Mila (rok, który zmienił moje życie)


Kiedy zadzwonił telefon, pędziłam autostradą A4 z Wrocławia do Krakowa. W poczuciu absolutnej wolności, nie myśląc o żadnych niespełnionych pragnieniach i potrzebach. Nasze życie wydawało się dobre. Od jakiegoś czasu nie rozmawialiśmy o tym, czego mieć nie mogliśmy. Uważaliśmy, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Nie chcieliśmy się zdobyć na żaden dodatkowy krok, chociaż nie wyczerpaliśmy dostępnych rozwiązań. Ja nie chciałam. Z przyczyn, których nigdy racjonalnie nie sformułowałam. T. nie naciskał. Siostra uważała, że kiedy dotrze do niego, że już jest za późno, będzie żałował i będzie mi miał za złe, że nie chciałam spróbować. Ale to mnie nie przekonywało, nie sprawiało, żebym zechciała. Zatem przestaliśmy o tym rozmawiać.

Jechałam autostradą A4, wracając po kilku bardzo udanych dniach w pracy. Grupa z którą pracowałam była nieduża, niezbyt roszczeniowa, spaliśmy w dobrym hotelu, w którym wszystko sprawnie działało. Nie zawiódł ani wrocławski przewodnik, ani restauracje, ani pogoda. Spektakl w operze był świetny. Rano się pożegnaliśmy. Pojechali z powrotem do Niemiec, ja wracałam do domu. Miałam przed sobą wolne popołudnie. Tylko dla siebie, T. był akurat, też służbowo, w Hiszpanii.

Napawałam się tą chwilą samotności. Od jutra miałam kilka dni wypełnionych oprowadzaniem po Krakowie od rana do wieczora, z krótkimi przerwami koło południa. Wiedziałam, że będę zmęczona rozmowami, nadążaniem z realizacją wyśrubowanych programów, ściskiem w Katedrze i w Kościele Mariackim, hałasem miasta, wszystkim, co było częścią dnia pracy w sezonie turystycznym. Był początek czerwca i sezon właściwie dopiero się zaczął. Do końca października miałam kalendarz wypełniony po brzegi.

Korzystałam z chwili, w której nikt do mnie nic nie mówił, ani ja nie musiałam do nikogo nic mówić. Na całe gardło śpiewałam sobie z Kasią Nosowską Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd i nie wybaczy nikt chłodu ust twych…jak zwykle wpadając w ekstazę przy nie prawda, że tak miało być! Że warto w byle pustkę iść!…Przy To wciąż za mało…mój głos zawibrował w tej sekundowej ciszy, kiedy audio przełącza się na dźwięk telefonu. 

Nigdy wcześniej nie dzwonili. Nikt nie pytał, co u nas słychać. Odkąd przeszło dwa lata temu staliśmy się kolejnymi, którymiś tam w kolejce, przeszliśmy przez wszystkie stany emocjonalne – od euforii, podobnej tej, kiedy ten jeden jedyny raz przez te lata uporczywych starań mój test ciążowy wykazał – na krótko – obecność zarodka; poprzez ledwo tlące się w podświadomości oczekiwanie, czasem pełne ufności i nadziei, innym razem wściekłe, zniechęcone tym, że czekamy w zasadzie na coś mglistego, bez przekonania, że to się w ogóle wydarzy; oczekiwanie przeradzające się w nagły impuls do wzmożonej aktywności, walki wręcz – o swoje marzenie przecież! Stając się na moment zaangażowanymi poszukiwaczami rozwiązań niestandardowych, podglądaczami dziwnych forów internetowych, nawiązaliśmy kontakt z rodzinami, którym się udało…ale co? Załatwić sobie dziecko?! Przeraziliśmy się, że trafimy na jakichś szarlatanów, cwaniaków. Otarłam się o szaleństwo, rozważając czy mogłabym stanąć pod oknem życia, zaczekać, aż ktoś tam odda swoje dziecko i postarać się o nie! Kolejna obłędna myśl, że to wszystko igranie z losem! Czyż nie wierzyliśmy w przeznaczenie? Należy tylko cierpliwie czekać. Co ma być, to będzie. Ostatecznie jest nam też dobrze tak, jak jest. Okazyjne spotkania w gronie znajomych z małymi dziećmi uświadamiają człowiekowi bezmiar swobody, beztroskę życia tylko we dwoje. Śmiejesz się z przereklamowanego szczęścia rodzinnego. Chwilami się śmiejesz, chwilami popadasz w rozpacz.

I nagle ten telefon, na A4, w zupełnie niekonkretnym miejscu w środku dnia, w środku ulubionego utworu, w samozadowoleniu, spełnieniu, absolutnym dostatku doznań i emocji, absurdalne wręcz zdanie z samochodowego głośnika, które do dziś słyszę! – Dzwonię, by zapytać, czy w państwa życiu nic się nie zmieniło.

– Chyba nie…yyhm – przepraszam, łapię oddech i zjeżdżam na pobliski parking, bo zaczynają mi drżeć kolana,

– To dobrze, bo chcielibyśmy wam przedstawić dziecko.

– Jakie dziecko? Naprawdę!? – prawie krzyczę – Jak to możliwe!?

Psycholog z ośrodka nie może niczego powiedzieć przez telefon. Muszę do nich przyjechać. Oczywiście, będę jutro. Mam krótką przerwę w pracy. Cholera, za krótką! Coś przestawię, skrócę. Będę na 13.00. Oczywiście, że będę!

Młoda kobieta w ośrodku, z którą rozmawiam następnego dnia, mówi tylko:

– Wie pani, to jest niespełna 2 letnia dziewczynka. Zdrowa. Niewiele o niej wiemy.

Słysząc to, wpadam w euforię. Dziewczynka! Maleńka, jeszcze prawie niemowlę. Nigdy tego wprost nie sformułowaliśmy, nie określiliśmy płci, bo gdy się rodzi dziecko, też nie masz na to wpływu. Albo może dlatego, że nie chcieliśmy wyjść na małostkowych? Człowiek wiele ukrywa sam przed sobą. Nie podaliśmy granicy wieku, bo wiedzieliśmy, że T. wkrótce kończy 40 lat i to nas teoretycznie i statystycznie dyskwalifikuje w staraniu o dziecko poniżej 3 roku życia. A przecież zawsze pragnęłam mieć córeczkę. I – dotarło do mnie w ułamku sekundy – bałam się chorób, jeszcze nieodkrytych u dopiero co urodzonego i problemów dziecka zbyt długo niekochanego. Prawie każdy się boi. Prawie nikt tego nie przyznaje.

W ośrodku nie mają nawet zdjęcia dziecka. Mówią, że poproszą o nie. Jakoś nie było czasu wcześniej. Spróbują nas jak najszybciej umówić na wizytę. To zależy od rodziny zastępczej, kiedy nas przyjmą. Wizyta zostaje umówiona na 9 czerwca, za tydzień. Pojedziemy z psychologiem. Wieczorem przysyłają nam dwa zdjęcia. Na jednym dziewczynka o nad wiek dorosłej buzi ma błękitną czapeczkę, zrobioną na szydełku. Według mnie nieładną. Na drugim jest ubrana na fioletowo. Ma bardzo bladą twarz. Ujęcie jest dziwne. Uznaję, że nie pasuje jej fiolet. Zauważam, że ma pewnie odstające uszy, bo na zdjęciach ma czapkę i opaskę. Trochę się wstydzę tych myśli, ale nie umiem ich odpędzić. Przecież mówili nam – pamiętam dokładnie – mamy być wrażliwi nawet na zapach dziecka, na każdy szczegół. Zwykłe zdjęcia, zrobione słabym aparatem podczas zwykłego spaceru. Wtedy, w napięciu, pomiędzy euforią, a lękiem, ciągle czekam na znak. Szukam go we wszystkim.

T. wróci dopiero za dwa dni, ja umawiam ekipę remontową, która akurat kończy pracę u sąsiadów. Mają kolejnych klientów, ale błagam, by przyszli na te parę dni, odświeżyć parkiet i wymalować pokój. Dla dziecka. Patrzą z niedowierzaniem, bez żenady, wprost na mój płaski brzuch. Naprawdę! Za kilka dni będziemy mieli dziecko. 

Wizyta była krótka, najwyżej godzinna. Wszyscy byli bardzo spięci. Patrzyliśmy na zalęknione, drepczące na palcach dziecko, które ledwo pozwoliło się wziąć na ręce. Oddychało nerwowo. Miało absurdalne, króciutkie kucyki na czubku głowy i odstające uszy.

Napięcie było prawie nie do zniesienia. Nie wiedziałam, czego się ode mnie oczekuje, co powinnam zrobić, co powiedzieć. Przede wszystkim nie wiedziałam, co dokładnie czuję. Czekałam na znak. Psycholog musiał to wyczuć. Gdy wyszliśmy, powiedział tylko:

– Wiecie, że do niczego nie jesteście zobowiązani? – to zdanie podziałało w tamtej chwili jak kojący balsam. Odblokowało skrajne napięcie, mimo, że niczego nie rozstrzygnęło.

Po powrocie, siadając – każde w innym pokoju – rozważaliśmy w samotności, co postanowimy. Płakałam. Wiedziałam, że podejmuję najważniejszą decyzję w życiu. Czułam się jakbym miała zdecydować jednym zdaniem o losach świata. Zresztą czy to nie była prawda? Nasz świat miał się całkowicie zmienić. Nasz i tej dziewczynki maleńkiej, której spojrzałam w oczy i …nie doznałam żadnego olśnienia, które – wtedy stało się dla mnie jasne! – cały ten czas podświadomie sobie roiłam! Marzyłam o tej chwili, o takim emocjonalnym wybuchu nadprzyrodzonej świadomości. Miałam spojrzeć i wiedzieć! Muszę być nienormalna jakaś! Nie mogłam zajść w ciążę, upierałam się – przecież nie z powodów światopoglądowych – lecz w przeczuciu, że coś innego jest mi pisane, że in vitro nie jest dla mnie. I teraz… nie wiem?! I wtedy przyszedł T.

– Dlaczego płaczesz? – zapytał,

– Bo nie wiem, co mam robić…

– Nie chcesz jej? – napisane, brzmi może brutalnie, ale w tym łagodnie wypowiedzianym pytaniu było tyle miłości, akceptacji, wsparcia wreszcie – choć niewypowiedzianego wprost! Nagle zrozumiałam, że z niczym nie jestem sama i nigdy nie będę. 

– Myślę, że chcę – powiedziałam ostrożnie – a ty?

– Ja chyba też.

Nic więcej nie zostało powiedziane. Nikt z nas nie czuł potrzeby dopowiedzenia czegokolwiek. Przytuliliśmy się i zasnęliśmy.

Ranek przyniósł pewność. Pewność i radość. Zostaliśmy rodzicami.

Dopiero za dwa tygodnie mogliśmy zabrać naszą córeczkę do domu. Najdłuższe dwa tygodnie w życiu. Chociaż czym są dwa tygodnie, skoro czekaliśmy na nią osiem lat. Byliśmy pewni, że właśnie na nią. Wymarzone dziecko, jedyne możliwe. No tak, tak uważam, przeznaczone.

Różne sytuacje z kolejnych dziesięciu lat życia naszej rodziny pamiętam mgliście. Czasami nie pamiętam tego, co się działo wczoraj. Nie pamiętam zeszłorocznych wakacji. Nie umiem przyporządkować strzępków wspomnień do konkretnego wyjazdu, roku. Tamte czerwcowe dni pamiętam jakby wciąż się działy, pamiętam każdą myśl, każde wypowiedziane słowo. Tych słów, wtedy, wypowiadałam niezwykle mało. Każde wydawało się niezgrabne. Na wyrost, albo nie dość. Niepotrzebne. Tego się nie dało omówić, to się działo.

Przyjechała 1 lipca. W bardzo piękny gorący dzień. Wciąż widzę ją z tym pieskiem pluszowym, jak biegnie do mnie, śmiejąc się, wyciąga rączki. Za nią opiekunka, z reklamówką, całym jej dobytkiem. Z zawartości plastikowej torby dowiem się, że niebieska czapeczka została zrobiona na szydełku w komplecie z różową. Nigdy ich Mili nie włożyłam. Nie są w moim stylu. Ale przechowuję je jak cenne pamiątki. Pierwszy prezent dla mojej córeczki, który ktoś jej podarował z miłością.


3 odpowiedzi do “Mila (rok, który zmienił moje życie)”

Skomentuj AnjaAnda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *