Tata


Taty nie ma już 42 lata. Właściwie od zawsze. Gdyby nie zdjęcia, dzięki którym znam jego twarz i widzę go dokładnie w tych kilku scenach z dzieciństwa, nie pamiętałabym go wcale. A jednak żyje we mnie tak wyraźnie, jakby wszystkie te epizody naszych wspólnych chwil, które pielęgnuję we wspomnieniach, działy się wczoraj.

Tata żegnał się z nami, bez naszej świadomości, leżąc 4 długie miesiące i 6 dni, w łóżku, do którego położył się wieczorem, po dniu swoich 30. urodzin. Wiedział, że śmierć nadchodzi, więc ostatnią imprezę urodzinową wyprawił z pompą. Zaprosił wszystkich znajomych, których jednego po drugim odprowadzał do drzwi na parterze, schodząc z każdym z trzeciego piętra. Żegnał się wylewnie, zapewne solidnie pijany, lecz działający według obmyślonego planu. Wiem to od mamy, która spędzi przy jego boku ostatnie miesiące, żegnając tak swoją młodość i kończące się przed trzydziestką życie. Każdej nocy wie, że może nie być wspólnego poranka; co rano nie wie, czy nadejdzie kolejna, długa, nieprzespana noc.

W sylwestrowy wieczór 1980 roku pomyśli, że już nigdy w życiu nie zatańczy. Może chciałaby odejść z mężem, ale nie może, bo zostajemy po nim my, jak pamiątka i piętno w jednym, dziewczynka w wieku przedszkolnym i druga, jeszcze w pieluszkach. Więc mama nie ma wielkiego wyboru. Zostaje z, wymuszoną na brzegu małżeńskiego łóżka, obietnicą opiekowania się nami jak najlepiej.

Ta opowieść nie jest o mamie, ale ona w niej jest, przy konającym mężu, jako młoda kobieta u progu dojrzałości, jeszcze nie trzydziestoletnia nawet, już przygnieciona ciężarem nie do udźwignięcia, pozbawiona nadziei.

Tata żegnał się z nami, choć nie byłyśmy tego świadome. Pożegnaniem był każdy uścisk, każde słowo, wypowiadane z czułością i bolesnym uśmiechem. Pamiętam 6. grudnia, równo cztery miesiące przed odejściem. Przyszedł do nas Mikołaj.

Przyszedł do wszystkich dzieci w bloku. Rodzice zaprosili go do naszej sąsiadki znad przeciwka. Zawsze myślę, że była nim inna sąsiadka z drugiego piętra, Pani Pfeifer, o której nie mówiło się inaczej, niż Fajferka. Rozpoznałam ją po głosie, chociaż do dziś nie mam stuprocentowej pewności, że to była ona. Przychodziła też do nas dawać tacie zastrzyki z morfiny. Kojarzę ją z tymi dwiema rolami – jako osobę opiekuńczą, lecz na co dzień nerwową, wiecznie czepiającą się o hałas w naszym mieszkaniu, który generujemy z siostrą, zostając często same. Pamiętam, że była surowa, ale nie była złym człowiekiem, jak stara Korowa z parteru, codziennie wywalająca swój wielki biust na parapet okna i przymrużonymi oczami skanująca okolicę. Wredna i złośliwa, zatruwająca życie sąsiadom i własnej rodzinie. Wychowa straszną córkę, która okropnie mnie gnębi, kiedy akurat nie ma w oknie jej matki, wykręca mi ręce do tyłu i mówi coś dziwnego o moim tacie, że wcale nie umarł na raka tylko zginął w wypadku. W ogóle nie wiem, o co jej chodzi, ale jest mi nieprzyjemnie i czuję niepokój, bo przecież nie widziałam taty w chwili, gdy umierał.

Nie wiem czy Kaśka jest z nami w dniu Mikołaja. Akurat z nimi nie trzymaliśmy się za blisko, oni z parteru my z trzeciego piętra.

Pamiętam, że Mikołaj, którym była Fajferka miał brązowy kożuch, ale kompletnie nie pamiętam, jakie dostałam prezenty. Tylko to, że przychodzę pokazać je tacie, który leży od strony okna, w wielkim łóżku, z ciemną ramą, z toczonymi kulistymi zwieńczeniami na rogach, którą mama wyrzuci w kwietniu, gdy będzie robić z sypialni nasz dziecięcy pokój. Nie rozumiem, dlaczego zachowa materac. Pewnie z praktycznych względów, bo był bardzo solidny. Jest to jednak dziwne, bo na tym materacu umarł tata. Wtedy tego nie wiem. Uświadamiam to sobie po wielu latach i wraz z tą wiedzą nabawiam się absurdalnego lęku przed byciem samą w nocy. Zastanawiam się czy leżę dokładnie na jego miejscu. I boję się zobaczyć ducha. Chociaż do dziś wierzę, że duch taty wie, że się boję i nigdy by mnie nie chciał przestraszyć, dlatego się nie pokazuje. Może też dlatego nigdy mi się nie śni. Albo tego nie pamiętam. Tylko ten jeden raz, po tym jak Kaśka z parteru wykręca mi rękę na trzepaku. We śnie tata wraca z długiej podróży. Właściwie wszyscy wiemy, że umarł i wyszedł z grobu, ale nikt się temu nie dziwi. Cieszymy się, że wyzdrowiał i że znowu będzie z nami. Chociaż jest to dość kłopotliwe, bo mama ma nowego partnera i nie wiemy, jak mu to powiedzieć, że teraz tata będzie mieszkał z nami.

Gdy przyszedł czas i tata zasnął na zawsze, zabrano nas do Omy i Opy – rodziców mamy. Pamiętam jak macham wujkowi, bratu taty, stojąc na parapecie okna ich sypialni. Przejście taty na drugą stronę wydarzyło się cicho, nad ranem, gdy jeszcze spałyśmy. Nie wiem, czy coś nam tłumaczyli, gdy musieli nas obudzić, by wywieźć na czas zabierania ciała przez ludzi z zakładu pogrzebowego.

Lubię myśleć, że tata był z nami duchem i opiekował się wtedy, gdy mama nie była w stanie. Może dlatego nigdy nic złego nam się nie przydarzyło, chociaż stworzyłyśmy kilka okazji puszczenia mieszkania z dymem. Myślę o tym teraz, jako dorosła i uśmiecham się do tej myśli. Jako dziecko często czułam się opuszczona i przerażona.

Po południu Opa przywiózł nas do domu – trudno mi powiedzieć, że do mamy – bo wcale jej w tych obrazach nie ma. Jest za to ciocia Ala, jej przyjaciółka. Proponuje nam nocowanie u siebie. Mówi: „chodźcie, pojedziecie do Karinki.”

W kolejnej scenie jest już dzień pogrzebu. Pamietam przedpokój w naszym mieszkaniu, wypełniony gośćmi. Gdy wchodzimy, wszyscy zwracają głowę w naszą stronę, tylko nie mama, która stoi z boku w czarnym toczku z woalką na twarzy i nieobecnym wzrokiem. Kompletnie na nas nie zwraca uwagi. Teraz wiem, że była na silnych środkach uspokajających. Wtedy nie rozumiem, o co chodzi, a obraz mamy, której właściwie nie ma, sprawi – uświadomię to sobie po latach – że poczuję, że tego dnia straciłam obydwoje rodziców na raz.

Inna przyjaciółka mamy, moja chrzestna, ciocia Jadzia, która na dobry rok z nami zamieszka ze swoimi zapachami – mocnej czarnej kawy z fusami i czerwonych „carmenów”; ze swoimi zwyczajami – plując co rano do pudełeczka z tłustym tuszem, by rozmazać go szczoteczką i grubą warstwą nałożyć na rzęsy, prawie jednocześnie pijąc kawę i paląc. Na koniec zakręca lokówką kasztanowate krótkie włosy i tak elegancka, na wysokich szpilkach wychodzi do biura. Zostawi po sobie jeszcze wspomnienie coniedzielnych wypraw do jej rodziców, właścicieli piekarni, po wielki bochenek chleba, który obłędnie pachnie na półce pod tylną szybą naszego czerwonego „Malucha”.

Tamtego dnia weźmie mnie do sypialni, bym przebrała się w białe rajstopy, odświętnie, na pogrzeb mojego taty.

Te pojedyncze sceny są logiczną sekwencją zdarzeń, ale żadna nie trwa dłużej niż parę sekund. Tworzą poszarpaną opowieść, jak ze snu, choć – niestety – wydarzyły się naprawdę. Nie ma w nich prawie żadnych rozmów, nie siedzimy u mamy na kolanach, nie widzimy jak płacze, nie tuli nas do siebie. Jest, ale jak rekwizyt, jakby przestała być naszą mamą i żywym człowiekiem. Przede wszystkim nikt nic nie mówi o tacie, który rozpłynął się w nicości. Był i nagle go nie ma.

Nikt z nami tego nie omawia.

Nie wiem też, gdzie w tym wszystkim jest moja mała siostra. Nie widzę jej w kościele, gdzie już wszyscy są, gdy przychodzę z ciocią Jadzią, nie ma jej na cmentarzu.

Widzę spięte twarze. Mamę na środku, przed trumną. Stoi sama. Nie wolno mi do niej podejść. Wszystko jest tajemnicze i strasznie smutne, chociaż wtedy wcale nie płaczę.

W następnej chwili stoimy już nad wielkim dołem, do którego wsunięto trumnę. I wtedy dociera do mnie sens wszystkiego – szepty ludzi, nieobecność mamy, dźwięk trąbek górniczej orkiestry – to jest prawdziwy koniec. Szlochając, wtulam się to w mamy, to w cioci brzuch. Odtąd jestem dzieckiem naznaczonym strasznym słowem „półsierota”. Nikt nie mówi, że jest to okaleczenie, którego nigdy nic nie zagoi.

Kolejne sceny są absurdalne: wielka stołówka i pełno ludzi jedzących rosół.

Jedziemy z wujkiem i z mamą z cmentarza. Nagle wykrzykuję podekscytowana: ile ludzi, będzie wielka impreza!

Wujek dostaje szału, mama go uspokaja: „daj spokój, przecież to jest dziecko!”. Nigdy więcej się za mną nie wstawi. Ten jeden raz budzi się na krótko z letargu.

Potem będzie się skupiać na próbach ułożenia przerwanego życia.

O tacie niewiele się mówi.

Uwielbiam wizyty u jego krewnych w Krakowie. U nich odżywają wspomnienia, na co dzień nieprzywoływane. Łączy nas wspólny czas jego chorowania i nasze wtedy u nich pomieszkiwanie, z mamą, siostrą i czekoladowym pudlem Dżenusią. Ze spacerami do smoka z ich mieszkania, o którym zawsze myślę adresem – mieszkanie na Dietla, róg Orzeszkowej, z małym sklepem spożywczym na rogu. Trafię tam po latach nieobecności, idąc z Dworca Głównego Plantami do smoka, ziejącego ogniem pod Wzgórzem Wawelskim i stamtąd na róg Dietla i Orzeszkowej z zamkniętymi oczami. Siądziemy z ciocią Zosią przy okrągłym stole w kuchni i będziemy, jak zawsze wspominać tatę, babcię Lucię i dziadka Julka. Wszystkich, których już nie ma.

Usłyszę, że tata był mądry i pracowity, że miał wspaniałą, czułą matkę Lucynę i wyjątkowego ojca Juliana, strasznego choleryka, przed którym uciekł spod Zamościa na Śląsk, gdzie poznał moją mamę. Dziewczynę z rodziny o śląsko – niemieckich korzeniach, której rodzice nie chcieli, by wyszła za mąż za Polaka.

Jest to historia na inną opowieść, ale czerpię z niej przekonanie, że byłam dzieckiem wielkiej miłości, wbrew okolicznościom i trudom codzienności młodych rodziców na dorobku, ciułających na każdą szklankę, widelec i odkurzacz, dzieckiem radośnie oczekiwanym.

Miałam tatę, który nie mógł uczestniczyć w moim życiu, ale zostawił po sobie kilka wspomnień, dzięki którym wiem i czuję, że był naprawdę.

Widzę, jak, śmiejąc się, zajada kanapki z pasztetem, które od niego podgryzam, zagryzając jabłkiem; widzę go, kiedy jedzie po czerwonego malucha, wezwany z zimowego wypoczynku w Szczyrku. Stoimy na balkonie z mamą i Gosią; zjadłyśmy już mleczną zupę z makaronem „świderki”, w wielkiej stołówce domu wczasowego „Jontek” i machamy jak szalone, gdy tata podjeżdża na parking; widzę też jak zjeżdżam z mini kopczyka na plastikowych pół-nartach, podtrzymywana przez tatę za ręce. Żółty rowerek „Reksio”podtrzymuje za kij wetknięty pod siodełko, bym nie wpadła w krzaki śnieguliczki, porastające skraj asfaltowych ścieżek na naszym osiedlu. Wypad do Krakowa, na jedno z ostatnich pooperacyjnych badań, kojarzy mi się z jego figlarnym uśmiechem konspiratora, który w tajemnicy przed mamą kupuje mi „żółtą oranżadę w woreczku, z niebieską rurką”…

Reszta, bardzo niewiele, jest na zdjęciach: tata z gazetą, otoczony nami, wszyscy ściśnięci na małej wersalce, z wizytą u znajomych. Tata za mną wystrojoną w satynową sukienkę, siedzącą „na barana”, u wujka, młodszego brata taty, w dniu jego wesela.

Na motorze i z kolegami w pierwszej pracy; młody chłopak, przystojniak o skromnym uśmiechu, patrzy odważnie w przyszłość i jeszcze nie wie, że nie spełnią się wszystkie jego marzenia, lecz straszna wróżba wędrownej Cyganki.

Mama twierdzi coś przeciwnego; że doskonale wiedział, że mówił to, gdy prosił, by została jego żoną, jednocześnie ją ostrzegając, jakby chciał przechytrzyć los, wypowiedzeniem na głos, że „umrze w wieku 30 lat.” Ona mu wtedy nie uwierzy.

Na szczęście i nieszczęście.

Życie nie jest przecież jednowymiarowe.


2 odpowiedzi do “Tata”

    • To bardzo trudne doświadczenie. Ale dziękuję za podzielenie się emocjami. I dziękuję za czytanie. Bardzo serdecznie pozdrawiam

Skomentuj Janek Biegulski Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *