się na samą myśl o kiszonkach bo jest podrażniony lekami na tarczyce od 25 lat. Zupy lepsze. Doszłam do tego po kilku próbach. Z biegiem lat/doświadczeń wiemy co dla nas dobre. Czasem jemy, żeby poczuć się dobrze, zajadamy samotność, celebrujemy kogoś Dania, oedstresowujemy się żuciem. Ostatnio w Kafce u Gosi Ohme uslyszalam, ze często pomaga psychodietetyka. Nie wiem czym zakopać rów. Chyba tylko codziennymi kamykami wdzięczności do siebie.

    • Powodzenia w wiosennych „porządkach”:)
      Długo nie dopuszczałam do siebie myśli, że to są deficyty w miłości, przez to też miłości własnej. Wdzięczność praktykuję od niedawna.
      Dziękuję za komentarz i zapraszam do innych tekstów na blogu:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *