Zaczęło się od butów, albo od piłeczki pilatesowej. Może zadecydował szmaragdowy płaszcz, który dosłownie mignął mi kilka dni wcześniej przed oczami, w drodze z pracy, w witrynie vintage shopu na krakowskim Kazimierzu, ale mignął tak skutecznie, że przywołał mnie dokładnie w dniu wyjazdu i było dla mnie oczywiste, że marzy mu się spacer po Lizbonie, w co poszłam totalnie ślepo, jak Odyseusz wiedziony syrenim śpiewem, wprost w objęcia niemożliwego do odparcia uroku chwil i rzeczy oczywiście pięknych.
Właściwie trudno stwierdzić, co poszło nie tak. A może wszystko było, jak miało być, tylko po prostu skrajnie inaczej niż planowałam.
Byłam już przecież w trzytygodniowej podróży, spakowana w plecak o wymiarach bagażu podręcznego w tanich liniach lotniczych. Rozmiar bagażu na wyjazd tygodniowy wydawał mi się zatem przesądzony. Żadnych zbędnych rzeczy, żadnych dodatkowych kosztów. Wszystko idealnie zwinięte w zgrabne, ciasne rulony, jak mokre ręczniczki, podawane przed sushi, do obmycia rąk. Wersja kompaktowa, minimalistyczna: bielizna, lekka piżama, 3 t-shirty, a nawet mniejsze topy, jakaś spódnica, jakaś sukienka cienka, szorty, strój do jogi w wersji z krótkimi ciasnymi spodenkami, luźne spodnie do tańca z cieniuteńkiego jedwabiu, strój kąpielowy; zamiast ręczników, które są na miejscu, moja niezawodna cienka plażowa chusta do wszystkiego; kosmetyki w wersji mini, kremy nawet w formie próbek w saszetkach.
Wiadomo, że konieczną bluzę, sweter, kurtkę przeciwwiatrową wkładam na siebie w podróży. Jadę w dżinsach i pełnych butach do wszystkiego. Dla zmniejszenia rozmiaru plecaka, książki i notes trzymam w ręce – do końca, wchodząc na pokład, przecież czytam; okulary upycham w kieszeniach kurtki.
Niestety.
Buty kupiłam sobie nowe i bardzo chciałam je wziąć, choć nie są jeszcze tak niezawodnie wygodne, jak moje przechodzone „asicsy”. Nie da się w nich chodzić po klifach, ani, póki co, godzinami po mieście. „Asicsy” z kolei nie są już dość atrakcyjne, nawet po wypraniu, by siedzieć w nich w pociągu, a tym bardziej w jakiejkolwiek warszawskiej restauracji, gdzie byłam umówiona w przerwie w podróży na lotnisko.
Ciekawe jest, co mną kieruje w takim myśleniu. Może zwykłe snobstwo, może sztywne przeświadczenie, że styl jednoznacznie sportowy pasuje jednak wyłącznie do sportu, lub do wędrówki za miasto, albo też najnowsze moje ograniczenie, że jednak wiek no i mój stan wymuszenie wolny każą mi ciut bardziej zadbać o staranniejszy codzienny look. A może po prostu człowiek się – kurczę, a co?! – nie czuje dobrze w przetartych butach, a to jest przecież normalny stan i potrzeba, żeby się właśnie dobrze czuć. Ja, w związku z przekroczeniem 50., o czym informuję każdą miłą sprzedawczynię, która wydaje się mieć przestrzeń na słuchanie mnie i reaguje adekwatnie do moich potrzeb, analizując ze mną model kupowanych dżinsów, butów czy swetra, nabrałam lekkiej obsesji, by wyglądać modnie.
Nie do końca pozbyłam się mojego kloszardziego stylu, gdy idę po jajka pod halę targową, na codzienny spacerze wokół Plant, nie mówiąc już o rundce wokół domu z psem, gdzie można mnie spotkać w piżamie. No ale lecę sobie na wspaniały wyjazd tzw. zagraniczny z zwischenstoppem w naszej szykownej stolicy. Zatem mówię nie, i całym ciałem czuję, że nie i jeszcze raz nie dla maksymalnie wygodnych „asicsów” z przetartymi piętami! Jadę w błękitnych „gazellach” z różowymi paskami, wygodne lecz przetarte „asicsy” do spacerów po klifach jadą w torbie.
To zrodziło pierwszy problem z przestrzenią w bagażu.
Kiedy organizatorka wyjazdu rzuciła hasło, że przyda nam się kauczukowa piłeczka do masażu, gumowa taśma do rozciągania i dwudziestoparocentymetrowa piłka do pilatesu w mojej głowie pojawiły się niebezpieczne wiry i odchyły od spokojnego myślenia metodycznego na rzecz chaosu i reisefieberowych wyrzutów myśli nie do poskromienia.
Nagle istotne wydało mi się zagadnienie posiadania spódnicy wirującej nad ziemią, w razie gdyby tańce intuicyjne miały za zadanie wyzwalać maksimum kobiecej energii. Analiza różnic temperatury między dniem i nocą i sugestie, że potrzebujemy ciepłych kapci lub wełnianych skarpet do chodzenia po kamiennych posadzkach starego, portugalskiego domu spowodowały dołożenie do rosnącej na kanapie – na razie przecież roboczej! – kupki rzeczy do ewentualnego zabrania, obydwu wariantów: i ciepłych skarpet i dzierganych przez rodzicielkę bamboszy. Za które przy okazji jej dziękuję, dziękuję baaardzo! I przepraszam za wszystkie zniecierpliwione jęki stęki i przewracanie oczami, że po cholerę mi takie nieseksowne i kolory nie moje i w ogóle gdzie w tym mam chodzić!?!
Kupka koniecznych ubrań i akcesoriów z każdą chwilą pęczniejąca, w trakcie trzy dni trwających analiz (za co z kolei przepraszam moją siostrę i też dziękuję!) nijak się nie dawała zredukować, więc wpadłam na genialny w swej prostocie plan wysłania dodatkowej torby InPostem, co miało się przerodzić w dręczący mnie i otoczenie leitmotiv wyjazdu – szczęśliwie ujarzmiony czynnikami natury obiektywnej, wcześniej łagodzony dystansem i humorem najcierpliwszych kobiet na świecie (dziękuję po raz trzeci!).
Najpierw odrzuciłam pokusę wysłania torby w celu zaoszczędzenia stówki, z poziomu rozsądku, który wyzwoliła myśl organizatorki, rezydującej w Portugalii, że Portugalia to Portugalia i z czterech/pięciu dni roboczych może się zrobić siedem, albo osiem, więc właściwie nie mam gwarancji, że moje buty czy majtki dotrą na miejsce na czas, co mój sprytny plan całkowicie pozbawiłoby sensu.
Nie odpuściłam jednak tematu. O ile byłam skłonna zapłacić za bagaż na drogę tam, z powrotem miałam już na pewno zaoszczędzić.
Cały czas, co raz to pojawiał się problem z szukaniem kartonów, w które zmieściłaby się moja torba, potem nie wiadomo było, kto i kiedy miałby mi właściwie tę paczkę przewieźć do punktu odbioru. Wszelkie informacje o cenie powyższego były tak niejasno sformułowane i rozbieżne na polskich i portugalskich stronach, że powodowały coraz większy ból głowy i złość na siebie, że jak zwykle nie wiem i ciśnienie, że za wszelką cenę chcę to ogarnąć. Bo tak! Dla zasady czy też dlatego po prostu, że nie umiałam tego odpuścić.
InPost z poziomu możliwości, ewoluował do formy poważnego planu (początkowo nawet przyjętego z uznaniem przez ciekawe tego rozwiązania koleżanki), powoli stawał się zagwozdką, ostatecznie gwoździem w dupie i śrubą w moim udręczonym umyśle. Coraz wyraźniej bez szans na powodzenie, mógł się już tylko spektakularnie rozsypać. Może było to do przewidzenia, a może zupełnie nie, ale sprawę rozstrzygnął los. Brawurowo i, jak to się mówi, hardcorowo. Najpierw uznałam za błąd systemu, więc zignorowałam smsa od lini lotniczych, że lot mój przeniesiono na dzień wcześniej! Co zrozumiałam dopiero, jakby mnie piłka pingpongowa uderzyła w czoło w słynnym geście „eureki”, gdy nie mogłam dokonać odprawy, na samolot… który odleciał wczoraj! Po nagłej fali gorąca i równie niespodziewanego kubła zimnej wody, które ogarnęły moje ciało leżące leniwie przed kominkiem, najedzone, otulone w koce, wełniane swetry i te niezastąpione mamine wełniane skarpetki w wełnianych kapciach, stanęłam na baczność do ponadstandardowej u mnie gotowości do walki o swoje prawa, by po chwili zrozumieć, że na samolot, który fizycznie odleciał dzień wcześniej, nie pomoże mi żadna awantura i dyskusje, ani z realnym ani, tym bardziej, z wirtualnym konsultantem cholernie tanich lini lotniczych, a jedynym, co ma sens, jest kupienie nowego lotu, w którym przynajmniej bagaż jest w cenie. Tak oto spektakularny plaskacz w pysk i puk w głowę, względnie kop w tyłek precyzyjnie i jednoznacznie, w samym środku nocy, rozwiązał rozdmuchany do formy niemożliwej do udźwignięcia, z dupy czyli z niczego powstały, gigant problem z nie tak znowu nadmiarowym, raczej zwyczajnie potrzebnym i precyzyjnie zaplanowanym, choć może ciut, z poziomu potrzeb estetycznych podkręconym, bagażem, do którego z jakichś skrajnie niejasnych powodów nie dawałam sobie prawa.
Wracam.
Lecę.
I jeszcze zmieściłam dodatkowe wełniane skarpetki made in Portugal oraz – oczywiście konieczne – jako przedłużenie nie tylko estetycznie i duchowo odlotowego, ale też najsmaczniejszego wyjazdu w moim życiu – pudełko fig z migdałami i pasteis de nata.

