„Stopy względnie kształtne do szpilek”, czyli bon moty i traumy.


Jest zaledwie kilka sytuacji, które zapamiętuję w szczegółach. Są w mojej pamięci tak wyraźne, jakby działy się wczoraj. Najwcześniejsza ta, w której stoję na niebieskiej wersalce, ustawionej wtedy pod oknem. Mama przymierza mi biały T-shirt z ananasem. Wszyscy się uśmiechamy. W fotelu tata, zadowolony, że udało mu się kupić odpowiedni rozmiar dla mnie, swojej starszej, mniej więcej pięcioletniej córki. Młodsza jest wtedy może dwulatką i wcale jej nie ma w tej scenie. Mama i tata są tam tylko dla mnie.
Widzę także rajstopy. Pierwsze szare, wzorzyste i gryzące, lecz moment, kiedy je wkładam jest podniosły – wyjeżdżam tylko z tatą na krótką wycieczkę do Krakowa – więc dyskomfort ma drugorzędne znaczenie. To jedyna wycieczka, jaką pamiętam, jedyna, na którą jadę z tatą. Ta sama, podczas której kupi mi „żółtą oranżadę w woreczku, z niebieską rurką, w tajemnicy przed mamą”. Potem nic już nie będzie takie samo. Kiedy taty już nie będzie, rajstopy – przez mamę zdobyte – bo już niczego wtedy nie można było kupić normalnie, będą miały piękny czerwony kolor, ale od nowości będą odrobinę za małe. Będę się w nich męczyć, z braku innych. Siostra dostanie szczęśliwie właściwy rozmiar.
Przypominam sobie jeszcze te białe rajstopy, które pomaga mi włożyć ciocia Jadzia. Białe, na pewno nie czarne, chociaż idziemy na pogrzeb.
Zupełnie nie widzę w tych scenach innych elementów garderoby.
Kilka lat później, gdy w telewizji leci „Niewolnica Izaura”, a wszystkie koleżanki i ich matki drżą z ekscytacji, gdy zezowate oczy pięknej, dręczonej niewolnicy zalewają się łzami, chociaż – jak wszystkie – czekam na serial cały tydzień, tego dnia nie skupiam się wcale na wątłej fabule. Moją uwagę pochłania całkowicie nowa spódnica, szyta z koła, przez to niezwykle wirująca kilkoma fioletowymi odcieniami. Istne cudo, w którym się kręcę, aż do zawrotów głowy. A mama, która mi ją szyje, jest zadowolona, może nawet szczęśliwa, że udało jej się zdobyć ten kawałek ładnego materiału i że może mi sprawić tyle przyjemności. Czuję się w niej absolutnie szałowo, podskakuję i tańczę. Mam jedenaście lat i nie mam pojęcia, że zapamiętam tę scenę do końca życia, bo będzie mnie sycić uczuciem samozadowolenia.


Zawsze myślałam, że to się wzięło z okresu dorastania. Wtedy jednak rezonują już we mnie sprawy, rozegrane wcześniej, poza moją świadomością. Zanim wiedziałam, że ja to ja, za wysoka, z za długimi nogami i rękami. Z „żabimi” – według opinii wrednej Baśki spod trójki – wiecznie zdziwionymi oczami. Chodząca w podskokach, co strasznie denerwowało moją mamę, wiecznie zagubiona między pragnieniem wyrazistości, a wstydem wyróżniania się. Nastolatka, uwikłana w wewnętrzne konflikty i zrywy zachwytu. W bolesnym procesie samookreślenia.
Analizuję go ze zdziwieniem. Ten fantastyczny proces i jego zaskakujące źródła zasilania.
Przypominam sobie taką scenę: zamiast obszernego swetra z wielkimi okami, noszonego zamiennie z granatowym „w serek”, zakładam do szkoły czerwoną bluzkę z krótkim rękawem i koszulowym kołnierzykiem. Mam szesnaście lat, dzielę skromną szafę z siostrą, coś podbieram od mamy i raczej nie mam wyraźnego stylu. Jest początek lat 90. i w naszym mieście jest jeden butik, w którym dwa lata wcześniej kupiłam skrajnie niepraktyczną, ale w moim odczuciu piękną białą kurtkę z niebieskim pasem pośrodku. Na początku liceum nie stać mnie już na ten butik, a czerwona bluzka wydaje mi się lepsza od nudnego, granatowego sweterka, który, jako spadek po podstawówce, nie pasuje do osoby, jaką chciałabym być w liceum. Jest też inna od, noszonego do brązowych welurów, quasi hipisowskiego swetra po mamie, szukającej swojego stylu w nowej fryzurze „na jeża”. Ma żywy koralowy odcień. Ja zaś próbuję po prostu wyglądać ładnie. „Modnie” nie jest wtedy kategorią, której jestem szczególnie świadoma. Obserwuję otoczenie i staram się upodobnić do tych, nielicznych, barwnych i wyrazistych, którzy mi imponują stylem, lub – bardziej – tym, co ich styl wyraża. W moim środowisku, na początku lat 90. takich osób jest dosłownie kilka. Jedna z nich jest moją przyjaciółką. Królowa swobody, zawijająca kolorowe chusty wokół szyi i ramion, nonszalancka i pewna siebie. Przejmę od niej zamiłowanie do wyrazistych pierścionków, z chustami i apaszkami nie zaprzyjaźnię się nigdy. Ona porusza się w nich swobodnie, nie dba o przystawalność, jest denerwująco urocza. Czasem, kiedy pożycza mi coś ze swojej garderoby, spływa na mnie trochę tego barwnego blasku, jednak nie ma we mnie jej swobody. W temacie czerwonej bluzki jest brutalna. Gdy mówi: „Nie możesz takich nosić! Poszerzają ci ramiona!”, uderza nie tylko w czuły punkt moich trosk związanych z wyglądem fizycznym, ale podważa mnie całą, podkopuje pewność siebie, zawstydza, ośmiesza, – decyduje, co mi pasuje i nie zostawia miejsca na moje odczucia. Czuję ten wstyd i zażenowanie do dzisiaj. Nawet, gdy dorosła, wkładam co chcę i lubię – jak mi się najpierw wydaje – zaraz łapię tę myśl natrętną – czy ramiona? Czy biodra? Czy łydki? Co się uwypukla? Czy aby na pewno mam w tym kształt odpowiedni?! I kto ma to ocenić? Nie codziennie, ale zbyt często ten element oceny mąci mi myśli i koślawi odbicie w lustrze.
Trzeba przyznać, że licealna przyjaciółka nie jest pierwszą, ważną dla mnie osobą, która podważa moje ubranie, niweczy wysiłek wyrażenia swojego stylu. Rok czy dwa wcześniej jako laureatka konkursu recytatorskiego, jadę odebrać wyróżnienie i wyrecytować mój wiersz przed szerszą publicznością. Jedziemy z polonistką, elegancką kobietą koło czterdziestki. Biały sweterek z wełny bouclé, ma plamę na piersiach, którą przykryję malowaną na srebrno broszką w kształcie motyla, dodatkowo drapując na ramionach delikatną, dzierganą na szydełku, białą chustę. Cóż to była za oryginalna i romantyczna kompozycja, godna szkolnej poetki! Uwielbiana polonistka, wbrew oczekiwaniom, nie jest jednak oczarowana, i radzi mi raczej zdjąć chustę, co skutecznie hamuje mój recytatorski kunszt i entuzjazm. Do dziś czuję tamto, jako coś zawstydzającego, a każdy efektowny akcent stroju przypomina mi tamtego plastikowego motyla, w wełnianej chuście na białym swetrze z wełny bouclé. W moim odczuciu ośmieszonego.

Nieprędko pojmę dlaczego ta i wcześniejsze, zapamiętane chwile będą miały dla mojej tożsamości fundamentalne znaczenie.


Ale definiują mnie buty. Buty jako źródło dyskomfortu, buty jako wieczny zgrzyt stylistyczny, oderwane od reszty stroju. Buty zniszczone, znoszone, rozdeptane, ale też wyjątkowo piękne, wesołe, oryginalne. Buty, które ściągają wzrok i wywołują zdziwienie. Buty, które zachwycają i dodają animuszu. Buty na pewno mają taką moc. Nie jestem pewna, czy jest to wyłącznie moje doświadczenie, czy też coś typowego dla nas, urodzonych w czasach, kiedy buty kupowało się takie, jakie akurat były dostępne, niekoniecznie te, które się podobały. Pierwsze, które pamiętam, jeszcze w podstawówce, były jednak śliczne. Białe tenisówki, nie „czeszki” z gumką, lecz sznurowane z przewiewną siateczką po bokach. Choć miały być urodzinowym prezentem, dostałam je wcześniej, w dniu, w którym stare, może za małe już, paskudnie mnie obtarły. Nowe, założone na grube plastry, były wspaniałe! Dodały mi skrzydeł, wprost przeciwnie do plastikowego motyla, który je podciął, zostawiając słabo zabliźnioną ranę. Zostałam, na krótko, samozwańczą królową podwórka. „Na krótko” jest tu kluczowe, bo pamiętam dzieciństwo raczej jako serię obuwniczych dramatów. Bezkonkurencyjnie pierwsze z najgorszych były srebrno – białe „relaksy”. Ani teraz, ani – tym bardziej – wcześniej – ani szałowe, ani kultowe. Ohydnie niezgrabne, dodawały mi kilku centymetrów, co w moim żyrafim wzroście czyniło mnie bardziej widoczną w tłumie i wystawiało poza, czy też – należy powiedzieć – ponad wzrok i zainteresowanie chłopców z osiedla. Do dziś będę pamiętać ten brak zainteresowania i twierdzić, że nigdy się nikomu nie podobałam w młodości, a chłopcy będą mnie jeszcze bardzo długo peszyć. Najbardziej Ci, niezbyt wysocy, wobec których czuję dyskomfort swojego słusznego wzrostu.
W zdezelowanych mokasynach było mi przykro i niewygodnie. Miały jakąś wadę fabryczną, dzięki czemu były tanie. Czułam się w ich, skądinąd miękkiej skórze, jak robotnica, w praktycznym, ale niewygodnym stroju.
Czule wspominam lakierki z atłasową kokardą! Pochodziły z Wiednia i, choć niewygodne, dodawały szyku mojej studniówkowej sukience, uszytej przez mamę z fioletowego aksamitu. Z niego powstaną za kilka lat mega – hiper – szałowe! – własnoręcznie zaprojektowane czółenka, z wielką – udrapowaną przez moją siostrę – aksamitną różą na czubku. Mam je do dziś i wkładam czasami, nie zważając na modę, dyktującą aktualny, pożądany kształt obcasa. Są moje. Nikt takich nie ma. I jeśli miałabym się utożsamić z jedną rzeczą z mojej garderoby, to chyba właśnie z nimi.
Trudno w to dziś uwierzyć. Równie trudno jak w buty „na kartki”, wystane w kolejkach, ale żółte „huntery” uczyniły ze mnie towarzyskiego oryginała. To było zabawne doświadczenie, choć wymagało pewnego hartu ducha. Dziś by to nikogo nie wzruszyło. Wtedy wszyscy mnie zaczepiali. W pewnym sensie było to coś dziwnie miłego. W czasach, kiedy w Polsce mało kto w nich chodził na co dzień, paradowałam w nich na Wawel, trzeba przyznać, w ledwie kropiącym deszczu, wystawiając się – na wpół świadomie, częściowo testując w tej sytuacji samopoczucie – na śmichy-chichy, zdumione komentarze. Świeciły ostrą żółcią z daleka i trochę ludzi uwierały, jako coś niestandardowego.
Nabijane złoconymi ćwiekami, płaskie sandały od Toma Forda, kupione w jakimś berlińskim outlecie uwolniły moje stopy i przewartościowały moje ego. Były tak piękne i wygodne, że nosiłam je naprawdę wszędzie, przez kilka lat. Jednocześnie okrywały i odsłaniały stopę w sposób niemal zmysłowy. Malowałam do nich paznokcie na czarno lub klasyczną czerwienią i nagle zaczęłam akceptować wygląd swoich stóp, które dotychczas ukrywałam. Patologiczne wprost zażenowanie, które czuję w związku z kształtem własnych stóp ma źródło w efektownym i złośliwym bon mocie przyjaciółki „od czerwonej bluzki”, która innym razem, na moją skargę, dotyczącą uwierających butów wyraziła opinię, że „powinnam z takimi stopami nosić tylko ortopedyczne”, jej zaś stopy, mimo że nie najdrobniejsze, jak dowodziła dalej – „są względnie kształtne do szpilek”. I przedstawiła to jako fakt bezsporny, co mnie – osłupiałą – na długie lata naznaczyło skrajnym brakiem luzu w kwestii wyboru obuwia na moją, faktycznie dość szeroką, stopę w rozmiarze 40 plus. Z czasem, z nieskrywaną satysfakcją, odkryłam, że modelki o pięknych chudych nogach i wystających kościach policzkowych mają bardzo podobne, kościste, duże stopy.


Mówi się, że moda przemija, lecz styl pozostaje. Jest czymś osobistym, co da się, jak sądzę, wypracować, niezależnie od oficjalnych modowych trendów.
Jest to coś naturalnego i jednocześnie niełatwego do osiągnięcia. Wymaga wiary w siebie, umiejętności określenia, kim się w ogóle jest i jakim się jest, także zewnętrznie.


Dorastałam w czasach niedostatku. Byłam wrażliwa na ocenę i niepewna siebie. Miałam naprawdę niewiele. Jedne dżinsy, kilka swetrów, nigdy nie wystarczająco i nie dość fajnych T-shirtów i te cholerne buty – zazwyczaj jedne do wszystkiego. Brak swetra w tureckie wzory ze sklepu górniczego* czy śnieżnobiałych skarpetek z C & A otrzymanych od rodziny z Niemiec, nie był fajnym doświadczeniem. Nie mogę jednak powiedzieć, że wykluczał mnie z jakichś grup rówieśniczych. Jedne koleżanki chętnie pożyczały swetry, inne dawały w prezencie białe skarpetki. Tak się wspierałyśmy. Lecz brak, ogólny brak wszystkiego był dla mnie podstawowym problemem.


Były też momenty, kiedy wypracowywałam tymi marnymi środkami, namiastkę stylu i swobody, które mnie uszczęśliwiały.
Pamiętam szczególnie – siebie, gładko uczesaną w ciasny, niski kok, niczym wokalistka Vaya con Dios, śpiewająca w słuchawkach mojego pierwszego walkmana. Pamiętam jak kroczę, podskakując lekko, sunę, na pewno nie idę normalnie, płynę, frunę raczej przez berlińskie ulice. Jestem chuda jak trzcina, giętka i chyba raz w życiu swobodna w ruchach, jedyny raz, jaki pamiętam, zadowolona z siebie fizycznie. W tanim jasnoszarym, bawełnianym golfie i jasnych dżinsach marki Levi`s, dziewczyna gotowa zawojować świat, z głową wypełnioną marzeniami. Jestem dla siebie prawie piękna. Lecz poruszam się tak tylko w przestrzeni, w której nikt mnie nie zna.
Kiedy dziś, grubo po czterdziestce, w czerwonych adidasach, niebieskich, skarpetkach i przykrótkich, szerokich spodniach z dresu od Donny Karan, wyszperanych w TK Maxx-ie, w jakiejś bluzie z kapturem, ulubionej parce od SKOTCH & SODA wychodzę na spacer z psem, mój strój – nie starannie dobrany, lecz naprędce włożony, wprost po wstaniu z łóżka – wyraża namiastkę swobody. Wypracowanej i nie zawsze – mimo, że, jak chcę wierzyć, nie definiują mnie już dawne braki – swobody łatwo osiągalnej.
Oto jestem! Kobieta w ciuchach wielkomiejskiej dziewczyny. I ona i ja pochodzimy z tego świata – z Berlina, Warszawy, Londynu. Jestem jednocześnie anonimowa i jestem sobą. Nie jestem ani fashionistką, ani modową abnegatką. Staram się, co czasem mi wychodzi, być po prostu sobą. Kobietą z psem na spacerze, której nie interesuje, co inni na jej temat powiedzą. Czerpię przyjemność z ubrań, w których jest mi fizycznie i duchowo wygodnie. I wierzę, że wybieram je tak, by mówiły o mnie moim własnym językiem.
Mam nadal swoje traumy modowe, jedne utulone, inne zagrzebane głęboko, a szafę mam czystą i minimalistyczną. Własną. Nie podebraną mamie, nie dzieloną z siostrą, nie pożyczoną od koleżanki. Rajstop nie znoszę i nie noszę, buty lubię raczej płaskie i mam wyjątkową kolekcję sukien na wszelkie okazje. Są prezentem od uwielbianej i utalentowanej siostry. Są moją tarczą, moim srebrnym motylem, którego czasem usidlam. Jeśli zechcę, mogę je włożyć i rozluźnić krępujące mnie więzy. Dodać sobie skrzydeł. Zawirować, jak przed smutną Izaurą, wielobarwnym odcieniem szczęścia i swobody, danych mi tylko na chwilę.


*w latach 80. na Śląsku były specjalne sklepy dla rodzin górników, w których było lepsze i bogatsze zaopatrzenie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *