Dolomity Ski. Luty, 2024. Może wszystko jest trochę o czymś innym?


Tę podróż potraktowałam po macoszemu…jako oczywisty element codzienności, coroczny rytuał. Radosny, ale przecież zwyczajny.

Nie czułam potrzeby jej opisania, bo nie miała w sobie magii innych podróży? Była jak samo życie. Trochę niewyczuwalna, niewidoczna, jak codzienna rutyna. Z dystansu kilku tygodni uderza mnie symbolika braku potrzeby, by nazwać towarzyszące tej podróży emocje. A może po prostu, tak po ludzku, się bałam? Nadal się boję. Przyznać, że to był może ostatni taki wyjazd.

Towarzyszyły mu trudne emocje, smutne rozmowy o relacjach i ich braku. Jednocześnie widzę, jak mało przywiązywałam wagi do tej corocznej tradycji, traktowałam ją jak niekwestionowaną normę, jak coś, co po prostu jest, zawsze i niezmienne. Jakby nam się należało – „jak psu buda”- bez refleksji…że niektóre mają tylko łańcuch…

To zarzut, oczywiście, trochę zbyt surowy. Bo widzę, i te na łańcuchu, i te otoczone atencją, wymuskane, noszone na rękach, śpiące na poduszkach, z ludzkim oddechem na guziku nosa.

Widzę sytuacje gorsze i te o niebo lepsze.

Widzę dużo. Czuję czasem za bardzo. Cieszę się chwilą i drobiazgami. Ale też łatwo wpadam w nie-uważność. To moje przekleństwo. W jednej chwili, targana emocjami – niezrozumiana – odsuwam się na bok. Równie łatwo zapominam i wracam do zachwytu, nie chowam urazy, daję kolejną szansę. Sobie i innym.

Pewnie dlatego udało mi się to połączyć! Samotne tkwienie na łańcuchu z poczuciem merdania ogonkiem ze szczęścia.

Doroczne podróże na narty stały się, niewywołującym przesadnego drżenia, przyjemnym zwyczajem.

Nie wiem teraz, kiedy o tym czytam, czy wiedziałam wcześniej, że „w Południowym Tyrolu przez 300 dni w roku świeci słońce”, że jest „najsłoneczniejszym regionem w Europie”… wiem, że tego przez lata doświadczałam, ale chyba uznałam, że mam po prostu takie szczęście. Niekwestionowane i należne! Zawsze byliśmy tam tak krótko, zawsze w bardzo pięknym czasie, z pogodą jak marzenie. I to było takie niezaprzeczalne, oczywiste.

Początki, jak początki, bywają obłędne, euforyczne. Pierwsze wyprawy w Dolomity też takie były. Pełne zachwytu. Wyczekiwane. W sprawie nart – odkrywszy stosunkowo późno, grubo po trzydziestce, że mogą być całkiem fajne – zamknęłam to doświadczenie w szufladce „przyjemność”, z czasem dodając nieświadomie podtytuł – „z nutą rutyny”. Narty polubiłam na stokach Kronplatzu, przed ponad 15 laty. Długo myślałam, że tylko tam będę umiała jeździć. Zresztą ciągle słyszałam, że mam udoskonalać technikę, a czułam, że nie mam do tego przestrzeni. Brak talentu i lęk przed upadkiem mnie paraliżował, gdy prędkość wymykała się spod kontroli. Potrzebowałam kilku lat, by uwolnić się od tej presji, że wciąż muszę coś poprawić. Wreszcie uznałam, że wygodnie mi na osiągniętym poziomie. To było krytykowane, niezrozumiałe, było – myślę – nawet, kością niezgody, z czasem pewnie powodem irytacji. Potem mi odpuścili, zrezygnowani, w głębi serca nieusatysfakcjonowani. Z cieniem pobłażania wobec mojej ułomności. Tak jakbym im na złość nie chciała się bardziej przyłożyć do nauki. Choć przecież z czasem coraz lepiej mi szło i coraz bardziej się przekonywałam do innych stoków, do tych osławionych 1200 km tras w dolomickim paśmie. Wszystkie jednako wspaniałe, zlały mi się z biegiem lat w ogólny cud natury, ujarzmiony przez człowieka w formę sieci narciarskich regionów o wdzięcznych nazwach Val Di Fiemme, Val Gardena, Cortina d’Ampezzo – trochę bla bla bla – nigdy nie wiedziałam do końca, gdzie jadę! Bo przecież do starego, dobrego Południowego Tyrolu – to mi wystarczyło. Forma wyjazdu – jak najszybciej tam, jeszcze szybciej z powrotem, bo „długa droga przed nami!”, nie dawała przestrzeni na krajoznawcze wyskoki i analizy. Nie żebym nie wpadała w zachwyt – przeciwnie! Zawsze. Niezmiennie silny. Podziw dla łagodnych szerokich pagórków i uporządkowanych, luźno rozsianych po okolicy, gospodarstw po austriackiej stronie, mój każdorazowy dziecięcy i naiwny zachwyt nad siłą słońca tuż za włoską granicą, uwielbienie wszechobecnej skrzącej bieli, dalekich horyzontów, różowych odległych szczytów w popołudniowym świetle – to wszystko było kwintesencją szczęścia. Na pewno odczuwanego. Które – jednak! – w pewnym sensie, spowszedniało.

Zaczęłam narzekać, że daleko, na zbyt krótko. Z czasem podzieliliśmy podróż tam na wymagającą noclegu w połowie drogi, nie dodając jej waloru podróżniczego – zawsze w mało istotnym miejscu, jakimś, przypadkowym, wygodnie położonym po prostu na trasie; z powrotem, niezmiennie od lat, o barbarzyńskiej porze, z pobudką o 4 rano, by wszystkich przegonić, by „zyskać” czas, którym śpiochy zapłacą tradycyjnym korkiem na obwodnicy Wiednia.

Zła na ten poranny rozruch, na ten absurdalny pośpiech, musiałam przyznać, że stanie w korku to nic godnego pozazdroszczenia, że fajnie pranie ogarnąć przed, pracowitym po urlopie, poniedziałkiem. Alternatywy dla tej formy powrotu, jak mi się wydaje, realnie nie było.

Może gdybym się wykazała większą determinacją, konkretną inicjatywą? Może. Ale też myślałam, że nie potrzebuję tego, bo jest wystarczająco cudownie, nie potrzebuję nic lepiej, nic inaczej. Na stoku wystarczy dreszczyk emocji, który – paradoksalnie! – osiągam dzięki słabej orientacji w przestrzeni. Co roku zapominam topografię miejsca, nie rozpoznaję nawet ulubionej trasy, aż jej ponownie nie zobaczę i kilka razy nie utrwalę – więc jestem ciągle jakby w nowym miejscu.

Z tego aspektu bywam szczerze zadowolona, choć to irytuje moich bliskich.

Bezpiecznie zadomowiona od lat w tym samym hotelu. Choć wiem, że są gdzieś pewnie miejsca lepsze, tu jest wystarczająco.

Może po prostu nie jestem odkrywcą i nie lubię wyzwań. Tak, jak jestem nudziarą i nie lubię „Aperola”, choć zachwyca mnie, jak jego kolor płonie pomarańczem na tle śniegu.

Nie potrzebuję wyzwalacza radości, umiem się cieszyć szaleńczo i z niczego. Równie łatwo gubię nastrój i uciekam w melancholię. Lubię czuć oparcie, może dlatego oddaję kierownicę i daję się wieźć w bezpieczne i znane, którego nie podaję w wątpliwość.

Oswoiłam i formę i przestrzeń. Jednocześnie przestałam analizować i kontemplować. Cudowność chwili wymknęła się mojej uwadze. Zaniedbana, przestała być takim cudem.

Zadaję sobie dziś fundamentalne pytanie: Jak długo można żyć w urojeniach?

Pozornie i iluzorycznie, patrzeć na fatamorganę i nie czuć, że to jest pustynia?

Miałam się za marzycielkę! Ale zapomniałam, że o marzenia trzeba walczyć, trzeba po nie sięgać. Nie dzieją się same.

W przyszłym roku – wiem!, obiecuję to sobie od lat! – ale może w przyszłym roku, naprawdę, pierwszy raz zjadę na nartach z Kasprowego.

Tylko nie wiem…czy na pewno o to mi chodzi.