Budzi mnie myśl, żeby posprzątać.
Muszę wstać z podłogi.
Zawieszam wzrok na jaskrawej plamie słońca na ścianie niczym oknie do innego życia, z cieniem zakurzonej palmy, stojącej pod oknem. Na cieniu nie widać kurzu.
Na podłodze tak. Psia sierść na kurzu, kurz na sierści, zasmarkane resztki papieru toaletowego o zapachu syntetycznego rumianku. Wszystko jest fejkiem!
I ta myśl nagła, żeby zmazać z lustra resztki twojego wzroku, ze szpar w kafelkach wymieść twój naskórek, wypuścić twój zapach na zewnątrz, twoje westchnienia puścić z wiatrem, dźwięk twego głosu uwolnić. Wymienić łyżkę , którą nabierałeś miód ze słoika.
Usunąć ślady, zatrzeć wrażenia, że patrzysz z każdej rzeczy, której dotknąłeś. Wygładzić na sofie wgłębienie po tobie, na którym wciąż nie umiem usiąść. Zdrapać ślady lini papilarnych z kontaktów.
Gdy śnię, śni mi się nasz dom, przepastny, rozparty w śnionej świadomości, rozdęty do formy hali marketu budowlanego, w którym zostały marne resztki towaru. Oprowadzam po nim gości. Krążę długim korytarzem, wszędzie puste szafy, niemal puste półki przepastnej garderoby, na których tylko strzępy twoich rzeczy, jakieś zagubione skarpetki.
Na moich sterty od dawna niewyprasowanych ubrań, dla których nie ma miejsca po mojej stronie szafy i czasu, by się nimi zająć, by je poukładać i uporządkować. Przede wszystkim brakuje mi na to ochoty. Tak zwyczajnie. Odmawiam składania, porządkowania, mycia, nie czuję po co mam to robić.
Wszystko leży w bezładzie i nadmiarze. Aż do dziś.
Zanim się obudzę, wchodzę do ostatniego pokoju.
Siedzi tam mężczyzna w niebieskim, laboratoryjnym kombinezonie z chłopcem, swoją repliką, trwa coś jakby wieczór autorski, mężczyzna prezentuje książkę o swoim życiu w drodze. Chłopiec bawi się obok starą sflaczałą piłką. Pytam mężczyznę, dlaczego nie umie i nie chce żyć w domu. Mówi, to nie jest łatwe. Wskazuje na chłopca, mam mu coś ważnego do przekazania, muszę się nim zaopiekować, mówi, i we śnie ja to rozumiem, wydaje mi się to bezgranicznie piękne i ważne.
Potem stoję w ogromnym biało malowanym pokoju z oknem na szerokość całej ściany. Trzy małe niebieskie psy, bawią się jak szczenięta. Jeden z nich łasi się, ociera o moje nogi, wciska nos w zagłębienie pod kolanem, siadam na krześle, to jest trochę śmieszne, trochę dziwne i nieprzyjemne, wsuwam nogi pod stół, nagle wszystkie psy mnie oblegają, wdzierając się między kanciaste nogi stołu i zaokrąglone tralki krzeseł, walą ogonami na oślep po udach, kąsają po rękach, którymi szarpię jednak czule ich kudłate łby.
Gdy się budzę, moja twarz płonie, cała w gorących łzach, jakimi można płakać tylko w chwilach największego szczęścia i najgłębszej rozpaczy.
Nieprzerwany strumień, z ciepłego, słonego źródła we mnie.
Puste czyste przestrzenie z moich snów rozmywają się w jaskrawym świetle dnia, w rozedrganym powietrzu poranka, w wirujących drobinkach kurzu, które pokrywają przestrzeń wokół mnie.
Wyhodowałam pleśń w sercu, która wychodzi mi przez skórę, przesącza się, oblepia wszystko wokół, na wszystkim kładzie się seledynowym cieniem. Mój dom pokryty liszajami plam po winie, do których przylepiły się kłaczki kurzu i psiej sierści, zastygł, poszarzał, pomarszczył się, a wreszcie zaśmierdł jak kożuch mleka na resztce herbaty w kubku.
Na smaganym deszczem i jesiennym wiatrem balkonie, wśród pożółkłych liści jaśminowca, zachodzących burgundem winorośli zakwitła róża. Wbrew nadchodzącej śmierci.
Nagle myślę o szczęściu. Szczęście jest dmuchawcem. Czymś bezbrzeżnie pojemnym, czymś jednocześnie kruchym i ulotnym. Nienamacalnym, nierealnym. Snem, powidokiem uczuć i przeczuć. Jak dmuchawiec jest duchem słonecznego mniszka, tłustego od mleka, jaskrawego od pocałunków słońca, płodnego od brzęczącej obecności pszczół, nigdy samotnego wśród innych, swoich, bliskich, braci i sióstr, słonecznych kochanków, napęczniałych mlekiem i miodem.
Umyłam podłogę, podlałam kwiaty, suche liście wyrzuciłam , zapaliłam świece, pokój przesiąkł zapachem parafiny, okadziłam dymem to, co było.
Wpuściłam wiatr.
Kupiłam łóżko.
Patrzę na nie i rozumiem, że muszę nadać mu sens. Nie wiem, jak. Kładę się obok na podłodze. Patrzę.
Nawet się cieszę tą chwilą, czymś nowym i jeszcze nienazwanym, czym przesiąka czas i wszystko, co się w nim zapisuje, i osadza mi się w ciele.
Jak nadzieja. Bierze mnie w ramiona.
Nie wiem czym jest łóżko, w tej przestrzeni, już nie naszej.
Czy nadal chcę ciebie czy kogoś kogo już nie ma, za kim tęsknię, jako jedynym znanym, czy już chcę kogoś jeszcze bez znaczenia?
Czego chcę dla siebie?
I znów – najbardziej chcę zniknąć i nie musieć tego myśleć.


Jedna odpowiedź do “szczęście jest dmuchawcem”
❤️