W głębi i na powierzchni. Myśli zebrane albo kronika końca niedokończonego.


Nie pytajcie o prawdę. Ona nie istnieje.

(luty, 2024)

**********

Bez ostrzeżenia spadają lawiny…

albo to takie ludzkie, ignorować niebezpieczeństwo…

Gdy się wydarza nieszczęście,

stajemy jak głupi,

zupełnie niegotowi,

nierozumiejący,

bez zgody na to, że spod lawiny nie ma czego zbierać.

**********

Na dnie duszy, z której ulatują ptaki miłości i zamykają się drzwi raju,

gasną wszystkie światła,

wybuchają bezpieczniki emocji.

Jest wielkie, nieme NIC.

I może trochę niedowierzanie.

Ten moment, w którym możesz udać, że nie dosłyszałeś!

Więc nic nie zostało powiedziane…

Jak pięknie byłoby z całych sił nienawidzić!

Oblec się w czarny całun zemsty

I triumfować w rozpaczy.

Siać gniew!

Lecz jeszcze nawet nie widać zgliszczy, by móc siedzieć na nich kupką popiołu, żałosną resztką siebie.

Jest cicho i smutno.

Głupi uśmiech na twarzy, żałosne zdziwienie.

I zaprzeczenie.

Bo jest tak spokojnie i cicho.

Jakby nic się nie stało.

Jakby się niczego nie usłyszało.

Jakby nic nie zostało powiedziane.

**********

Ja, czyli kto?

Jaki kod dostępu wpisać człowiekowi, którego jeszcze nikt nie oswoił

Na niechcianym początku nowej drogi?

**********

Trudno uwierzyć w wiosnę gdy wokół zima

Moja nie bielą spowita, co myśli czyści, lecz szarością osnuta,

wżarta w duszę niepokojem.

Demeter żale we mnie i łkanie za umiłowaną, wyczekaną, utraconą…kto wie czy nie na zawsze?!

**********

Myślę – jaka szkoda!

Nigdy nie byłam dość szalona i odpowiednio wyważona.

Wierna, jak szczenię.

Moje ciepło stałe i przewidywalne nie wystarczyło do wzniecenia ognia.

Jaka szkoda,

że miałam tę skłonność przeklętą do melancholii

Potrzebę bycia w uścisku

Wieczną potrzebę utulenia.

Jaka szkoda.

Za krótka droga.

Lub za wąska dla dwojga

Poranionych, nieutulonych, stęsknionych – ostatecznie niedopasowanych,

(Jaka szkoda, że za późno przychodzą ważne pytania.)

Wyruszyć w nową drogę ze starym bagażem,

Iść bez wiary, bez nadziei, bez ognia, bez radości, bez otwartości na nowe.

Iść bez celu.

W kierunku samotnego końca.

Jaka szkoda.

(marzec)

**********

Jak się dzieli filiżanki w dniu rozstania?

Może on ich nie zechce, choć tak się cieszył, gdy je razem kupowali,

Może ona odda mu wszystkie, bo były po coś, czego już nie ma.

Może popadną w zapomnienie i przykryje je kurz, bo odtąd kawę będą pić w drodze, idąc i jadąc – patrząc obok i naprzód.

Już nie sobie w oczy.

Nie przy stole złudnej stabilizacji.

Ktoś zostanie w starym domu, jak w grobowcu.

Zmumifikowany na poziomie emocji, otoczony przedmiotami, strzępkami dawnego życia.

Lub jeśli los im sprzyja – mimo wszystko – wielki dom wystawią na sprzedaż, podzielą stare meble na dwa nowe mieszkania, dla niej ciut większe – bądźmy rozsądni! – zostaje z dzieckiem, kotem i psem, i nikomu niepotrzebnymi filiżankami, których szkoda wyrzucić.

Nikt nie zechce łóżka.

Może trzeba je spalić, by nikomu nie przyniosło bezsennych nocy, niemiłości?

Sprzedać – byłoby nieodpowiedzialnością,

jak chodzenie z grypą i rozsiewanie zarazków.

Jeśli jednak ona zostanie w niepustym, hojnie darowanym domu,

On wolny jak ptak, wzniesie się nad pustynią, nad pożogą pofrunie, osiądzie na najdalszej skale, stworzy sobie fundament.

Z myśli, wspomnień, uczuć, złych i dobrych emocji, słów błahych i tych najważniejszych łańcuch z czasem skoroduje, pęknie, uwolni go ostatecznie.

Stanie się nowym człowiekiem.

Mimo wszystko.

Może nawet kupi sobie z kimś nowe filiżanki.

**********

Znów wiosna otumania zmysły słonecznymi forsycjami.

Płacząca wierzba drobnolistna szaloną fryzurą wystrzela w błękit.

Zmusza by patrzeć w niebo.

Zaraz białym kwieciem sypną mi w oczy jabłonie.

Boleśnie

Ślepa pozostanę na to, co na dole.

Natura bezczelnie i spektakularnie rwie się do życia,

Gdy ono cicho i powoli umiera.

Czymże jest nadzieja nowego wobec drętwoty niemiłości!?

Pod jej powierzchnią niestety nie można utonąć.

Można tylko boleśnie trwać.

Brodzić ku zapomnieniu, w braku zdziwienia, bez nadziei.

Niby żyć. Patrzeć jak forsycje rosną.

W odruchu bezwarunkowym uśmiechać się do błękitu nieba.

Nie zauważać jak w oka mgnieniu białe kwiecie jabłoni rozpada się w nicości.

**********

Jak niewiele mogę zrobić!

Mogę czekać.

Mogę spróbować w czekaniu nie oszaleć.

Nie utonąć w rozpaczy.

Mogę oddać swoje myśli i ciało rzeczom praktycznym – ogarnianiu rzeczywistości.

Oferta jest kusząca!

Prace domowe proponują się same. Z automatu, nawet przy niewielkim zaangażowaniu i prawie nieobecności domowników .

Kurz odkłada się sam, żółte kłaczki psiej sierści mnożą się i płożą na całej domowej tkance – wywołują swojską irytację, która pozwala na moment nie czuć nic więcej.

Sam się psuje piec, do którego trzeba umówić serwis.

Pranie!

Niezawodnie się zbiera, pozwalając się rękom sortować, wkładać, wyciągać, przekładać, składać, układać – nieustanny ruch rąk!

Kojący stary wkurw na zwinięte skarpetki, na podwinięte nogawki, na niewywinięte rękawy!

Gorzej się czyta.

Obrazy mnożą obrazy.

Wszystkie kropki prowadzą do kolejnych. Myśli mają tendencję zapuszczania się w nieprzyjemne rejony, gdzie głucho dudni pamięć i wyje rozpacz.

Serce rwie się na strzępy, bulgotem podchodzi pod gardło, zaciska krtań, targaną raz po raz spazmami szlochu.

Stoję na skraju obłędu.

Myśli otumanione tym, co praktyczne, konieczne, potrzebne, niezbędne

Nie dają odpowiedzi.

Znikąd rozumnej nadziei.

**********

Wszystko skończyło się tuż po rzęsistej ulewie,

Co spadła tak nagle w marcowe popołudnie, z grafitowego nieba.

W pięć minut było po wszystkim.

Wśród wybuchów wiosny,

Bez emocji, jasno wypowiedziałeś mi miłość.

Chciałeś byśmy się na koniec napili herbaty.

Przy herbacie cichną głosy, opadają emocje.

Nie da się jej pić nerwowo.

Pewnie na to liczyłeś.

Jakoś się nie złożyło na spokój, więc nie wypiłam jej wcale.

Wstałam i wyszłam, tak po prostu

I z kawiarni, i z życia,

Zostawiając cię z dymiącym naparem,

który – czy już zawsze?!- będzie mi się kojarzył z nieudanym pożegnaniem.

I może z deszczem, który tak pięknie zmył ulice.

I niestety z twoim chłodnym wzrokiem.

A przecież herbata w niczym nie zawiniła.

Choć nikogo nie ukoiła,

ani cierpkim smakiem, ani głębokim aromatem.

Nie spełniła (tylko lub aż!) pokładanych w niej nadziei…

(Czy nadzieja to już zawsze będzie coś na wyrost?)

(…)

Potem pewnie kelnerka obojętnie wylała do zlewu

nikomu niepotrzebną filiżankę zielonej herbaty.

Na zawsze niewypitą.

**********

Odszedłeś cicho, niemal na palcach,

jak złodziej, zagarniając chciwą łapą marzenia i plany.

I jeszcze:

Łagodne światło lampy przy świątecznym stole,

Spokój wieczornych spacerów z psem,

Kłótnie – nagle tak nieistotne,

Codzienność oswojoną,

życie w pulsujących organach

…tak postępuje śmierć.

Choć ona nie zostawia poczucia, że wszystko było złudą.

(kwiecień)

**********

Pragnę jeszcze raz dotknąć rzeczy najprostszych.
Bez celu iść,
z ogniska żaru jeść pieczone, pachnące,
pod niebem gwieździstym spać,
bać się niedźwiedzi i wilków,
nie przed samotnością drżeć
na wietrze,
bez żadnej wiaty na horyzoncie…

*********

W moim sercu cie(r)ń gorzkiej satysfakcji, że ona nigdy nie będzie mieć

tego spokoju,

tej ufności,

tej pewności –

– moich przez lata!

Teraz jesteś mężczyzną, który zdradził.

Tym, któremu się nie ufa bezgranicznie.

**********

On – mężczyzna porzucający,

Przepełniony wzniosłym uczuciem i – jeśli żalem jakimś – przecież jest szlachetnym człowiekiem! – to pięknym, pełnym współczucia!

Ona – porzucona, żałosna resztka żony, z szambem w głowie, z lepkim poczuciem brudu od trzewi po końcówki włosów, złamana, nienawistna, żmijoustna.

**********

Przychodzę tu by stanąć w prawdzie z sobą

Lecz nic nie czuję

Nie słyszę

Nie widzę

Bezmiar Nie- Czucia

Obezwładniający brak rozpaczy

Niosącej nadzieję na ukojenie.

Patrzę na ciebie, moje morze!

Bez radości

W całkowicie niemym niedowierzaniu

Nie umiem Cię widzieć, nie czuję twojego zapachu, piękna i bezmiaru,

Jesteś mi bez treści plamą w nieczułym krajobrazie.

Liczyłam, że dasz mi szloch najczystszy,

Drżenie opuszczonego ciała w zespoleniu z ziemią,

Że łzy moje w twojej toni rozpuszczę,

Marzyłam.

Już mi żadnych marzeń niepisane spełnienie.

Widać, koniec to jest po prostu pustka,

brak kierunku,

ku niczemu trwanie.

(…)

W rytmie fal rozpoznaję nagle przypływ tęsknoty

Lecz nie wiem wcale za czym.

(…)

Bez głosu,

W nie – czuciu i w bez- myśleniu trwam.

I to jest jak upór, choć go wcale nie chcę

Przeciw nachalnej przyszłości, która musi się spełnić i nadejść.

Nie ja ją stworzę!

Spadnie na mnie gwałtem,

wedrze się

okrutna, samo – się – spełniająca.

**********

Spokój to pojemne uczucie.

Bywa radosny, otulony pewnością,

Że wszystko jest dobre i piękne, odpowiednie, wystarczające.

Czasem, gdy nie jest za dobrze,

spokój syci się niedowierzaniem i nadzieją, że jakoś to jeszcze będzie.

Spokój nie przewiduje rozpaczy.

Nawet wtedy, gdy już go spowija mgła zwątpienia.

Spokój po burzy, kiedy uleciały wszystkie słowa jest bezbrzeżny i głuchy, wyzuty z myśli.

Otumaniony bólem.

Ten niesie pustkę.

**********

I jeśli bólem mam być tylko, 

Raną szarpaną, rozdartą

Wiem że tak żyć nie warto.

Między krzykiem rozpaczy, a głosem rozsądku, 

Między niemym niedowierzaniem i obezwładniającym gniewem,

Gotowa na oślep bić

kopać i gryźć,

bluzgać, błotem obrzucać,

z bólu wyć,

półmartwa leżeć bez nadziei.

Wiem, że nie warto.

Resztkami sił czołgam się ku życiu.

Nie wiem po co, nie wiem dokąd.

Ciągle marzę, by móc cofnąć czas, temu co się spełnia, nie daję wiary,

Lecz zasilam tylko żal i gorycz, i zwątpienie.

Nie godzę się!

Nie pozwalam!

Nie chcę!

… przecież nic nie mogę!

W sobie znaleźć moc,

Siebie utulić, 

Sobie zawierzyć, 

Do życia prawo sobie dać,

Do radości, do czucia – Ach, jak by to było pięknie!

Wokół mnie falujący ocean, srebrna toń,

raz po raz zanurzam się z ufnością, że pomieści mój żal i zmyje łzy, i stłumi szloch, i ukołysze. 

Ciało zmyje, z myśli natrętnych, co się same myślą, obmyje, wypłucze je z zakamarków głowy i duszy…

Wychodzę czysta na brzeg. 

Może nawet szczęśliwa przez chwilę.

Nim wyschnę, one znów, ku rozpaczy serca, jak w transie wracają, dudnią, świdrują, jak dłutem drążą duszę z ostrużyn nadziei.

W uścisku kleszczy zamknięta krtań.

Próżno ciało w błogość odpływa, gdy dusza krzyczy – korowód słów znów zatacza krąg.

Stawia w punkcie wyjścia. 

Słyszę tylko twój beznamiętny ton. 

Twoje wyznanie, jak wyzwanie rzucone mi w twarz!

I odgłos zamykanych drzwi. 

Wszystko precyzyjnie okrutne.

I czuję, jak rozpadam się, jak żyjąc obumieram.

Przejrzały owoc, zwiędły kwiat, złamana gałąź, człowieka ślad, co kiedyś był w tym ciele, którego nie przyjmuje ocean. 

**************


Natura strojna w światłocienie, raz słońcem rozżarzona, potem mgłą spowita,

Zachwyca.

Lecz piękno świata przyjąć w rozpaczy niepodobna!

Dobro nie wnika we mnie, 

ledwie muska skórę spaloną słońcem.

Głaszcze mi czule słońce we łzach skąpaną twarz, 

Otula serce słabnące

Wszystko na nic!

Gdy spada na mnie noc pełna gwiazd, odchodzę w nią snem niekojącym. 
(gdzieś na końcu świata. Maj)

**************

Odszedłeś,

żyjesz z nią, 

ja z tobą, w mentalnym uścisku.

Z tym pytaniem, 

na które nie ma odpowiedzi, 

dudniącym w mojej coraz bardziej obłąkanej głowie 

od rana do nocy, 

bez moje woli,

z moim bolesnym udziałem.

Ona, która wie o mnie wszystko

Ja, która nie wiem o niej nic

Dysproporcja idealna

Z twojej woli i ręki: władza i upodlenie.

(29.05.)

********

Między nicością a mną:

Ja 

Mnie

Mi

Mnie

Ze mną

O mnie

Ja. Jednak ja!

(grudzień)

***********
W twoim spojrzeniu wszystkie moje lęki i nadzieje.

Wszystkie niepokoje,

burze namiętności, 

kotwice niemocy.

Obietnica, 

Że jeszcze raz pobiegnę boso przez łąki,

Że zanurzę ciało w oceanie.

Ty za mną i ze mną, ręka w rękę, w oddechu i spojrzeniu jedno.

Przegryzam słowa, które chcę ci powiedzieć,

Mają smak truskawek.

Zlizuję je z miękkich, drżących warg.

Jak truskawek nie mogę się ciebie doczekać.

Pierwszego smaku, pierwszego zapachu, przesytu, wspomnienia. 

Zamieniam się w gorący mus, jestem plamą czerwieńszą od krwi.

W oczekiwaniu zimy, o której wiem, że nadejdzie bielą, w której cię zgubię,

którą wchłonę, bo znów czuję za bardzo.

Mimo to pragnę!

Rozlewać się gorącą falą na szklistej tafli lodu.

Ku nicości.


*********
Światło, które wybija się z najgęstszego mroku jest tym najjaśniejszym.

Jest prawdą. Triumfem 

Miłości

Życia

Nadziei

Wszystko to jest zawsze.

Nawet niewidoczne. 

Jest. 

I czeka.

By zajaśnieć.

By ogrzać wszystkie spragnione istoty

Z mroku

Z rozpaczy

Z upadku

Podnieść się.

Iść w blasku

który oświetla, lecz nie oślepia.

******************

KONIEC


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *