Lazurowe Wybrzeże – syreny i światło południa.


Niektóre podróże są jak sen, który przedziera się przez zaspane powieki, trwa w tej krótkiej chwili, w której nie wiesz, czy śnisz jeszcze, czy już jesteś na jawie, tak się przenikają te dwie rzeczywistości i trzeba się na dobre przebudzić, by je właściwie zrozumieć, oddzielić.

Niektóre podróże są jak soczyste owoce[1], które jesz garściami, a ich sok spływa ci po brodzie, ścieka między piersi, zostawia ślad na palcach, z których zlizujesz ich słodycz, mięsistość, dorodność, dojrzałość. W takiej podróży jest wszystko! Cała gama emocji, refleksja nad życiem, doświadczenie innego, siebie wobec niego i siebie w sobie. Przesyt i nienasycenie jednocześnie, zmęczenie i błogość.

*********

Kilka dni temu, z dnia na dzień, bez wcześniejszych planów postanawiam wyjechać na Lazurowe Wybrzeże. Od miejsca, które brzmi jak sen, marzenie, jak sceneria filmu, dzielą mnie niecałe dwie godziny lotu. Gdy przyjmuję zaproszenie na wędrówkę po Alpach, o których nie wiedziałam, że są tak blisko od cudownego morza, otwiera mi się w głowie ocean możliwości. Zalewa mnie świetliście błękitna fala rozkoszy, jak obietnica czegoś z pogranicza jawy i snu. Wchodzę w to z zamkniętymi oczami! Parę dni później, dosłownie dwie godziny przed odlotem, pławiąc się jeszcze ostatni raz w orzeźwiającym porannym lazurze, niezmąconym wiatrem, ani obecnością przybywających później plażowiczów, olśniewa mnie ta myśl, jak bardzo szczęście jest na wyciągnięcie ręki! I że czasem po nie po prostu nie sięgamy, bo kierujemy się fałszywym wyobrażeniem o jego odległości, niemożliwości ziszczenia się. A ono jest tu. Namacalne. Możliwe do zrealizowania. No tak, powiecie, i może będziecie mieć rację, może trzeba mieć chwilę wolnego czasu, parę groszy oszczędności, bez których rzeczywiście nie można z dnia na dzień, w przypływie chęci, wsiąść do samolotu w Krakowie i wylądować zaraz na Lazurowym Wybrzeżu… może nie można, a może właśnie tak. To jest chyba, przede wszystkim, kwestia pewnej odwagi, odrobiny szaleństwa, zgody na zrobienie czegoś w wyniku impulsu, bez analiz. Zawsze można wydać te paręset złotych na coś praktycznego i rozsądnego i może bardzo potrzebnego, albo po prostu w jakimś codziennym wymiarze ważnego, koniecznego. Ale to ja decyduję, co mi jest naprawdę potrzebne, co się mieści w granicach mojego rozsądku i czy właśnie przepłynięcie się w morzu, pospacerowanie po górach, kontemplowanie pięknego malarstwa to nie jest to, co ratuje moje zdrowie fizyczne i emocjonalne i nie jest lekarstwem na dosłownie wszystko, więc też czymś nad wyraz pragmatycznym, potrzebnym jak tlen i woda.

Wtedy chyba o tym wszystkim nie myślę. Ta podróż jest jak cudowny zbieg okoliczności, pełna nagłych olśnień i tych wszystkich coup de coeur, w których wiesz, że jesteś we właściwym miejscu i czasie, czujesz się jak cichy bohater, swój największy sprzymierzeniec, ufasz sobie bezgranicznie. Każda myśl prowadzi cię, jak nić Ariadny z labiryntu niepokoju i chaosu w jasną przestrzeń pewności, że jest najlepiej. Tak jak jest.

Emocje mam w zenicie, jednocześnie mnie nie obezwładniają, nie targają mną, a otulają końcówki nerwów, muskają je niczym usta czułego kochanka powietrze przy rozgrzanej skórze, tonują się wzajemnie w moim ciele i umyśle.

*********

Kiedy Marc Chagall cierpi po śmierci ukochanej Belli, ratuje go światło Nicei – mówi mi starszy z dwóch strażników w Muzeum Chagalla, które artysta otwiera jeszcze za życia i traktuje jak hołd złożony światłu i urodzie tego miasta szmaragdowych cyprysów, srebrzysto zielonych eukaliptusów, gajów oliwnych,  i majestatycznych sosen pinii, wywyższających się ponad inne drzewa i czerwone dachy domów, koronami przystrzyżonymi na tle błękitu wiatrem lub ręką Boga, miasta wpadającego wprost do lazurowych wód śródziemnomorskich.

Chagall, który całe życie wierzy w piękno i miłość z rozbrajającym uśmiechem starego mistrza, mówi do oka kamery, do nas w przyszłości, którzy będziemy zanurzeni w jego obrazach odczuwać te emocje, jakby były nasze własne  – „zaczęła się wojna, a ja się ożeniłem”. I czuję, jakby to było jedyne możliwe, co można zrobić w obliczu grozy. Zanurzyć się w miłości i pięknie. I czuję to całą sobą, gdy stoję w czerwonym blasku cyklu „Pieśni nad Pieśniami” malowanym dla drugiej żony Vavy, o której artysta napisze „moja żona, moja radość, moje szczęście”. Wychodzę z tych sal aż boleśnie barwnych, oszołomiona pięknem jego onirycznych wizji życia, wprost w rozżarzone południe i czuję niewysłowione szczęście.

Mogłabym siąść tu w ogrodzie pod rozłożystą pinią i nie chcieć już nic więcej, ale wtedy przecież nie byłabym sobą, więc tylko ocucam się łykiem smolistej espresso i gnam w objęcia mistrza Matissa, który niemniej od Chagalla ukochał światło, a kontrastowe wariacje kolorystyczne uczynił tematem swojej sztuki i życia. Zanurzam się w jego błękitnym basenie, w którym pływają ludzkie i syrenie kształty, jak wyjęte ze snu, jednocześnie fizyczne, realne.

To mi przypomina, jak bardzo moim ukochanym żywiołem jest woda i jak mi teraz potrzeba poddać się mojej syreniej naturze!  – Płynąć jest tak dobrze! Porwanym być przez rzeczny wir ku zapomnieniu, wypatrzyć oczy wśród kamieni, w zieleni ugrząźć lub w topieli, w błękicie nieba móc utonąć, wchłonąć świat i dać się pochłonąć, to wszystko mieć! By być, wystarczy! – zanotuję kilka dni później, ale i tam czuję podobnie, zsuwając ciało po białych obłych kamieniach, nurkując pod pienistą falą u brzegu, za którą jest już tylko bezkres i toń. W tej chwili niczego więcej nie pragnę.

Potem przychodzi głód! Na te wszystkie dobra nicejskie i śródziemnomorskie! Na te małże w winnych sosach i aromatyczne sery z mleka wolnych prawie, alpejskich krów, na lody czekoladowe – wszystkie smaki wakacji!

Tyle tego, a przecież mój sen się na tym nie kończy!

Następnego dnia, pociągiem do Antibes, zagapiamy się, zagadujemy i lądujemy w Cannes, które nie jest już moim snem młodzieńczym, które nie jest już żadną tęsknotą, warte zaledwie krótkiego spaceru i kolejnej porcji lodów czekoladowych, zostaje drobnym wspomnieniem czerwonych schodów, doklejonych do brzydkiego pawilonu, małego portu dla cudownych lśniących w słońcu tą arcy białą bielą, szalenie elegancką ultramaryną, głębokim indygo jachtów bogaczy i pięknego, spokojnego wnętrza kościoła Matki Boskiej Dobrej Podróży.

Antibes ma w sobie duszę artysty! Mieni się błękitem morza i nieba, biorących w objęcia swych rozgrzanych słońcem przestrzeni, niczym łapy giganta, jego wiekowe mury i kręte ocienione uliczki. Antibes to jest dziesięciokilometrowy spacer wokół półwyspu, to są najpiękniejsze obrazy Picassa, jakie kiedykolwiek widziałam, pełne światła i radości „La joie de vivre”, cudowne, zmysłowe akty na białym i błękitnym łożu, przeczysty krajobraz z arbuzem i – znowu – moje uwielbiane! Syreny z Ulissesem. Antibes to jest piknik na skale, niespieszne zakupy na starym targu rybnym, powietrze pachnące lawendą! I smak najlepszego ciasta czekoladowego z lokalnej piekarni. Antibes to światło słońca, zachodzącego żółto – pomarańczową smugą na zielonkawym morzu, niczym syreni ogon, majaczący pod powierzchnią wody.

*********

W góry idę chyba po specjalne moce. Po to uczucie, że mogę wszystko! Po wdzięczność za lekkość oddechu i siłę własnych mięśni. I – jak w wiele innych miejsc – po zachwyt.

Dużo chodzę, ale jestem raczej wędrowcem miejskim. Góry są dla mnie niewiadomą, krainą nieznaną, dziką i tajemniczą. Dzięki temu wszystko cieszy mnie tu tak, jakbym widziała świat po raz pierwszy! Cieszy mnie niebo nade mną i korony drzew wokół mojej głowy; lodowaty strumień wody, w której stoję po kolana, chłonąc energię ziemi i gładki miękki mech na kamieniu, do którego przykładam policzek. Zachwycam się kwiatami, których jest tu taka mnogość jak w najbardziej misternie tkanym dywanie! Pierwszy raz w życiu widzę na żywo dziewięćsił – niemal magiczną roślinę chroniącą przed złym, symbolizującą moc i witalność; dającą siłę przeciw chorobom, której biało – kremowe drobne płatki srebrzą się w słońcu jak klejnot w koronie ostrych zielonych liści! Po niemiecku ona się nazywa srebrny oset, Silberdistel, a po francusku, między innymi, w wolnym tłumaczeniu oset srebrzysty i oset złocisty, chardon d‘argent i chardon doré – Carlina Acaulis! Obok szarotki królowa Alp.

Jak dziecko cieszę się na jasnobrązowe krowy, stojące w zielonych dolinach, rozczulają mnie aksamitne miedzianozłote nosy cielaków, które mam na wyciągnięcie ręki! I myślę, że gdy widzisz lwa podczas safari, radość nie może być większa! Rozumiem różnicę, ale ona w tej chwili nie ma znaczenia! Najmniejszego! Nie umiem tego wyjaśnić. Może chodzi o doznanie jakiejś formy autentyczności, zetknięcie z tym, co jest, z naturą rzeczy i poczucie jedności z otaczającym mnie światem.

Wędrówka przez wymagający teren to jest też dla mnie, przede wszystkim o tym, że moje ciało daje radę. To mnie zawsze tak bardzo zadziwia i zachwyca! Ile we mnie jest siły. Takiej czystej fizycznej siły i sprawności! Idę sama, bo idę szybciej od innych. Na początku trochę się miotam. Nie wiem, czy nie powinnam poczekać, dostosować się. Wtedy nie będę przy sobie, ale będę z innymi. Kilka razy jednak staję i czekam. Upewniam się, że u moich towarzyszy wszystko dobrze, mają po prostu inny rytm, ja wreszcie akceptuję swój. Ruszam przed siebie i początkowo dużo za dużo myślę. O wszystkim ważnym i nieważnym. Ponieważ idę bez internetu i nie mogę nic sprawdzić, ciągle przychodzi mi coś do głowy co właśnie sprawdzić potrzebuję, a to nazwy kwiatów, które mijam, a to stopień trudności trasy, którą idę, a to czemu w Tatrach, tak jak w Alpach nie pasą się krowy, a potem umysł się wycisza, jest tylko tutaj, skoncentrowany na uważnym stąpaniu między kamieniami i wystającymi z ziemi korzeniami drzew. Za chwilę znów zagłębia się w sprawy emocjonalnie trudne, w szukanie prawdy o sobie, w poczucie samotności, które mnie czasem jeszcze tak przejmuje.

Czasem jeszcze zalewa mnie fala lęku o sprawy nierozwiązane, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć w niedalekiej przyszłości, których się boję, które nie chcę, by w ogóle istniały!!! Projekcje zatruwają mi życie. Wszelkie możliwe scenariusze, które zabierają treść z tu i teraz, galopują mi przez głowę. Myślę, czemu na to pozwalam? Czemu nie umiem się od nich uwolnić nawet w chwilach szczęścia? Znowu drży mi głos i ciało, fala lęku podchodzi pod gardło.

Potem jednak znowu udaje mi się zanurzyć w tu i teraz, wszystko inne traci na znaczeniu, jestem ja w moim ograniczonym fizycznym ciele i mój duch między niebem, a ziemią, w każdym kamieniu, na którym stawiam stopę i w każdej roślinie, którą podziwiam. Jestem tu fizycznie i duchowo. Zanurzam się w dźwięk przestrzeni. I nagle myślę – Boże!!! – ja lubię być sama! Dobrze się tu ze sobą czuję. Wystarczam sobie. I nie wiem jeszcze czy to jest smutna czy radosna myśl. Znów zastanawiam się, czy mogłabym być szczęśliwsza, w tej konkretnej chwili, w tej idealnej symbiozie z sobą i naturą, gdybym jednak wiedziała, że jest gdzieś ktoś, dla kogo jestem ważna, tak szczególnie. Czy uczucie szczęścia, którego teraz doświadczam, byłoby dzięki temu pełniejsze?

Na to na razie nie mam odpowiedzi.

*********

Noc przychodzi spokojna, strojna w rozgwieżdżone niebo. Chociaż wieczór przynosi najpierw niepokój.

Nie znajdujemy noclegu w Saint-Martin-Vésubie. Nigdzie nie ma wolnych pokoi. Całe – jeszcze kilka godzin temu tryskające życiem, pulsujące niedzielnym festynem z okazji święta chleba, buchające żarem kamiennego pieca, w którym piekły się tradycyjny kukurydziany placek socca i słodki cebulowy podpłomyk z anchovis – pissaladière – miasteczko u progu Parque National du Mercantour zalewa gęsta, szara cisza. Nie chcemy wracać do Nicei, gdzie zresztą też już nie mamy pewnego noclegu, a jutro chcemy przecież dalej wędrować po górach. I wtedy mój instynkt pielgrzymki znajduje górskie schronisko. Moje myśli jak po nitce do kłębka łączą fakty, jak misterne puzzle układają wydarzenia minionego popołudnia w sensowny obraz i to jest jak przygoda i jednocześnie jak powrót do domu! Jutro zrobię u jego bezpiecznego, zalanego światłem poranka progu, moją ulubioną poranną praktykę Suria Namaskar – Powitanie Słońca! Dziś wezmę gorący prysznic, wytrę ciało w moją niezawodną pielgrzymią chustę, którą mam zawsze ze sobą i zasnę w obłędnym poczuciu, że jestem przy sobie, że mogę sobie zaufać. Jeszcze tylko raz spojrzę w rozgwieżdżone niebo nade mną i wyrażę wdzięczność Wszechświatu za to, że jestem!

[1] Sądzę, że to trafne porównanie nie powstało w mojej wyobraźni bez wpływu niezwykle sugestywnego opisu pięknej, silnej kobiety, przewodniczki po afrykańskim buszu, Doris Kozarzewskiej, z którą miałam wielokrotnie przyjemność rozmawiać o tym, czym powinno być i MOŻE być życie w ogóle, jeśli właściwie rozpoznamy swoje cele i realizując je, krok po kroku, codziennie, nadamy życiu „soczystość dojrzałych owoców”.


Jedna odpowiedź do “Lazurowe Wybrzeże – syreny i światło południa.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *