Tak mi przychodzi na myśl, że to jest nie tylko o tym, że mam w głowie szczególny pierdolnik, ale przede wszystkim o wytyczaniu granic, samej sobie i temu głosowi wewnętrznemu, co się ostatnio modnie nazywa Krytykiem Wewnętrznym, o którym się dużo mówi, ale nie wiadomo w zasadzie, jak gościa uciszyć, jaką mantrą, jaką pracą mentalną i fizyczną orką, bo on, który zawsze wszystko zrobiłby, rzecz jasna, najlepiej, ma również ponadprzeciętny dar przeżywania wszystkich magicznych praktyk, okadzania umysłu huraoptymistycznymi treściami i klepania się po ramieniu. Wszystko na nic. Mój Krytyk chyba nigdy nie odpoczywa. Strasznie jest zawzięty, żeby od samego rana „zrobić mi dzień”, totalnie au rebours. Dobić, podciąć skrzydła, upupić. Choćbym się obudziła w najlepszym nastroju, w piękny słoneczny dzień, z plamami słońca na ścianach i twarzy, w obiektywnie lepszej kondycji fizycznej, niż ta, w której zasypiałam, z galopującym przeziębieniem, w dreszczach, gorączce, nafaszerowana lekami, bez sił, by zrobić cokolwiek innego niż zasnąć.
Kiedy to piszę, a jest godzina 14.20, czuję znów grypowe łamanie w ciele, więc oczywiście jeszcze raz wstaję i robię Febrisan, w czym nie byłoby może nic takiego, gdyby nie fakt, że wstaję znów od komputera, a przesuwam dziś czas pisania z zaplanowanej 9.00 na rozsądną 11.00, bo jakoś mi tak zeszło na wyprowadzaniu psa i wyrzucaniu śmieci – o czym za chwilę słowo, no i śniadanie chciałam z dzieckiem zjeść, po ludzku siąść, pogadać z okazji wolnego poranka. Potem miałam już na sto procent od 13.00 pisać, ale zbyt dobrze mi szło z porządkami na tarasie, do których się nie mogłam od tygodni zabrać, w istne flow wpadłam przy podcinaniu suchych gałęzi i zbieraniu liści, przesadzaniu, przesuwaniu donic, dosypywaniu świeżej ziemi, pakowaniu do worków wszystkiego, co nie przeżyło nawet łagodnej miejskiej zimy. Więc, pomyślałam, ok., na pewno od 13.30 siądę. No dobra, na jeszcze pewniejsze pewno od 14.00. Pewne jak w banku. Prawie! O 14.01 odpaliłam laptop, ale nieopatrznie spojrzałam na telefon, który chciałam wyłączyć, by mi nie przeszkadzał w pisaniu i przeczytałam w tym okropnie nieopatrznym rzucie oka na ekran, że mąż pisze, że teraz, koniecznie teraz, musi wiedzieć, kiedy będą starty córki w niedzielnych zawodach, bo choć mamy czwartek, trzeba zaplanować transport. Na niedzielę, w czwartek, dokładnie dziś, teraz! Że też teraz, natychmiast musi wiedzieć, co z tym startem, trochę mnie irytuje. Mimo irytacji szukam oczywiście numeru telefonu do klubu jeździeckiego, do biura zawodów i, dziwna sprawa, pierwszego maja żaden służbowy numer nie odpowiada! Jeszcze mail piszę, kretynka, chociaż wiem, że listy startowe na niedzielę będą dopiero w sobotę wieczorem, no ale piszę, żeby nie było, że olewam temat i proszę o podanie godziny startu tak pi razy drzwi, plus minus i jeszcze raz bardzo przepraszam! I przytomnie oddaję córce telefon, że jak jednak oddzwonią, gdy ja tu siedzę i piszę, by odebrała i się dowiedziała. No brawo ja! Nie, no tu naprawdę się klepię po ramieniu. Bez ironii i sarkazmu, bo jednak rzeczywiście oddzwonili! Stajnie przecież nie mają wolnego, o czym – OCZYWIŚCIE! – córka odebrawszy mój telefon, przyszła mi powiedzieć, zamiast napisać ojcu wiadomość. Ale nic to, w 13 sekund jej to powiedziałam – idź i ojcu napisz, bo ja – przepraszam!!! – piszę, i potrzebuje jeszcze chwili dla siebie.
Więc o 14.15, chociaż już od 14.00 na pewno, pewno miałam pisać, wstaję, żeby zrobić ten Febrisan na gorączkę i w czasie, gdy gotuję na niego wodę, żeby tak nie stać bezczynnie, wkładam kilka naczyń ze zlewu do (czystej i odkażonej wcześniej) zmywarki, daję żółwiom sałatę z lodówki i zauważam – niestety!! – że marchewki nadwiędłe są, więc odkrawam ich końcówki i obieram, i zalewam zimną wodą, żeby potem wykorzystać je do zupy ogórkowej, którą może dziś, jak się na czas ogarnę z tym pisaniem i tarasem, i wszystkim innym, co mam w planach, ugotuję.
O 14.20, nareszcie, naprawdę jestem w procesie pisania! No jestem. Piszę. Brawo. Bez ironii i sarkazmu. Z dozą czułości nawet. Z podziwem dla tej walki, którą ciągle z sobą toczę. Codziennie. Może nie cały dzień, codziennie, ale naprawdę każdego dnia. Bo mnie naprawdę wszystko rozprasza, zaprasza, kusi, nęci, zmusza, wabi, przyciska, usadza, albo przeciwnie każe biec w podskokach! Codziennie.
Zatem siedzę i piszę. Nie to, co pierwotnie planowałam, bo dziś, jak co dzień, od ponad tygodnia między 9.00, a 10.00, był czas na pisanie konkretne, zaplanowane, pisanie Kroniki Poetyckiej, którą przygotowuję do wydania. Jednak dzisiaj to się nie udaje. Mam dwa inne tematy, które zajmują mnie tak bardzo, że jednak piszę to coś innego.
Daję sobie prawo do zmodyfikowania planów. Krytyk się dąsa, ale cicho dziś. Przeczytałam bowiem wczoraj taką myśl: „(…) tak naprawdę niezachwiane skupienie nie jest dla nas czymś naturalnym. Nasz umysł zwraca się w różne strony i nie koncentruje na niczym w pełni, bo wciąż odbiera nowe bodźce. Niekiedy nazywa się to stanem otwartej świadomości, który, jak wykazały badania neuronaukowe, sprzyja kreatywności.” Ot co! Wypisz wymaluj o mnie! Wątpliwość, czy aby moja, tak zwana, kreatywność już się podniosła z fazy zwykłego chaosu pochodzi z mojego wnętrza, od NIEGO, tak naprawdę, nie ode mnie przecież! Ale jeśli mój Wewnętrzny potrzebuje usprawiedliwienia, bardzo proszę! – wczoraj pisałam ponad dwie godziny, więc dwa razy tyle, ile założyłam. I przedwczoraj też o wiele więcej. Myślę też, że najzwyczajniej w świecie nie skupię się na poezji, tak skrajnie dziś przytłoczona prozą życia.
I tu mi od razu miga czerwona lampka z pytaniem, czy te pierdyliard rzeczy, które wczoraj i dziś dla przykładu tylko, ogarnęłam – mimo choroby nawet – wszystkie te prania, pisanie, wizyta u lekarza w nagłym problemie, w środku dnia, kupienie ziemi i roślin na taras – który obiecałam sobie zrobić do 10. maja; zawiezienie córki do stajni, już naprawdę w drgawkach i w gorączce, przewiezienie 20 kilogramowej karmy dla konia i własnoręczne jej przesypanie do pojemnika pod boksem, przy okazji uprzątnięcie opakowań z suplementami, dodanie nowych witamin i olejów na piękną końską sierść, wpisanie tego na tablicę informacyjną dla stajennych, przejechanie do weterynarza po szczepionkę dla konia i tabletki na kleszcze dla psa – omówienie całego procesu szczepienia, zapisanie tego ku pamięci …mogę tak jeszcze przez co najmniej dziesięć linijek – czy to wszystko jest mało, żeby poczuć, że się coś naprawdę w życiu robi, a nie leży i pachnie?!
Nie mam – przy okazji powiem – dziś już nie mam większego problemu z leżeniem i pachnięciem, coraz bardziej daję sobie na to przyzwolenie. Serio. Praktykuję drzemki w ciągu dnia i spacery w naturze. A jednak! Kiedy mi wczoraj znajoma powiedziała, że nie będzie się przemęczać w piękny weekend majowy i będzie sobie coś tam w ogrodzie przenosić po jednej, maksymalnie dwie rzeczy dziennie, powolutku, odczułam jakby mnie kto obuchem walnął! Co za strata czasu i energii! Fizycznie mnie to zabolało! Bo ja bym oszalała, dozując sobie pracę, którą można przecież się ściorać do nieprzytomności, żeby zadowolić gnoma w sobie. Ja rozumiem jej rodzinę, która chciała od razu zaorać całą działkę, że to trzeba wielkoformatowo ogarnąć, na raz wszystko, od świtu do nocy ciąć, kopać, wywozić, nawozić, grodzić. Wieczorem paść, nie czuć członków żadnych ani górnych ani dolnych, ołów w karku, zawroty głowy. A bośmy nawet nie jedli nic! Tyle ogarnęliśmy, brawo my!
A jak nie jest tak, maksymalnie, wyzyskowo, destrukcyjnie, to jakiś niedosyt mam, jakiś pozostaje smrodzik, że może jednak leniuszek, a może nie-ogar! Tak, zdecydowanie to drugie, taki nieudacznik jestem, co nie umie porządnie od początku do końca wziąć i zaplanować, przeprowadzić, do końca doprowadzić.
No słyszę przecież, ten w środku tak wrzeszczy, to nie ja tak o sobie myślę, a jednak ja sama od rana do wieczora mam do siebie jakieś pretensje. No jakieś „wąty” wieczne. Jak to, nie ma takiego słowa?! „Wąty” to jest coś z czym żyję całe życie, taka mieszanka niesmaku i pobłażania dla samej siebie, że może mi się wydaje, że coś ogarniam, ale spójrzmy faktom w oczy, wszystko ciągle jest nie-do-ogarnięte.
I tak wstaję rano z tym słońcem na twarzy i myślę, no fajnie, tylko, cholerka, o siódmej miałam wstać, a potem, że no dobra wolny dzień, więc o ósmej mogłam, ale o ósmej trzydzieści, to już, kurde, znów z niczym nie zdążę! No ale chora jestem! To się potrzebowałam wyspać. No dobra, nie jest tak źle, rzeczywiście ważne, że się lepiej czuję i zaraz ruszę z kopyta, idę zrobić kawę i naprawdę ruszam. Nadgonię stracony czas.
W salonie wita mnie syf. Nie, zdecydowanie nie jest to zwykły bałagan. Trzy dni nie odkurzałam psiej sierści, co daje efekt wizualny nie do opisania, nadto rozpoczęłam prace porządkowe na tarasie, więc i ziemia, i piasek, i zwykły kurz, i te psie kłaki – no naprawdę nie-do-opisania! Więc myślę, co jest ze mną nie tak, że generuję taki rozpierdol?! Czemu taras nie może być tarasem, a musi się wlewać całym swoim bałaganem do pokoju? A śmieci, czemu znowu śmieci jest tyle? Znów stoi worek z plastikiem od dwóch dni na zewnątrz, przy meblach kuchennych, czyli praktycznie w salonie, śmieci w salonie! Na blacie naczynia, co się nie zmieściły do zmywarki, a jeszcze cholerna zmywarka jest do czyszczenia, bo się jakiś error kod wyświetla E-24. Potem sprawdzę, co oznacza, a oznacza pewnie syf na dnie, przy pompie czy jakoś tak, że trzeba będzie czyścić znów, dezynfekować, no jak nic robota dodatkowa mnie czeka! Dobra, to po kawie i po napisaniu porannych stron – tego jedynego nie dam sobie żadnej sile, nadzwyczajnej nawet, odebrać! No, ale pies już prawie piszczy, więc lecę szybko z tą kawką i pisaniem na uspokojenie myśli, skołatanych od rana nerwów!
W piżamie z nim wychodzę, bo się zamyśliłam zabierając śmieci. W biegu, bo przy okazji od razu wyczyściłam szafkę pod zlewem. Nie wiem, czemu akurat teraz musiałam, ale jak już wyrzucam te śmieci, to pomyślałam, że dziś porządnie metodycznie to ogarnę z przepłukiwaniem kubłów i wycieraniem pod nimi, bo nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale u nas to jakby dziurawe były! Zawsze coś się uleje, przesypie, poplami.
Pies musi siku, ale ja też! Po nim ewentualnie posprzątam, głupio by było jednak się na spacerze posikać, więc wchodzę do łazienki. No`sz, kurwa mać! Zerkam na pralkę – całą noc pościel w niej leżała, to pewnie już nie pachnie! Wstawiam dodatkowe płukanie. Jak wrócę, przełożę do suszarki. Żeby tylko nie zapomnieć!
Nie zapomniałam. Przy pięknym, zdrowym, jogurtowo owocowym śniadaniu z moją córką, przy stole, wśród tych starych, połamanych mebli z tarasu, co ich od dwóch z górką lat nie umiem wyrzucić i cholernych plam słońca na brudnej podłodze pomyślałam, a weź ty się od siebie odpierdol.
Wiem, strasznie dużo klnę.
No i co?!
Komu to przeszkadza?! A jakby, to zawsze można odpalić, a weź się nie zesraj!
************
Jest 16.45, mój pies znów musi siku, czeka na mnie rozgrzebany taras, nieugotowana zupa ogórkowa, niezrobione pdf-y na dzisiejszy on line o 19.00 w ramach warsztatów rozwojowych, na których może mnie nauczą ustalać priorytety. A jeszcze chciałabym bardzo okna umyć, wynieść na śmietnik te stare meble, które mi teraz w salonie stoją i wszystkie suche liście i jałową ziemię z donic na oknach, chciałabym po tym wszystkim wyczesać mojego psa i umyć podłogi, i omówić z córką remont jej pokoju, i jeszcze iść na spacer wokół Plant oraz napisać tekst, z którym się dziś obudziłam i wydaje mi się ważny.
Lecz teraz idę po prostu na mini spacer z moim wielkim kudłatym psem, choć on potrzebuje spaceru maxi. Wcześniej wstawię tę zupę ogórkową, bo jednak musimy z córką coś zjeść i to nie mogą być znów grzanki, ani spaghetti. I może dziś już nie zrobię nic więcej na tarasie, bo potrzebuję się przygotować do wieczornego spotkania. Zrobię to, co mogę. I postaram się też poklepać się za to po ramieniu. Czy tak się ustala priorytety? Czy tak się stawia granicę Wewnętrznemu Krytykowi, który coś tam szepcze, że jednak słabo mi to dzisiaj wyszło z organizacją czasu pracy? Uciszam go, włączając muzykę, która mnie kołysze.
Postaram się przetrwać choć do wieczora bez poczucia winy, bez spiny, że trzeba, albo że można było zrobić wszystko, co mi przyszło na myśl i co włączyłam do planu dnia, chociaż z góry było wiadomo, że się nie zmieści. Postaram się zatrzymać tę myśl, że często niewiele to jest naprawdę coś, a czasem to jest naprawdę bardzo dużo.
**********
O żesz! A Powitanie Słońca!? Oszaleję ze sobą! Zrobię już chyba pożegnanie, bo słońce zaraz zajdzie, ale zrobię, zgodnie z planem. Bo robię codziennie, chociaż czasem w locie jakby. Dziś też nie wiem czy zdążę przed zupą jeszcze. Najwyżej nie zjem. No to co?! Się przecież nie zesram!


2 odpowiedzi do “O rozpraszaczach codziennych, czyli o samym życiu i o tym jak ponoć leżę i pachnę. Całe życie w gęsim puchu.”
Jak ja to dobrze znam…
Ale też już odpuszczam. Przynajmniej staram się. 🙂
Jest tylko jeden sposób na ogarnięcie tego wszystkiego: pokochaj się taką jaką jesteś, bo jak Cię znam, a znam od zawsze, jesteś nieprzeciętna i zacznij w w końcu w to wierzyć.