Azory – Portugalia – 27. 12. 2023 – 3. 01. 2024


Powstaje pytanie, czemu człowiek sobie to robi. Czemu wsiada do metalowej puszki, bardzo ciasno nabitej fotelikami, w których mieszczą się jako tako tylko ludzie o, co najwyżej, średnich gabarytach. My wysocy obijamy kolana, zginamy kręgosłupy, jakbyśmy się znaleźli w domku dla lalek. Na dodatek domkiem nieprzyjemnie trzęsie, momentami żołądek podchodzi do gardła, w uszach głucho i boleśnie piszczą bębenki.

Wiadomo, że jakby co, to amen.

Należę do plemienia cykorów. Boję się szybkiej jazdy na rowerze, nie wsiadam na żadne ekstremalne karuzele, w żadnym razie na rollercoastera. Nigdy nikt by mnie nie namówił na bungie, ani nawet paralotnię. Latanie samolotem to dla mnie aktywność level hard. A jednak ciagle wsiadam do samolotu i totalnie wbrew logice oddaję swoje życie w ręce nieznajomego. Lubię, wsiadając, spojrzeć pilotowi w oczy. Zawieram z nim tajemny pakt, że mnie dowiezie do celu. Czasem to mnie ciut uspokaja.

Praktykuję oddechy na pięć i mantry o bezpieczeństwie.

Jednak wszystko zawodzi w sytuacji turbulencji.

Lecimy do Lizbony, stamtąd na Azory. Wszystkie starty i lądowania musimy przeżyć podwójnie. Boję się potrójnie, bo lecimy całą rodziną. Chociaż, jakby co, to może i lepiej, że nikt nie zostanie sam. Chociaż nasze siostry i rodzice i nowonarodzony siostrzeniec i nasz pies! Trochę sobie przełykam gulę w gardle i szepczę: „wyjmuję spod działania prawa! Wyjmuję spod działania prawa!” I trzeci raz, dla pewności – nauczył mnie tego pewien szaman, człowiek duchowy, żeby nie dać się ziszczać naszym mrocznym myślom. Wiec jak już ci się myślą te złe myśli, trzeba je unieważnić.

Turbulencje niestety są. I na to żadne mantry za bardzo nie pomagają. Lecimy 5 tysięcy km, przez Alpy, Pireneje, nad Atlantykiem – wszędzie powietrze trochę wiruje, podrzuca samolotem, jak autem po dziurawej drodze – gdy tak o tym myślę, paradoksalnie czuję się lepiej. Dziur na drodze się nie boję, nad autem czuję kontrolę.

Wiem, że statystycznie to jest nielogiczne, ale siedząc w samolocie, nie szukam logiki, a pocieszenia. No i statystycznie, wiadomo, mamy z moim psem po 3 nogi.

Kiedy wylądujemy na Azorach, cofniemy się w czasie o 2 godziny.

Tu też nie czuję logiki, raczej magię.

Za kilka dni, kiedy nasi bliscy w Polsce będą świętować początek nowego roku, my jeszcze przez dwie godziny będziemy w roku poprzednim. Trochę czad! Na razie jest noc, 27. grudnia 2023, jesteśmy na nogach od wczesnych godzin rannych. Kilka godzin pospacerowaliśmy po chłodnej, zachmurzonej Lizbonie. Ciepłe powietrze Azorów w środku nocy zapowiada zmianę klimatu.

Może właśnie o tę zmianę chodzi.

Zmiana perspektywy to wystarczający powód, by wsiąść do samolotu.

28. grudnia czuję lekkie napięcie. Emocje wynikają z niepewności, czy ogarniemy chaos szczątkowej wiedzy o wyspie, czy wszystko uporządkujemy w zgrabny plan i czy owo WSZYSTKO zobaczymy. Na razie nie wiem, ile tego jest. Poczytałam kilka podróżniczych wpisów, próbując przyswoić obcobrzmiące nazwy, których nie umiemy nawet prawidłowo przeczytać, a co dopiero zapamiętać i umiejscowić na mapie. Szybko okazuje się, że wyspa jest wspaniale kompaktowa, idealnie zaopatrzona w sieć dróg, wystarczająco dobrej jakości. Z hotelu w Ponta Delgada w każdą stronę mamy nie więcej niż 30 km; na północnym krańcu wyspy znajdziemy się już po 15 km. Gdzie nie spojrzeć ocean i zielone wzgórza. Co mówię!? Obłędnie zielone! Zieleń wlewa się w nas wszystkimi zmysłami. Tak! Także dotykiem, bo nie mogę sobie odmówić położenia się na łagodnych pagórkach i wchłaniania zapachu soczystej łąki.

Zieleń jest pierwszym, co rzuca się w oczy. Jest wszędzie i jest przebogata w ilości i odcieniach.

Przez kolejne cztery dni będziemy od rana do wieczora przemierzać wyspę São Miguel wzdłuż i wszerz. Co chwilę – dosłownie co paręnaście minut – wysiadamy z auta wchodzimy w gąszcz iście tropikalnej roślinności, albo sycimy oczy na kolejnych „miradorach”, które pozwalają objąć przestrzeń szerszym spojrzeniem, z dalszej i wyższej perspektywy.

Pierwszego wieczora Mila padając na łóżko skomentuje nasze wyjście na hotelowy basen dowcipnie i retorycznie : „Wy nie macie limitu rozrywek!?”

Tak powstaje hasło wyjazdu, ale zdaje się, że nastolatka nie jest ogólnie zachwycona formą i towarzystwem. Do końca ledwo nam odpuści. Może rzeczywiście należy przemyśleć aktualną formułę rodzinnego wypoczynku. Jeszcze nie jestem na to całkiem gotowa.

Nie piszę bloga podróżnego, jak wiecie, a zaledwie szkic o emocjach w podróży, więc nie czuję obowiązku zapisywać – ani w pamięci, ani tym bardziej tutaj – wszystkich wspaniałych i spektakularnych miejsc, które odwiedzam. Nie jestem też metodyczna i zorganizowana, mieszam wątki i przeplatam dni. Nie wytłumaczę Wam trasy dojazdu do tych cudownych miejsc, wybaczcie! Sprawdzicie na mapie i dacie radę, bo wszędzie dociera się łatwo, nawet ja po paru godzinach ogarniam kierunki i przestrzeń. Niektóre nazwy są jednak na tyle dźwięczne i wdzięczne, że zapamiętują się same, niestety i tak, po jakimś czasie, wyparują z pamięci, zostaną tylko wrażenia. Dlatego tak bardzo skupiam się na tym, co czuję. A czuję głównie zachwyt i błogostan.

Żadne zdjęcie właściwie nie oddaje tej cudownej zielonej lub srebrzysto-grafitowej – jeśli patrzymy na ocean – przestrzeni wokół nas.

Mamy do dyspozycji miękką trawę lub delikatny czarny piasek. Dotykamy wszystkiego szczęśliwymi stopami, gdzie tylko się da, zrzucając buty.

Nie spodziewaliśmy się tak wspaniałej pogody. Codziennie jest słonecznie, wcześniej lub później niebo się chmurzy, ale temperaturę między 16 a 19 stopni odczuwamy jako przyjemne ciepło. Nie pada. Wbrew ostrzeżeniom, przeczytanym w licznych relacjach z podróży przez Azory, nasza pogoda jest stabilna, momentami w słońcu jest wręcz gorąco. Ani dnia zasłaniającej wzgórza mgły.

Wszystko nam sprzyja. Jeździmy po całej wyspie, eksplorując jej najdalej wysunięte części lądu. Pierwszego dnia dojeżdżamy do Nordeste – zgodnie z nazwą – północno wschodni kraniec wyspy; schodzimy 600 metrów stromą drogą o nawet 35 % nachyleniu, wprost do małej zatoczki. Na wystającym cyplu świeci piękna latarnia morska, plaży nie ma, na kilku zaledwie metrach lądu przycumowane rybackie łodzie. Na niemal pionowych ścianach wzdłuż drogi kilka kolorowych, maleńkich domków na półkach skalnych.

Zastanawiam się nad ludźmi, którzy tu przybywają – bo nie widać, by ktoś mieszkał na stałe – jacy są tu mali wobec żywiołu u stóp. Czy tak łapią dystans do świata i codzienności?

Na kolację trafiamy do tawerny w kolejnej zatoce z piękną czarną plażą o egzotycznej nazwie Moinhos (słyszę w tej nazwie niemieckie mein Haus – czyli mój dom. Podoba mi się!)

Ten po prawej jest na sprzedaż!

Wioska po zmierzchu wygląda na opuszczoną. W ogóle ludzi jest mało, ruch na drogach znikomy, co jest przyjemne. Natomiast wiele pustych, zrujnowanych, niegdyś pięknych domostw, napawa smutkiem. Następnego dnia, po rekomendacji właściciela restauracji, przyjedziemy jeszcze raz zobaczyć w okolicy wodospad Limbo.

Jedno z tych obłędnie zielonych wilgotnych miejsc, o kamiennych stołach, pokrytych mchem. Teraz jest przyjemnie, latem musi to być cudowne miejsce na piknik w środku „dżungli” u stóp wodospadu i przecinającego wąwóz strumienia krystalicznej wody.

Najbardziej jednak zachwyca mnie woda w oceanie oraz liczne, gorące źródła zamknięte w kamiennych basenach wśród zieleni.

Doświadczyłam kąpieli w ciepłym – naprawdę! – oceanie, w miejscu nieziemsko czarownym, całym z wulkanicznej lawy, spadającej wprost do oceanu. W zakolu skał bije źródło gorącej wody termalnej, buchając z niektórych szczelin gorącą parą. Samo zakole jest jakby zatoczką, w której gorąca woda z wnętrza ziemi miesza się z tą oceaniczną. Są tam oczywiście liny, których można się przytrzymać i schodki zamontowane na skale, by łatwiej było wejść do tego naturalnego basenu, falującego całą mocą oceanicznych przypływów. Jest to doznanie z rodzaju oszałamiających. Jeśli ktoś kocha wodę jak ja, gdyż w poprzednim wcieleniu był najpewniej syreną, dozna tu zespolenia duszy i ciała z wszechogarniającym żywiołem. Gdybym miała zdefiniować duchowy i fizyczny dobrostan, to w takich chwilach czuję jego kwintesencję i pełnię.

Pierwszy raz do gorącego źródła wśród zieleni weszliśmy w Caldeiras Velhas – obłędne uczucie! Mimo niemałego tłumu w kamiennych nieckach, utworzonych ludzką ręką czujesz, jak wtapiasz się w naturę. Siedzisz na naturalnych kamieniach, zanurzony w parującej wodzie, płynącej nieprzerwanie z wnętrza ziemi, nad tobą gigantyczne paprocie, liście bananowca, wokół krzaki wawrzynolistne o karminowych kwiatach. Odlatujesz, utulony niczym niemowlę w łonie matki, w poczuciu zupełnie pierwotnej, najczystszej przyjemności. Ciało znika, rozpuszcza się w cieple, twój umysł się odpręża.

Tak mógł też wyglądać raj. Pierwsi rodzice golusieńcy w ciepłej topieli otoczeni owocującymi drzewami i kwitnącymi krzewami. My oczywiście w strojach, otoczeni innymi, nasza latorośl w wieku chmurnym na brzegu wpatruje się w ekran telefonu i „nigdy w TO nie wejdzie!” Staram się nie odczuwać przykrości jej – w moim odczuciu – straty. Skupiam się na swoich fantastycznych doznaniach.

Ostatni basen zasila krystaliczna woda z górskiego wodospadu. O dziwo zimna, w porównaniu do tej buchające z wnętrza ziemi, lecz nie lodowata. Pod wodospadem prychamy i krzyczymy jak dzieci w parku wodnym. Można sobie pozwolić na dużo swobody, bo chłodna woda odwiedzana jest przez nielicznych. Chwilę jesteśmy tylko my, wodospad i skały w dziewiczym lesie.

Kolejne źródła w okolicach Furnas- miejscowości usytuowanej na kraterze wulkanu mają dużą zawartość żelaza, więc ich woda jest rdzawo brązowa i lekko pachnie żelazem. Miasteczko „pachnie” siarką, która z licznych funaroli – rozpadlisk skalnych, dziur w ziemi – rzyga oparami i bulgocze niczym w diabelskim kotle. Wieczorem jest mi od tego trochę niedobrze. Owe naturalne kotły służą też do gotowania w nich tradycyjnych dań z mięsa i warzyw. Szczęśliwie nie jadam mięsa, a nikt z moich nie ma ochoty na jedzenie w tej okolicy. Nasze emocje to mieszanina fascynacji i obrzydzenia.

O ile źródła termalne Poça da dona Beija są zorganizowane w 5 basenów z gorącą wodą, które się od siebie różnią tylko otaczającą je, uporządkowaną, roślinnością i nie ma tu magii miejsca naturalnego z minimalną ingerencją człowieka, o tyle wielka ciepła sadzawka, niczym staw w środku parku Terra Nostra, także ujęty w elegancki kamienny zbiornik z dwoma wodospadami – źródłami naprawdę gorącej żelazistej wody, jest formą bardzo przyjemną i wyjątkową. „Sadzawkę” otoczoną trawnikami, platanami, bananowcami, choinkami o bardzo miękkich igłach, kwitnącymi agawami, kaliami i pięknym ogrodem kameliowym obok, okupują tłumy biwakujących turystów. Część z nich brodzi w ciepłej rdzawej wodzie po pachy niczym kaczki w parkowym stawie. To doświadczenie wydaje mi się dość zabawne i na pewno chętnie bym je powtórzyła.

Dokądkolwiek zmierzamy, pobocza dróg porastają krzewy hortensji. O tej porze w większości przekwitłe, i tak zachwycają. W wielu miejscach kwitną ostatnie pojedyncze, niebieskie kiście, inne, wypłowiałe, przechodzą z błękitu w fiolet lub zieleń, ostatecznie w rdzawy wysuszony kwiat. Nietrudno sobie wyobrazić lato, kiedy cała wyspa dosłownie tonie w kwiatach.

Łąki są rozległe, ale szczególnie dzielone na mniejsze pola, albo linią krzaków, albo delikatnie wyrytą w ziemi, porosłą trawą, miedzą (wygląda to trochę jak rozmazany na torcie krem, który maźnięty szeroką szpatułką tworzy z nadmiaru kremu na brzegach tortu charakterystyczny rant).

Na polach pasą się krowy, wielkie i małe stada krów. Jest to urocze widokowo, ale oczywiście zasadniczo smutne, bo krowy służą do produkcji mleka i mięsa oraz kolejnych krów. Należy jednak przyznać, że na zielonych pastwiskach polegują szczęśliwe i czyste, żując bez wątpienia najsoczystszą trawę świata.

Przepięknie i malowniczo rośnie herbata. Z daleka rzędy krzaczków tworzą istną mozaikę charakterystycznych falistych wzorów na tle fal oceanu.

Azorska herbata jest bardzo aromatyczna, hodowana w znacznym stopniu pracą ludzkich rąk, wspomaganych starymi, jeszcze XIX wiecznymi, maszynami.

Oglądamy krótki film na tradycyjnej, rodzinnej plantacji. Zbiory herbaty wyglądają jak tańce z szerokimi chustami. W rzeczywistości są to płócienne wory, trzymane z obu stron maszyny, która delikatnie sunie nad krzakami i ścina ich czubki. Ścięte listki podmuchem kierowane są do owego powiewającego wora, przytrzymywanego przez dwóch pracowników. Potem poddawane suszeniu.

Na miejscu, oglądając film, można raczyć się aromatyczną herbatą ze stojących na stołach samowarów.

Potem oczywiście można kupić herbatę i inne herbaciane wyroby w sklepiku obok.

Przyjemna atrakcja.

Drugą tego rodzaju jest wizyta na plantacji ananasów. Znów bez wielkiej pompy i niezmechanizowana mikro farma – produkująca około 12 ton aromatycznych ananasów o ogniście pomarańczowej skórce. Ta plantacja jest jedną z czterech, działających na wyspie, produkujących owoce wyłącznie na rynek portugalski.

Miły pracownik prowadzi nas do dwóch szklarni – widzimy ananasowe „przedszkole”, gdzie ręcznie sadzi się szczepki ananasów, wyskubuje zalążki kolejnych liści z ich koron i przesadza kilkukrotnie w dwu i półrocznym, niezwykle pracochłonnym, cyklu hodowli dojrzałego owocu.

Imponujące i urocze zarazem. I ręka w górę, kto choć raz w życiu nie pomyślał, że ananasy rosną na drzewach!

A potem jest jak w wierszu Brzechwy: entliczek – pętliczek – ananasy i ananasowe likiery, i dżemy z ananasa, i ananasowe ciasteczka! I całe mnóstwo ananasowych gadżetów…

Wszystko pyszne i milusie.

Trudno mówić o przesycie, gdy kontemplujemy tyle piękna, ale z czasem fotografowałam coraz mniej. Ciągle chciałam się gdzieś zatrzymywać, albo przynajmniej zwolnić, by uwieczniać kolejne bajeczne formy, ale były miejsca, do których szłam bez aparatu. Zapisywałam je wyłącznie we własnej pamięci.

Wiem, że świat jest piękny i różnorodny. Jest ogrom miejsc, w których nie byłam, do wielu nie pojadę, ale wyobrażam sobie powrót na Azory w czasie pełnego rozkwitu hortensji. Jeśli cokolwiek pozostawia mnie w niedosycie to właśnie niedoświadczenie tej pory. Mogę ją sobie wyobrazić. Ale mogę też wrócić i jej doświadczyć.

Chętnie dodam do tego kąpiel w oceanie. To są moje azorskie „highlights-y”.

Post scriptum:

Lizbona.

Nic tego nie zapowiadało, a okazała się wisienką na torcie!

T. od wczoraj czuje się źle. Nie chcę go obgadywać, bo jednak go kocham, ale wiadomo, facet z gorączką to nie jest nic przyjemnego.

Przylatujemy rano 1. stycznia 2024 roku, atmosfera średnia, bo ja już w blokach startowych do zwiedzania, T. marudzi, nastolatka wybrzydza. Nie mam na to tolerancji, więc już popadam w energetyczną ruinę. Ale udaje się zostawić bagaż w hotelu i pojechać do rozległego centrum. Według T. właściwie już „wszędzie byliśmy” pierwszego dnia, przed wylotem na Azory, ja twierdzę, że niczego nie widzieliśmy i probuję zwiedzić cokolwiek. Upieram się – ale to nie jest negatywna emocja – raczej wyraża moją determinację i pokłady cierpliwości w dążeniu do celu, choć uczciwie przyznam, że bardzo tutaj nie protestowali – żeby wsiąść w słynny tramwaj nr 28. Tak, żeby od czegoś zacząć. Na początku, w nowym miejscu zawsze czuję trochę chaosu i niepokoju. Dla ukojenia potrzebuję zrobić coś standardowego, co mnie osadzi w nieznanej przestrzeni. Kolejka jest na 2 godziny stania. W tym czasie T. pojedzie do hotelu nas zameldować, ja sobie poczytam różne opisy wycieczek i wszystkie listy „must see”, zestawienia „top ten” etc., próbując odkryć, co wszystkich tu najbardziej urzeka.

Znajdę kilka tras, których już oczywiście tego dnia nie przejdę.

Przejażdżka nie jest tak szałowa, jak ją opisują, ale trzymam się myśli, że wszyscy ją rekomendują, jako wartą przeżycia. Zostawiam z boku wątpliwości i skupiam się na obrazach, migających za oknem. Zrobię kilka niezbyt spektakularnych zdjęć, ale ostatecznie czuję radosne podniecenie, że cokolwiek się dzieje.

Na kolację wybieramy różności i pyszności w odrestaurowanej niedawno pięknej hali targowej, „Time out Market” z milionem stoisk z jedzeniem z połowy świata!

Deser czekoladowy ostatecznie utula moją znękaną duszę niespełnionego turysty. Mogę iść spać! Jutro będzie piękny dzień.

No raczej nie wiadomo!

Choroba T. się rozwija, śpimy trochę za długo, mam nerwy na postronku, gdy po 10.00 plan dnia nie wygląda na skrystalizowany, a rozmowa się nie klei. Jednak postanawiamy zjeść razem śniadanie…Śniadanie satysfakcjonuje wszystkich, kafejka jest lokalna, udekorowana azulejos, pełna okolicznych mieszkańców, raczej starszych Lizbończyków, którzy – jak czytałam – chętnie piją rano kawę w towarzystwie, jedzą coś małego, ale słodkiego, czytają gazety… widziałam! Tak jest!

Bardzo mnie to pozytywnie nastraja. Przedstawiam rodzinie mój, wreszcie wybrany z wielu przeanalizowanych, plan zwiedzania, puszczam mimo uszu, co jest według nich bez sensu i że „wszędzie już byłam” i ustalam, że z nimi lub bez i tak go zrealizuję. Dołączają się. Ave Maria! Plan nie jest sztywny, z czasem rozluźniam go jeszcze bardziej, bez żalu, bo naprawdę nie chodzi mi o „zaliczenie” wszystkiego. Chcę po prostu doświadczyć Lizbony, dotknąć czegoś typowego, zaglądnąć w mysią dziurę, ucieszyć się niezwykłym, poczuć dobrze. Wiadomo, trochę potrzebuję ściorać buty i nogi w nich, więc będę chodzić do wieczora, nawet jak lunie rzęsisty deszcz. Jest tak ciepły, jak nasz polski letni, więc dyskomfort jest minimalny. W tych ostatnich chwilach spaceruję sama. Moi już się nasycili., ale T. się nawet lepiej poczuł i w ogóle cały czas do 19.00 nam towarzyszył i było naprawdę miło, bez zastrzeżeń. Znalazł cudowne miejsce na obiad i stał ponad godzinę w kolejce, by się w nim znaleźć. Takie małe coś, lokalne, prowadzone przez dwie siostry, starsze panie, które od lat rzeczywiście same mieszają w garnkach i serwują portugalskie zwykłe domowe jedzenie. Przepyszne!

Wystrój lokaliku żaden, nazwa trudna – „O Triqueirinho”, co według google translator znaczy mała pszenica – może ciut pszenicy? Brzmi lepiej. A kulinarnie jest bosko.

Wokół lokalu na ścianach stare zdjęcia mieszkańców okolicy i gotujących sióstr – Cilli i Laurindy.

Na koniec, w innym miejscu, niedaleko Zamku św. Jerzego – Castelo de são Jorge, do którego nie udało nam się wejść, bo „połknął nas” sklep-galeria z ceramiką, jemy jeszcze pasteis de nata. Nie spróbowaliśmy wcześniej tej najsłynniejszej przekąski i już naprawdę jesteśmy najedzeni po uszy! Chwała światu za espresso!

Jutro pobudka o 4.00, będzie ciężko. Dziś jednak sycę się tym, czego doświadczyłam – wszystkimi odcieniami błękitu na fasadach, stromością i krętością ulic nie do opisania, feerią barw ceramicznych azulejos, smakami słodkimi i słonymi, w lekkim nadmiarze, wytrawnością wina, zapachem kawy, nienachalną uprzejmością ludzi, słońcem i ciepłym deszczem, lekkim wiatrem znad oceanu.

Wyjeżdżam, dotknąwszy odrobiny magii. Myślę, że trochę poczułam klimat i po więcej jeszcze zawitam.